Klimatyczna utopia dusi polską i europejską gospodarkę. Nadchodzi ETS2

Podczas gdy za wschodnią granicą toczy się brutalna wojna, a kontynent zmaga się z potężnym kryzysem kosztów życia i ucieczką przemysłu za ocean, unijni biurokraci wciąż próbują forsować radykalne tempo zielonej transformacji. System handlu uprawnieniami do emisji, znany jako ETS, który w założeniu miał być nowoczesnym, rynkowym narzędziem ochrony klimatu, przepoczwarzył się w gigantyczny, spekulacyjny podatek dławiący naszą konkurencyjność. 

Nawet najbardziej zagorzali zwolennicy europejskiego Zielonego Ładu w Brukseli zaczynają powoli dostrzegać, że nakładanie na obywateli i przedsiębiorstwa kolejnych, drastycznych opłat – zwłaszcza w ramach planowanego systemu ETS2 – doprowadzi do prawdziwego załamania gospodarczego i społecznego buntu. Z perspektywy Polski, która już teraz ponosi historyczny i wielomiliardowy ciężar modernizacji swojego sektora energetycznego, kontynuowanie zaciskania tej finansowej pętli to droga do ekonomicznego samobójstwa. Czy europejskie elity wreszcie się opamiętają i wyrzucą do kosza szkodliwe regulacje, zanim zwykli obywatele zapłacą z własnej kieszeni za ideologiczne fantazje o zeroemisyjnej wyspie na mapie świata?

Zderzenie brukselskich ambicji z brutalną rzeczywistością i widmo upadku europejskiego przemysłu

Funkcjonujący od blisko dwóch dekad system ETS, oparty na zasadzie handlu limitami emisji gazów cieplarnianych, miał w teorii stymulować nowoczesne technologie, a w praktyce stał się gigantycznym ciężarem dla europejskich fabryk, hut i elektrowni. Skala narastającego kryzysu jest dziś tak potężna, że nawet najwyżsi unijni urzędnicy muszą publicznie posypywać głowę popiołem i modyfikować swoje dotychczasowe, twarde stanowiska. Przewodnicząca Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, w swoim wystąpieniu w Strasburgu przyznała wprost, że system ETS musi zostać zmodernizowany i uelastyczniony, zapowiadając między innymi uruchomienie wielomiliardowych programów wsparcia. To ewidentny sygnał, że na szczytach władzy dostrzeżono wreszcie katastrofalne problemy wynikające z tych regulacji. Jednak dla wielu analityków i polityków o profilu konserwatywnym takie kosmetyczne poprawki to zdecydowanie za mało w obliczu gospodarczego pożaru. Posłanka do Parlamentu Europejskiego, Beata Szydło, stanowczo podkreśla, że ETS w ogóle jest błędem, a zmiany wprowadzane poprzez Zielony Ład doprowadziły do poważnych problemów w gospodarce europejskiej. Próba nakładania dodatkowych opłat i łatania niewydolnego mechanizmu nowymi funduszami celowymi to jedynie pudrowanie trupa; według byłej szefowej polskiego rządu należy z tego systemu całkowicie zrezygnować i poszukać zupełnie innych dróg transformacji, które będą gwarantowały bezpieczeństwo gospodarcze i nie doprowadzą do drastycznego wzrostu kosztów życia. Jeśli przemysł w Unii Europejskiej ma przetrwać globalne starcie z azjatyckimi i amerykańskimi potęgami, musi natychmiast otrzymać tlen, a nie kolejne rachunki za emisję dwutlenku węgla, które zmuszają inwestorów do przenoszenia produkcji poza granice wspólnoty.

Bezpośredni zamach na kieszenie obywateli poprzez planowany, bezwzględny podatek od domów i samochodów

Prawdziwym, potężnym trzęsieniem ziemi dla milionów europejskich rodzin ma być jednak dopiero rozszerzenie mechanizmu o tak zwany system ETS2, który obejmie swoim zasięgiem spalanie paliw w budynkach prywatnych oraz w transporcie drogowym. To już nie będzie wirtualny podatek płacony przez wielkie koncerny energetyczne i przerzucany dyskretnie w rachunkach za prąd, ale bezpośrednie, bolesne uderzenie w codzienne budżety domowe każdego Polaka. Posłanka Beata Szydło słusznie alarmuje, że ETS2 będzie dotyczył każdego obywatela Unii Europejskiej, ponieważ będzie to bezpośrednie sięganie do kieszeni ludzi, zmuszające ich do kosztownego dostosowywania domów i mieszkań, a także generujące potężne problemy z poruszaniem się samochodami spalinowymi. Co więcej, ten nowy parapodatek drastycznie wpłynie również na funkcjonowanie samorządów, które przecież dysponują tysiącami obiektów publicznych, takich jak szkoły, szpitale czy urzędy, zmuszając wójtów i prezydentów miast do drastycznych cięć w innych, kluczowych dla mieszkańców sektorach inwestycyjnych. Widząc to ogromne niebezpieczeństwo, polskie ministerstwo klimatu i środowiska podjęło próby wynegocjowania rezygnacji z obowiązkowego wdrożenia tego systemu do 2030 roku, a Parlament Europejski zdołał niedawno przesunąć jego start z 2027 na 2028 rok. To jednak wciąż jedynie kupowanie cennego czasu w oczekiwaniu na to, że polityczny opór społeczny na kontynencie całkowicie zmiecie ten projekt z legislacyjnego stołu, zanim zwykły Kowalski otrzyma gigantyczny rachunek za ogrzewanie swojego starego domu piecem węglowym czy gazowym.

Naiwność klimatyczna w obliczu globalnych zagrożeń i znikomego wpływu kontynentu na globalne zanieczyszczenia 

Absurdalność forsowania niezwykle kosztownych reform ekologicznych staje się jeszcze bardziej jaskrawa, gdy zestawimy je z twardymi, globalnymi danymi statystycznymi oraz dramatyczną sytuacją geopolityczną. Zmuszanie Europejczyków do nieludzkich wyrzeczeń finansowych w imię ratowania planety to klasyczny przejaw arogancji i naiwności, zważywszy na fakt, że nasza wspólnota odpowiada za mikroskopijną część problemu. Elżbieta Łukacijewska, posłanka do Parlamentu Europejskiego, bardzo trzeźwo przypomina, że Unia Europejska to zaledwie niewiele ponad sześć procent światowych emisji, a reszta świata zupełnie nie przejmuje się tym, że Europa chciałaby za wszelką cenę zostać liderem w ograniczaniu zanieczyszczeń i przechodzeniu na zieloną energię. To czyste szaleństwo nakładać na własnych obywateli mordercze obciążenia, gdy w tym samym czasie Chiny, Indie czy Stany Zjednoczone pompują w atmosferę gigantyczne ilości dwutlenku węgla, budując na tym swoją rynkową potęgę. Co więcej, realizacja tak radykalnych postulatów w momencie, gdy za naszymi granicami toczy się wojna w Ukrainie i trwa konflikt na Bliskim Wschodzie, to igranie z bezpieczeństwem energetycznym całego kontynentu. Zdaniem posłanki Łukacijewskiej, podejście prezentowane przez środowiska lewicowe, liberałów z Renew czy Zielonych, według którego „wszystko trzeba ograniczyć, a to co zanieczyszcza wyrzucić”, jest całkowicie pozbawione zdrowego rozsądku i zakłada utopijną wizję, w której czyste powietrze nad Europą zapewni nam bezpieczeństwo w oderwaniu od reszty brudnego świata.

Polska potrzebuje natychmiastowego oddechu finansowego i twardej obrony swoich narodowych interesów 

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że dbałość o czyste środowisko jest wartością absolutnie nadrzędną, ponieważ zanieczyszczone powietrze to tysiące przedwczesnych zgonów i gigantyczne koszty leczenia, na co słusznie zwracają uwagę przedstawiciele wszystkich frakcji politycznych. Jednak droga do osiągnięcia tego celu nie może prowadzić przez gospodarczą rzeź. Rzeczpospolita zainwestowała już potężne miliardy złotych w transformację wieloobszarową, rozwój farm fotowoltaicznych, wiatrowych oraz w strategiczne plany budowy elektrowni atomowej, ale istnieje poziom obciążeń, którego jako rozwijające się państwo po prostu nie jesteśmy w stanie udźwignąć. Kontynuowanie polityki dokręcania śruby, ignorowanie faktu, że obywatele i konsumenci mają swoją wyczerpującą się wytrzymałość na ponoszenie kosztów, to prosta droga do zniszczenia zaufania do struktur unijnych. Dokładanie kolejnych danin to wyłącznie woda na młyn dla radykalnych, antyeuropejskich ugrupowań, które wykorzystają ten społeczny gniew, by zniszczyć to, co udało się dotychczas zbudować. Przepisy ETS muszą zostać natychmiast zweryfikowane, urealnione, a co najbardziej dotkliwe pakiety – całkowicie zamrożone w czasie, tak aby nie zabijać europejskiej konkurencyjności i nie niszczyć milionów miejsc pracy. Tylko powrót do brutalnego, konserwatywnego pragmatyzmu uchroni nas przed staniem się najczystszym, ale jednocześnie najbiedniejszym muzeum na świecie.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: