Marzenia o polskim atomie przypominają mecz, w którym nasz zespół od lat wymienia podania na własnej połowie. Premier Tusk wyszedł do mediów z opaską kapitana, ogłaszając „wielki skok cywilizacyjny”. Problem w tym, że gdy spojrzymy na tablicę wyników w Choczewie, wciąż widnieje tam bolesne 0:0. Czy geologiczne odwierty to wystarczający powód do otwierania szampana, gdy zegar tyka nieubłaganie?
Polityka energetyczna to nie sprint, to maraton. Ale nawet w maratonie trzeba w końcu ruszyć z linii startu. Premier Donald Tusk, który jeszcze niedawno z rezerwą podchodził do projektu jądrowego, w ostatnich miesiącach zmienił taktykę. Słyszymy o „historycznym momencie”, o miliardach dla polskich podwykonawców i pełnym wsparciu dla konsorcjum Westinghouse-Bechtel. Brzmi to jak ofensywna strategia drużyny, która idzie po mistrzostwo. Tyle że słowa to jedno, a statystyki z placu budowy to drugie. A te są dla rządu bezlitosne.
Audyt jako gra na czas
Gdy nowa ekipa przejmowała stery, pierwszą decyzją nie było „przyspieszamy”, ale „sprawdzamy”. Zarządzono audyty. W korporacyjnym żargonie to standard, ale w inżynierii procesowej, gdzie terminy są napięte jak struny, to klasyczne wezwanie „time-outu”. Efekt? Przez niemal rok decyzyjność w spółce Polskie Elektrownie Jądrowe (PEJ) była sparaliżowana.
Oficjalnie rząd twierdzi, że audyt był konieczny, by „wyczyścić przedpole” po poprzednikach. Analitycznie patrząc, wygląda to jednak na grę na czas w sytuacji, gdy nie ma się pomysłu na finansowanie. Harmonogram, który zakładał wylanie „pierwszego betonu jądrowego” w 2026 roku, jest już w zasadzie nierealny. Obecnie mówi się o roku 2028. To dwa lata straty w meczu, w którym stawką jest bezpieczeństwo energetyczne kraju. Czy stać nas na taką nonszalancję? Matematyka mówi krótko: nie.
Geologia to nie budowa
Wjedźmy na teren w gminie Choczewo. Jeśli ktoś spodziewał się tam lasu żurawi i setek betoniarek, zderzy się ze ścianą. A raczej z pustką. Owszem, teren nie jest martwy, ale skala aktywności przypomina raczej prace ogrodnicze niż budowę największej inwestycji w historii III RP.
Co realnie się tam dzieje? Trwają tzw. pogłębione badania geologiczne. Firma Bechtel wierci setki otworów, sprawdzając stabilność gruntu. To ważne? Oczywiście. Czy to jest budowa? Absolutnie nie. To tak, jakby chwalić się, że zmierzyliśmy boisko przed meczem, podczas gdy kibice (przemysł) czekają na pierwszy gwizdek.
Rząd chwali się „zaawansowaniem prac terenowych”, wliczając w to wycinkę drzew (wstrzymywaną i wznawianą) oraz przenoszenie gatunków chronionych. To klasyczne mydlenie oczu statystyką. Faktu, że wciąż nie ma ostatecznego modelu finansowego i zgody Komisji Europejskiej na pomoc publiczną, nie przykryje się informacją o przeniesieniu pięćdziesięciu mrowisk.
Czerwone flagi na horyzoncie
Premier Tusk w swoich wypowiedziach stosuje ciekawy zabieg retoryczny. Z jednej strony potwierdza budowę atomu, z drugiej – wtrąca uwagi o morskiej energetyce wiatrowej (offshore), sugerując, że wiatraki dadzą nam szybciej i więcej prądu. To niepokojący sygnał dla inwestorów. W biznesie taka dwuznaczność to czerwona flaga. Czy rząd faktycznie wierzy w atom, czy traktuje go jako „zło konieczne”, które można opóźniać, licząc na cud technologiczny w OZE?
Patrząc na dane: polski system energetyczny potrzebuje stabilnej podstawy (baseload), której wiatr nie zapewni. Każdy rok opóźnienia w Choczewie to nie tylko wyższe koszty budowy (inflacja materiałowa), ale przede wszystkim ryzyko luki wytwórczej po 2030 roku, gdy będziemy wyłączać stare bloki węglowe.
Zwracają na to uwagę, m.in. związkowcy z “Sierpnia 80”. Byli na miejscu w Choczewie. Nie kryją zażenowania sytuacją, którą tam zastali. Plany budowy pierwszej, polskiej elektrowni jądrowej, przynajmniej na tym etapie realizacji można nazwać mało śmiesznym żartem.
Brutalna weryfikacja
Podsumowując obecną sytuację: na tablicy wyników mamy świetny PR, mocne deklaracje polityczne i… geologów chodzących po lesie. Nie ma ciężkiego sprzętu, nie ma ostatecznej umowy wykonawczej, nie ma zamkniętego montażu finansowego.
Jeśli rząd nie zmieni tempa z truchtu na sprint, „atom w 2035 roku” (już przesunięty z 2033) stanie się kolejną niespełnioną obietnicą. Na razie wygląda to tak, jakbyśmy kupili najdroższy bilet na mecz, a drużyna wciąż siedziała w szatni, kłócąc się o kolor koszulek. Czas ucieka, a fizyki i ekonomii nie da się zaczarować na konferencji prasowej.

