Rekordowy rocznik maturzystów właśnie uderzy w uczelnie. W Polsce studiuje więcej ludzi niż kiedykolwiek od pięciu lat. Ale liczba absolwentów spada od dekady. Żadna polska uczelnia nie jest w światowej setce. A koszt kształcenia jednego studenta rośnie o 13 procent rocznie. Co dostajemy za te pieniądze i czy studia w Polsce wciąż mają sens?
W poniedziałek czwartego maja 344880 maturzystów otworzy arkusze z języka polskiego. Za dwa miesiące – ósmego lipca – dostaną wyniki. A jeszcze tego samego dnia zaczną składać dokumenty na uczelnie. I tu zacznie się kolejny akt polskiego dramatu edukacyjnego, bo rekordowy rocznik uderzy w system, który od lat balansuje między ambicją a przeciętnością.
Ten artykuł nie jest o maturze, o niej pisaliśmy osobno. Jest o tym, co po niej: o polskim szkolnictwie wyższym. O 352 uczelniach, 1,28 miliona studentów, 110 tysiącach cudzoziemców i 43 miliardach złotych, które co roku płyną na utrzymanie systemu. O tym, co działa. Co nie działa. I o pytaniu, które coraz głośniej zadają sami studenci: czy ten dyplom jest wart swojej ceny?
Najnowsze dane GUS, opublikowane w czerwcu 2025 roku na podstawie roku akademickiego 2024/2025 rysują obraz pełen paradoksów.
Na dzień 31 grudnia 2024 roku w Polsce studiowało 1 280 096 osób. To o 34 900 więcej niż rok wcześniej – wzrost o 2,8 procent. Czwarty rok z rzędu po dekadzie spadków, gdy liczba studentów skurczyła się z 1 405 000 (2015/2016) do 1 204 000 (2019/2020). Odbudowa trwa, ale do szczytu z 2005 roku, gdy studiowało niemal dwa miliony Polaków, wciąż daleko.
Jednocześnie liczba absolwentów spada. W roku akademickim 2023/2024 dyplom ukończyła studia uzyskało 292 000 osób – o 134 mniej niż rok wcześniej i o prawie 20 procent mniej niż w 2015 roku (364 600). Więcej ludzi zaczyna studia, mniej je kończy. Pytanie: dlaczego?
Odpowiedzi jest kilka. Część studentów rezygnuje po pierwszym roku, bo studia nie spełniają ich oczekiwań, bo nie stać ich na kontynuowanie, bo znaleźli pracę i uznali, że dyplom nie jest im potrzebny. Część zmienia kierunek i w statystykach znika z jednej uczelni, nie pojawiając się jako absolwent żadnej. Część studiuje dłużej niż przewidziany program, szczególnie na kierunkach technicznych i medycznych.
Ale jest też odpowiedź systemowa: Polska ma zbyt wiele uczelni, z których część kształci na poziomie, który trudno nazwać wyższym.
352 uczelnie. Za dużo?
W roku akademickim 2024/2025 w Polsce działały 352 uczelnie. 127 publicznych i 225 niepublicznych. Na tak zwanym „rynku akademickim” to daje jedną uczelnię na nieco ponad sto tysięcy mieszkańców.
Dla porównania: Niemcy, kraj o dwuipółkrotnie większej populacji mają około 420 uczelni. Francja o podobnej populacji co Polska około 250. Wielka Brytania 160.
Polska ma proporcjonalnie więcej uczelni niż większość krajów europejskich. I tu zaczyna się problem, bo wiele z tych 352 podmiotów to uczelnie małe, o wąskim profilu, ze słabą kadrą naukową i ograniczonymi zasobami. Uczelnie, które istnieją nie dlatego, że rynek edukacyjny ich potrzebuje ale dlatego, że powstały w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, gdy popyt na dyplomy był niemal nieograniczony, a regulacje minimalne.
Boom na szkoły wyższe lat 2000–2010, gdy Polska przeżyła eksplozję „prywatnych uczelni” oferujących studia zaoczne na kierunkach takich jak „zarządzanie”, „administracja” czy „pedagogika” stworzył system, w którym dyplom magistra stał się towarem masowym. Ilość zastąpiła jakość. I choć reformy z 2018 roku (Ustawa 2.0 ministra Gowina) wprowadziły surowszą ewaluację i ograniczyły możliwość prowadzenia kierunków przez słabsze uczelnie, to system wciąż nosi ślady tamtego boomu.
Czego się uczą. Biznes, medycyna i prawo
Struktura kierunków mówi wiele o tym, czego Polacy oczekują od studiów. Najchętniej wybierane kierunki w 2024/2025 to – w kolejności – biznes i administracja (17,8 procent wszystkich studentów), kierunki medyczne (13,2 procent) i nauki społeczne (12,7 procent). Dalej: informatyka, prawo, inżynieria.
Ta struktura jest jednocześnie racjonalna i problematyczna. Racjonalna, bo biznes, medycyna i IT to kierunki, które dają realne perspektywy zawodowe. Problematyczna, bo dominacja „bezpiecznych” kierunków oznacza, że mniej ludzi idzie na nauki podstawowe (fizyka, matematyka, chemia), humanistykę i nauki społeczne sensu stricto – dziedziny, które nie dają natychmiastowego zatrudnienia, ale budują fundament innowacyjności i myślenia krytycznego.
Jest w tym pewien paradoks. Polska produkuje tysiące absolwentów „zarządzania” ale brakuje jej fizyków, matematyków i inżynierów materiałowych, którzy mogliby pracować w sektorach zaawansowanych technologicznie. Rynek pracy mówi: „dajcie nam programistów”. Uczelnie odpowiadają: „mamy tysiąc magistrów zarządzania”. I obie strony się frustrują.110 tysięcy cudzoziemcówTu jest dobra wiadomość, i to naprawdę dobra. W roku akademickim 2024/2025 w Polsce studiowało 108 600 cudzoziemców. 8,5 procent wszystkich studentów. To ponad dwa razy więcej niż dekadę temu. Najliczniejszą grupę stanowią Ukraińcy (47 500 – 43,8 procent), dalej Białorusini, Hindusi, Turcy, Nigeryjczycy.
Polska przyciąga studentów zagranicznych trzema atutami – niższymi kosztami życia niż Europa Zachodnia, rosnącą ofertą kierunków w języku angielskim i dyplomami uznawanymi w całej UE. Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie (najwyżej notowana polska uczelnia niepubliczna), Politechnika Wrocławska i Uniwersytet Medyczny w Białymstoku, to uczelnie, które budują swoją markę na studentach zagranicznych.
To jest kierunek, w którym Polska powinna iść dalej, bo studenci zagraniczni to nie tylko wpływy finansowe (opłaty za studia, wydatki na życie), lecz również „miękka siła”: absolwent, który wraca do ojczyzny z polskim dyplomem, jest ambasadorem Polski na całe życie.
Ale – uczciwie – 8,5 procent to wciąż mało. W Wielkiej Brytanii studenci zagraniczni stanowią ponad 20 procent. W Holandii – 15 procent. W Australii – ponad 25 procent. Polska ma potencjał, by podwoić liczbę zagranicznych studentów, ale wymaga to lepszego marketingu, lepszej infrastruktury (akademiki, biura obsługi w języku angielskim) i – co najtrudniejsze – lepszej jakości kształcenia.
Rankingi światowe. Nieobecni
I tu dochodzimy do bolesnego punktu. W najbardziej prestiżowym rankingu uniwersytetów na świecie – ARWU (Academic Ranking of World Universities), tzw. „rankingu szanghajskim” żadna polska uczelnia nie jest w pierwszej setce. Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński – dwie najlepsze polskie uczelnie – plasują się w przedziale 301–400. Politechnika Warszawska – w przedziale 401–500.
W rankingu QS World University Rankings 2025 najwyżej notowaną polską uczelnią jest Uniwersytet Warszawski – na 262. miejscu. Jagielloński – 295. Politechnika Warszawska – w czwartej setce.
„Musimy robić wszystko, by poprawić jakość wykształcenia polskich absolwentów. To sprawa olbrzymiej wagi dla przyszłości Polski.”
– prof. Andrzej Jajszczyk, członek korespondent PAN
Dlaczego? Prof. Leszek Pacholski wskazuje na kilka przyczyn. Polskie uczelnie mają zbyt mało doktorantów (poniżej 5 procent populacji studenckiej, wobec 15–30 procent w czołówce światowej). Mają zbyt mało studentów zagranicznych na studiach doktoranckich (kluczowy wskaźnik „międzynarodowości” w rankingach). Publikują dużo ale w czasopismach o średnim impakcie, nie w topowych. I – co najważniejsze – nie mają wystarczającego finansowania: budżet największego polskiego uniwersytetu to ułamek budżetu Harvardu, Oxfordu czy ETH Zurich.
Program „Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza” (IDUB), wyłonił dziesięć uczelni, które mają szansę na wejście do światowej czołówki. Dofinansowanie – 10 procent subwencji rocznie – jest znaczące w polskiej skali, ale wciąż nieporównywalne z nakładami zachodnich uczelni badawczych. To jest wyścig, w którym Polska startuje z dwudziestoletnim opóźnieniem i z budżetem dziesięciokrotnie mniejszym.
Ile to kosztuje i kto płaci
Przychody polskich uczelni w 2024 roku wyniosły 43,2 miliarda złotych, o 18,1 procent więcej niż rok wcześniej. Uczelnie publiczne: 38,5 miliarda (z czego 71,8 procent to subwencja budżetowa). Uczelnie niepubliczne: 4,7 miliarda (z czego 82,5 procent to opłaty studentów).
Przeciętny koszt kształcenia jednego studenta: 34 621 złotych rocznie – o 13,1 procent więcej niż rok wcześniej. Wzrost szybszy niż inflacja, co oznacza, że studia drożeją realnie, nie tylko nominalnie.
Dla studenta stacjonarnego na uczelni publicznej studia są bezpłatne (finansowane z subwencji). Dla studenta zaocznego lub na uczelni niepublicznej czesne wynosi od 3 000 do 15 000 złotych za semestr (na kierunkach medycznych nawet 40 000 złotych).
Stypendia otrzymuje 160 200 studentów, w tym 52 800 socjalnych. To jest zaledwie 12,5 procent wszystkich studiujących. Reszta albo nie potrzebuje wsparcia, albo go nie dostaje mimo potrzeby.
Uczelnie publiczne vs. niepubliczne. Dwa światy
W Polsce działa 127 uczelni publicznych i 225 niepublicznych. Ale proporcje studentów są odwrotne: 63,9 procent studiuje na uczelniach publicznych, 36,1 procent na niepublicznych.
To są dwa zupełnie różne modele. Uczelnia publiczna żyje z subwencji budżetowej i jest od niej uzależniona (pisaliśmy o tym w artykule o samorządach: ten sam mechanizm działa wszędzie). Ma lepszą kadrę naukową (bo profesorowie wolą stabilność etatu publicznego). Ma lepszą infrastrukturę (bo inwestycje finansuje budżet). Ma wyższą pozycję w rankingach (bo rankingi mierzą publikacje i granty, w których uczelnie publiczne dominują).
352 uczelnie, 1 280 096 studentów, 108 600 cudzoziemców. Przychody uczelni: 43,2 miliarda złotych. Koszt kształcenia jednego studenta: 34 621 złotych rocznie (+13,1 procent r/r). Absolwentów: 292 000 – spadek o 20 procent od 2015 roku. Żadna polska uczelnia nie jest w światowej setce. Najchętniej wybierane kierunki: biznes i administracja (17,8 procent), medycyna (13,2 procent), nauki społeczne (12,7 procent). Rekordowy rocznik 2026: 344 880 maturzystów – fala, która uderzy w system za dwa miesiące. Pytanie nie brzmi „czy studiować”. Pytanie brzmi: „gdzie, co i po co”.
Uczelnia niepubliczna żyje z czesnego studentów i musi ich przyciągać, by przetrwać. Dlatego jest często bardziej elastyczna (szybciej otwiera nowe kierunki, dopasowuje program do rynku pracy), bardziej „prokliencka” (lepsze biura obsługi, lepsze warunki lokalowe) i bardziej praktyczna (więcej staży, więcej współpracy z biznesem). Ale ma słabszą naukę, bo nauczyciele akademiccy na etacie niepublicznym rzadko prowadzą badania (nie mają na to czasu ani pieniędzy).
Najlepsza uczelnia niepubliczna – Akademia Leona Koźmińskiego – jest w światowym rankingu Financial Times jedną z najlepszych szkół biznesu w Europie. Ale to jest wyjątek, nie reguła. Większość uczelni niepublicznych to podmioty, które kształcą masowo na kierunkach o niskich kosztach (zarządzanie, pedagogika, bezpieczeństwo wewnętrzne) i produkują dyplomy o wątpliwej wartości rynkowej.
Dyplom a rynek pracy
System monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów, prowadzony przez ministerstwo nauki z wykorzystaniem danych ZUS daje odpowiedź na kluczowe pytanie: ile zarabiają absolwenci polskich uczelni? Odpowiedź jest zróżnicowana i ujawnia przepaść między kierunkami.
Absolwenci informatyki, medycyny i politechnik zarabiają powyżej średniej krajowej już w pierwszym roku po dyplomie. Absolwenci kierunku lekarskiego najwyżej ze wszystkich (choć z sześcioletnim opóźnieniem, bo studia trwają dłużej). Absolwenci zarządzania, pedagogiki i administracji zarabiają poniżej średniej, często znacznie poniżej. Absolwenci kierunków artystycznych i humanistycznych najniżej.
Te dane potwierdzają to, co intuicyjnie wiedzą wszyscy: nie każdy dyplom jest równy. Magister informatyki z Politechniki Warszawskiej i magister zarządzania z małej uczelni niepublicznej mają ten sam tytuł, ale zupełnie inne perspektywy na rynku pracy. System traktuje ich jednakowo. Rynek nie.
Rekordowy rocznik. Co to oznacza dla uczelni?
Wróćmy do punktu wyjścia, do 344 880 maturzystów z rocznika 2026. Dla uczelni publicznych rekordowy rocznik to prezent. Więcej kandydatów na to samo miejsce oznacza wyższe progi punktowe, lepszych studentów, większy prestiż. Uczelnie z górnej półki – UW, UJ, Politechnika Warszawska, Wrocławska, AGH – będą mogły wybierać.
Dla uczelni niepublicznych to ratunek. Po dekadzie spadku liczby studentów (i kurczących się przychodów z czesnego) dwa roczniki rekordowe (2026 i 2027, gdy maturę zdaje 386 000 osób) to szansa na odbudowę. Ale też ryzyko: jeśli uczelnia przyjmie każdego, kto się zgłosi, obniży jakość kształcenia jeszcze bardziej.
Dla maturzystów rekordowy rocznik to paradoks. Więcej kandydatów oznacza większą konkurencję o miejsca na najlepszych kierunkach. Ale jednocześnie uczelnie niżej w hierarchii będą otwierać drzwi szerzej niż zwykle, bo każdy student to pieniądze (czesne lub dotacja budżetowa per capita).
Efekt: polaryzacja. Najlepsze uczelnie będą miały najlepszych studentów w historii. Najsłabsze będą przyjmować każdego, kto ma świadectwo maturalne. I przepaść między nimi będzie rosła.
Czy studia w Polsce mają sens?
To jest pytanie, które postawimy wprost, bo zadaje je coraz więcej młodych ludzi. Odpowiedź: tak, ale nie każde i nie dla każdego.Studia mają sens, gdy dają coś, czego nie daje rynek: wiedzę specjalistyczną (medycyna, prawo, inżynieria), sieć kontaktów (najlepsze uczelnie), certyfikat wymagany przez prawo (lekarz, adwokat, architekt) lub fundamenty intelektualne (nauki ścisłe, humanistyka na najwyższym poziomie).Studia nie mają sensu, gdy są substytutem decyzji „nie wiem, co robić, to pójdę na zarządzanie”. Gdy są prowadzone przez uczelnie, których dyplom nic nie znaczy na rynku pracy. Gdy kosztują pięć lat życia i kilkadziesiąt tysięcy złotych i dają tytuł magistra, który nie otwiera żadnych drzwi.To, że studia dają coś, czego nie daje żaden kurs online: dyscyplinę myślenia, umiejętność analizy, zdolność do zadawania pytań. I że najlepsza inwestycja to nie „jakieś studia” – lecz studia na najlepszej uczelni, na jaką cię stać, na kierunku, który cię fascynuje.Bo dyplom to nie jest cel. Dyplom to jest narzędzie. A narzędzie ma wartość tylko wtedy, gdy umiesz go użyć.