Bezrobocie wciąż niskie, ale zwolnienia grupowe biją rekordy. W Łodzi zamknięto Beko, w Pabianicach zatrzęsło Philipsem, Ceramika Paradyż redukuje 140 etatów. Polska staje się za droga dla inwestorów a za biedna, by się bronić. Co się dzieje z naszym rynkiem pracy?
Na pierwszy rzut oka polskiemu rynkowi pracy nic nie dolega. Stopa bezrobocia na poziomie 6 procent. Choć wyraźnie wyższa niż rekordowe minimum z 2023 roku, wciąż plasuje nas wśród najlepszych w Europie. Rząd mówi o „stabilności”, ekonomiści o „korekcie”, a portale z ogłoszeniami o pracy wyświetlają tysiące ofert. Ale pod tą spokojną powierzchnią toczy się proces, którego statystyki bezrobocia nie oddają, bo bezrobocie mierzy tych, którzy już stracili pracę i się zarejestrowali. Nie mierzy tych, którzy właśnie ją tracą, którzy dostali wypowiedzenie, których fabryka zamyka się za dwa miesiące, którzy wiedzą, że następne w kolejce jest ich stanowisko. A tych ludzi w 2025 i 2026 roku jest więcej niż kiedykolwiek od czasu pandemii.
Liczby, które mówią same za siebie
W 2024 roku zgłoszono zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych wobec 37 300 osób. To wzrost o ponad 20 procent w porównaniu z rokiem poprzednim. Ale znacznie gorzej wyglądały zwolnienia faktycznie przeprowadzone. Pracę w ich wyniku straciło 27 000 osób – wzrost o 60 procent rok do roku.
Początek 2025 roku przyniósł przyspieszenie. W styczniu i lutym zgłoszono zamiar zwolnień grupowych dotyczących 14 800 pracowników. Trzykrotnie więcej niż w analogicznym okresie 2024 roku. Skala faktycznych zwolnień również rosła: w samym lutym 2025 roku pracę w trybie grupowym straciło 5 700 osób, czyli dwa i pół razy więcej niż rok wcześniej. Dane za styczeń 2026 pokazały, że fala nie opada. 164 zakłady zgłosiły zamiar zwolnień grupowych obejmujących blisko 22 800 pracowników. Stopa bezrobocia rejestrowanego podskoczyła do 6 procent – najwyższego poziomu od dłuższego czasu. W urzędach pracy zarejestrowano 934 100 bezrobotnych.
To wciąż dalekie od katastrofy, ale kierunek jest jednoznaczny. I to, co najbardziej niepokoi, to nie sama liczba zwolnień, lecz ich charakter. Zamykane są nie drobne firmy, lecz duże zakłady produkcyjne. Te, które dawały pracę setkom ludzi w jednym miejscu i które stanowiły kręgosłup lokalnych gospodarek.
>> PRZECZYTAJ TAKŻE <<
Łódź i region: epicentrum fali
Jeśli gdzieś w Polsce widać skutki zwolnień grupowych jak pod lupą, to w województwie łódzkim. Pisaliśmy o Łodzi jako mieście, które znika demograficznie. Teraz znika też ekonomicznie, zakład po zakładzie. We wrześniu 2024 roku firma Beko ogłosiła zamknięcie fabryki w Łodzi. Tysiąc osiemset osób straciło pracę. Zwolnienia trwały od początku do końca kwietnia 2025 roku. Beko – wcześniej Indesit – było jednym z największych pracodawców w mieście, produkując sprzęt AGD na rynki europejskie. Powód zamknięcia? Restrukturyzacja globalna po połączeniu z Arçelik. Produkcja przeniesiona do tańszych lokalizacji.
W Pabianicach – mieście satelickim Łodzi – zagrożona jest fabryka Ultinon Motion Poland, dawniej Philips Lighting. Zakład z wieloletnimi tradycjami, produkujący żarówki i komponenty oświetleniowe, może zakończyć działalność. Nawet 700 osób stoi przed widmem utraty pracy. Większość załogi pracuje tam, jak piszą lokalne media „całe swoje życie”.
W Piotrkowie Trybunalskim zamknięto fabrykę uszczelek SFC Solutions – 179 osób straciło pracę. Produkcja przeniesiona do Częstochowy. W powiecie pabianickim zwolnienia przeprowadziła firma Trixie Tekstylia – 80 osób, oraz Polska Dystrybucja Alkoholi – 138 osób. W Aleksandrowie Łódzkim fabryka silników ABB zwolniła ponad 400 pracowników.W samej Łodzi znana firma z branży ICT zgłosiła zamiar zwolnienia 834 osób z biur w Łodzi i Katowicach. PKP Cargo – w restrukturyzacji – planuje zwolnić 433 osoby z centrali i centralnego zakładu. Lista jest długa. I rośnie.
Nie tylko Łódź
Fala zwolnień nie ogranicza się do jednego regionu. Ceramika Paradyż, jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich marek ogłosiła zwolnienie 140 osób w 2026 roku. W Ełku Zakład Elektrotechniki Motoryzacyjnej zwalnia 240 pracowników. W Bydgoszczy Zakłady Przemysłu Gumowego „Stomil” – w postępowaniu sanacyjnym od grudnia 2025 – zwolniły 92 ze 134 pracowników. Trzy czwarte załogi pracowało tam całe życie.
Na Podkarpaciu Black Red White zamknął zakład w Przeworsku – 220 osób bez pracy, powód: załamanie niemieckiego rynku meblarskiego i konkurencja z Chin. Collins Aerospace zredukował zatrudnienie w branży lotniczej. Na Śląsku zwolnienia objęły sektor górniczy i wydobywczy. Na Mazowszu największą restrukturyzację przeszła Poczta Polska – ponad 8 500 osób objętych programem zmian kadrowych.
Przyczyny są wielowarstwowe. Pierwsza – Polska staje się za droga. Od 2020 roku koszty siły roboczej rosły nieprzerwanie – głównie za sprawą dynamicznych podwyżek płacy minimalnej (z 2 600 zł w 2020 do 4 666 zł w 2025 roku). Dla firm produkcyjnych, które wybrały Polskę właśnie ze względu na tanią pracę, ta zmiana jest fundamentalna. Jak mówi Natalia Myskova ze Smart Solutions HR: „wiele firm przenosi produkcję do tańszych krajów UE – Węgier, Bułgarii, Rumunii”.
Druga – recesja u głównego partnera handlowego. Niemcy, odbiorca ogromnej części polskiego eksportu od dwóch lat pogrążone są w stagnacji. Spadek zamówień z Niemiec przekłada się bezpośrednio na polskie fabryki produkujące na niemiecki rynek: meble (Black Red White), AGD (Beko), motoryzację (SFC Solutions), komponenty przemysłowe (ABB). Robert Lisicki z KPP Lewiatan mówi wprost: „w pewnych sektorach gospodarki wciąż nie dzieje się dobrze”.
Trzecia przyczyna, to automatyzacja i sztuczna inteligencja. Postępująca robotyzacja zmniejsza zapotrzebowanie na pracowników fizycznych w branży logistycznej i produkcyjnej. Mniejszy popyt na magazynierów, pakowaczy, operatorów maszyn. Jednocześnie AI zaczyna wchodzić do sektora usług, zagrażając stanowiskom w BPO, księgowości, obsłudze klienta. To zjawisko globalne, ale Polska, jako kraj, który w ostatniej dekadzie postawił na centra usług wspólnych jako motor wzrostu jest na nie szczególnie narażona.Wreszcie czwarta przyczyna – koszty energii i regulacji. Ceny energii, choć niższe niż w szczycie kryzysu 2022–2023, wciąż są wyższe niż u konkurentów z Europy Środkowej. Nowe regulacje unijne – zwłaszcza te dotyczące emisji CO₂ i zrównoważonego rozwoju, o czym niejednokrotnie pisaliśmy w PROSTYCH ROZMOWACH – nakładają na firmy dodatkowe obciążenia, które najmocniej uderzają w przemysł ciężki i produkcyjny.
„Rynek pracownika” – koniec mitu?
Przez ostatnie lata mantrą polskiego rynku pracy było stwierdzenie: „mamy rynek pracownika”. Oznaczało to, że to pracodawcy konkurują o pracowników, nie odwrotnie. Bezrobocie na historycznych minimach, niedobory kadrowe, presja płacowa. Wszystko grało na korzyść zatrudnionych. Ten obraz się zmienia, choć nie jednolicie. Ekonomista, dr Marcin Mrowiec na łamach Gazety Prawnej zwraca uwagę, że przy rekordowo niskiej dzietności i kurczącej się populacji w wieku produkcyjnym „ryzyko trwałego pogorszenia pozycji pracowników jest ograniczone”. Utrata jednej pracy nie oznacza jeszcze braku alternatyw. Ale to jest średnia a średnia kłamie.
W 2024 roku pracę w wyniku zwolnień grupowych straciło 27 000 osób — o 60 procent więcej niż rok wcześniej. Na początku 2025 roku tempo wzrosło trzykrotnie. W styczniu 2026 roku 164 zakłady zgłosiły zamiar zwolnienia blisko 23 000 pracowników.
Jeśli jesteś programistą w Warszawie, rynek pracy jest wciąż twój. Jeśli jesteś operatorką maszyn w fabryce żarówek w Pabianicach, która właśnie zamyka się na zawsze – sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Alternatyw jest mniej, odległość do kolejnego pracodawcy większa, kwalifikacje trudniejsze do przeniesienia. Zwolnienia grupowe nie rozkładają się równomiernie. Uderzają w konkretne miejsca, branże, ludzi. I ci ludzie nie są statystyką. Są sąsiadami.
Małe firmy pod największą presją
Jest jeszcze jeden wymiar problemu, o którym mówi się za mało. Zwolnienia grupowe dotyczą dużych firm, bo to one mają obowiązek zgłaszania ich do urzędów pracy. Ale prawdziwa, cicha katastrofa rozgrywa się w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. W mikrofirmach zatrudniających poniżej dziesięciu osób, które stanowią 97 procent wszystkich przedsiębiorstw w Polsce. Te firmy nie zgłaszają „zwolnień grupowych”, po prostu bankrutują. Nie ma o nich w GUS-owskich tabelach. Nie piszą o nich media. Właściciel zamyka sklep, warsztat, mały zakład i to tyle. Ale suma tych cichych zamknięć może być większa niż wszystkie nagłówkowe zwolnienia grupowe razem wzięte. Dr Mrowiec ostrzega: „biorąc pod uwagę ogólnie mniejszą efektywność firm małych względem dużych, wiele małych firm będzie pod coraz większą presją rynkową, a część z nich po prostu wypadnie z gry”.
Co dalej?
Nie jesteśmy u progu katastrofy, ale jesteśmy u progu zmiany. Polska przez dwie dekady rosła na modelu: tania, dobrze wykształcona siła robocza, bliskość rynku zachodniego, fundusze unijne. Ten model się wyczerpuje. Siła robocza przestaje być tania, bo płace rosną (słusznie, bo ludzie zasługują na godne wynagrodzenie). Fundusze unijne się kurczą. Rynek zachodni – zwłaszcza niemiecki – słabnie. Co ma go zastąpić? To jest pytanie, na które ani rząd, ani opozycja nie dają przekonującej odpowiedzi. „Innowacyjna gospodarka”, „cyfryzacja”, „zielona transformacja” – to hasła, nie strategia. Strategia wymagałaby twardych decyzji: w jakie branże inwestujemy, jakie kompetencje budujemy, jak pomagamy regionom – takim jak Łódź, Pabianice, Ełk, Przeworsk – które tracą swoje fabryki.
Bo ludzie w Pabianicach, którzy przepracowali całe życie w jednej fabryce, nie zostaną z dnia na dzień programistami. I powiedzenie im, że „rynek pracy się transformuje”, jest prawdą, ale prawdą, która nie płaci rachunków.

