Były wicepremier, Janusz Piechociński napisał na X: „Polski przemysł za prąd płaci 25 proc. więcej niż konkurencja w Niemczech.” Sprawdziliśmy. Dane za 2025 rok mówią o 17 procentach różnicy. Ale dane za styczeń 2026 – już o 30 procentach. A kontrakty terminowe na 2027 rok? Polska jest ponad 30 procent droższa od Niemiec i dwukrotnie droższa od Francji. Piechociński nie przesadził – niedoszacował!
Janusz Piechociński, były wicepremier i minister gospodarki, dziś prezes Izby Polska–Azja i jeden z najbardziej twitterowych Polaków napisał zdanie, które powinno wisieć nad biurkiem każdego ministra przemysłu: „Polski przemysł za prąd płaci 25 procent więcej niż konkurencja w Niemczech.”Brzmi alarmująco. Brzmi jak teza polityka. Ale czy to jest prawda? Sprawdziliśmy. I odpowiedź jest gorsza, niż Piechociński napisał.
Co mówią dane: trzy warstwy prawdy
Żeby uczciwie odpowiedzieć na pytanie „ile polski przemysł płaci za prąd wobec Niemiec?”, trzeba rozróżnić trzy warstwy: cenę spot (rynek bieżący), kontrakty terminowe (ceny na przyszły rok) i cenę końcową dla przemysłu (po uwzględnieniu ulg, rekompensat i subsydiów). Bo to, co płaci polski fabrykant za megawatogodzinę, i to, co płaci niemiecki, to zupełnie różne rachunki.
Warstwa pierwsza: cena spot. Według analizy Gazety Prawnej i portalu WysokieNapiecie.pl średnie ceny spot energii elektrycznej w 2025 roku wyniosły w Niemczech 89 euro za megawatogodzinę, a w Polsce 104 euro. Różnica: 15 euro, czyli 17 procent na niekorzyść Polski.
Ceny spot energii elektrycznej w 2025 roku: Polska 104 EUR/MWh, Niemcy 89 EUR/MWh – różnica 17 procent. Styczeń 2026: Polska 143 EUR/MWh, Niemcy 110 EUR/MWh – różnica 30 procent. Kontrakty terminowe na 2027: Polska ponad 30 procent droższa od Niemiec, ponad 100 procent droższa od Francji. Przyczyny: 66 procent energii z węgla + koszty CO₂ (50–55 EUR/MWh), dekada blokowania OZE, zero atomu, sieć nieprzygotowana. Niemcy – mimo stagnacji gospodarczej – mają tańszą energię, bo mają więcej OZE i dopłacają do przemysłu. Polska rośnie 3,6 procent – i podkopuje ten wzrost cenami prądu. Piechociński napisał „25 procent więcej”. Niedoszacował.
To jest ta „łagodniejsza” wersja. Piechociński mówi 25 procent a dane roczne mówią 17. Ale roczna średnia maskuje skoki, bo w szczycie zimowym różnica jest znacznie większa.
W styczniu 2026 roku, przy rekordowym zapotrzebowaniu na moc w Polsce ceny spot wyniosły 143 euro za megawatogodzinę w Polsce wobec 110 w Niemczech. Różnica: 33 euro, czyli 30 procent. Trzydzieści procent, nie dwadzieścia pięć!
Warstwa druga: kontrakty terminowe. I tu zaczyna się prawdziwy dramat. Bo polski przemysł nie kupuje energii na rynku spot (to za ryzykowne). Kupuje kontrakty roczne, które gwarantują stałą cenę. I te kontrakty mówią coś przerażającego.
Portal WysokieNapiecie.pl informuje, że na początku 2026 roku kontrakty na dostawę energii w 2027 roku w Polsce były „najdroższe w Europie” – o ponad 30 procent droższe niż w Niemczech i o ponad 100 procent droższe niż we Francji. Dwa razy droższe niż we Francji. To jest cena, po której polski przemysł planuje produkcję na przyszły rok i jest to cena, która czyni tę produkcję nieopłacalną wobec konkurencji zza Odry i znad Sekwany.
Warstwa trzecia: cena po subsydiach. I tu Niemcy robią coś, czego Polska nie potrafi: dopłacają. Niemiecki rząd od lat stosuje system rekompensat i ulg energetycznych dla przemysłu energochłonnego – od zwolnień z opłaty EEG (sfinansowanej z budżetu) po projekt „Industriestrompreis” (ceny gwarantowanej dla przemysłu). Gazeta Prawna pisze wprost: „Niemcy dopłacają miliardy do energii” przez co końcowa cena dla wielkiego niemieckiego odbiorcy przemysłowego jest niższa, niż sugerowałyby ceny rynkowe.
Polska takich mechanizmów nie ma albo ma je w formie szczątkowej. System rekompensat kosztów pośrednich emisji CO₂ istnieje, ale jest skromny. Minister energii Miłosz Motyka zapowiedział w maju 2026, że „wstępne rozwiązania mogą oznaczać kilkunastoprocentowe obniżki dla przemysłu energochłonnego” ale to są zapowiedzi, nie rzeczywistość. Przemysł czeka. Kontrakty nie czekają.
Dlaczego polska energia jest droższa
Tu dochodzimy do pytania „dlaczego?” i odpowiedź łączy się z całym naszym cyklem o energetyce.
Powód pierwszy: węgiel plus CO₂. Polska wytwarza 66 procent energii z węgla a za każdą tonę wyemitowanego CO₂ musi kupić uprawnienie w systemie EU ETS. Cena uprawnienia w 2025 roku: około 65–70 euro za tonę. Polska elektrownia węglowa emituje około 0,8 tony CO₂ na megawatogodzinę. To daje 50–55 euro dodatkowego kosztu na każdą megawatogodzinę. Kosztu, którego nie ponosi elektrownia jądrowa we Francji (zero emisji), wiatrowa w Danii (zero emisji) ani nawet gazowa w Niemczech (o połowę mniej emisji niż węglowa).
„Inwestorzy zastanawiający się, czy ulokować fabrykę lub centrum danych w Polsce, z pewnością patrzą nie tylko na kontrakty na kolejny rok, ale też sprawdzają, jak ceny na naszym rynku kształtowały się względem innych potencjalnych lokalizacji.”
– WysokieNapiecie.pl, analiza rynku energii, styczeń 2026
To jest konsekwencja miksu energetycznego. Polska produkuje energię z najdroższego paliwa (pod względem kosztów CO₂) i płaci za to cenę. To z kolei konsekwencja dziesięcioleci “za żelazną kurtyną” i … europejskiej niesprawiedliwości. Polska musi gonić tych, co na zmiany mieli prawie pół wieku!
Powód drugi: brak OZE na skalę niemiecką. Pisaliśmy o tym w artykule o miksie energetycznym: Niemcy mają 61 procent energii z OZE w dobrych miesiącach. Polska – 33 procent. OZE, po amortyzacji inwestycji ma koszt krańcowy bliski zeru. Im więcej OZE w miksie, tym niższa średnia cena energii na rynku hurtowym. Niemcy inwestowały w wiatraki i panele przez dwadzieścia lat i dziś zbierają żniwo w postaci niższych cen. Polska dziś płaci za tę blokadę.
Powód trzeci: brak atomu. Francja, dzięki 56 reaktorom jądrowym produkuje energię po kosztach znacznie niższych niż Polska i Niemcy. I eksportuje ją – we Francji ceny kontraktów na 2027 rok są dwukrotnie niższe niż w Polsce. Polska nie ma ani jednego reaktora. Pierwszy, w najlepszym scenariuszu po 2035 roku. Do tego czasu będziemy płacić premię za brak strategii, którą inne kraje realizowały od lat siedemdziesiątych.
Powód czwarty: sieć nie nadąża. Pisaliśmy, że w 2025 roku zmarnowano 1,4 terawatogodziny taniej energii z OZE, bo sieć nie mogła jej przyjąć. Każda zmarnowana megawatogodzina to megawatogodzina, którą trzeba zastąpić droższą energią z węgla lub gazu. Sieć przesyłowa, projektowana pod wielkie elektrownie węglowe, nie pod tysiące rozproszonych źródeł jest wąskim gardłem, które podbija cenę.
Co to oznacza dla fabryki
Przełóżmy to na język przedsiębiorcy.
Polska fabryka produkująca aluminium, cement, szkło, nawozy, stal, czyli produkty energochłonne, wymagające ogromnych ilości prądu płaci za energię 15-30 procent więcej niż konkurent w Niemczech. Przy produkcji, w której energia stanowi 30-40 procent kosztów ta różnica oznacza 5–12 procent wyższy koszt całkowity. Przy marżach przemysłowych rzędu kilku procent to jest różnica między opłacalnością a stratą.
Efekt? Fabryki podejmują jedną z trzech decyzji. Pierwsza: podnoszą ceny i tracą konkurencyjność wobec importu (pisaliśmy o rolnikach, którzy przegrywają z tanią żywnością z zagranicy; przemysł przegrywa z tanimi produktami z krajów o niższych kosztach energii). Druga – przenoszą produkcję do Niemiec (paradoksalnie tańszych energetycznie), do Turcji, do Azji Południowo-Wschodniej. Trzecia: bankrutują.
Żadna z tych decyzji nie jest dobra dla Polski.
Niemcy. Strukturalne spowolnienie, ale tańszy prąd
Jest w tym ironiczny kontekst. Niemiecka gospodarka od kilku lat kuleje – PKB w 2025 roku wzrósł o zaledwie 0,2 procent (Polska: 3,6 procent). Produkcja przemysłowa wciąż poniżej poziomów sprzed pandemii. Gazeta Prawna pisze o „strukturalnym spowolnieniu Niemiec wynikającym z nieudolnej transformacji energetycznej” – przedwczesnego wyłączenia 20 gigawatów mocy jądrowych i uzależnienia od rosyjskiego gazu.
A mimo to niemiecki przemysł płaci za energię mniej niż polski. Bo Niemcy zrobiły dwie rzeczy, których Polska nie zrobiła: zbudowały masowe OZE (które obniżają ceny hurtowe) i dopłacają do przemysłu (żeby utrzymać jego konkurencyjność mimo wysokich cen detalicznych).
Polska, która rośnie trzy razy szybciej od Niemiec podkopuje ten wzrost cenami energii, które czynią jej przemysł mniej konkurencyjnym niż przemysł kraju w stagnacji.To jest paradoks, który powinien spędzać sen z powiek każdemu ministrowi gospodarki.Chwilowa ulga i ostrzeżenieJest w tych danych jeden jasny punkt. W długi majowy weekend 2026 roku OZE pokryło chwilowo 78 procent zapotrzebowania na energię w Polsce. Rekord. W piątek cena spot spadła poniżej zera. Producenci energii płacili odbiorcom za jej odbiór. To pokazuje, co się dzieje, gdy OZE działa na pełnych obrotach. Energia jest prawie darmowa.
Ale to jest weekend majowy – najlepszy moment dla OZE (dużo słońca, silny wiatr, niskie zapotrzebowanie). W styczniu, gdy fabryki pracują pełną mocą, a słońce świeci cztery godziny dziennie obraz jest odwrotny. I to ten styczniowy obraz decyduje o konkurencyjności przemysłu. Nie majowy!
Co trzeba zrobić?
Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze trzeba nieco zliberalizować zasady budowy OZE na lądzie. Pozwoli to budować nowe farmy wiatrowe, które obniżą ceny hurtowe. Każdy nowy gigawat wiatru to niższa średnia cena energii.
Po drugie – przyspieszyć offshore. Baltic Power, Bałtyk 2/3, Baltica 2. Te projekty obniżą ceny zimowe (bo wiatr na morzu wieje najsilniej zimą). Ale opóźnienia kosztują: każdy rok bez offshore’u to rok droższej energii.
Po trzecie zbudować magazyny. 1,4 terawatogodziny zmarnowanej taniej energii w 2025 roku to jest skandal i dowód, że bez magazynów OZE nie spełni swojej obietnicy taniego prądu.
Po czwarte należy wprowadzić mechanizm ochrony przemysłu. Nie „zapowiedzi” – mechanizm. Cena gwarantowana dla odbiorców energochłonnych, rekompensaty kosztów CO₂, ulgi sieciowe. Niemcy to mają. Francja to ma. Polska ma zapowiedzi ministra Motyki z maja 2026, że „wstępne rozwiązania mogą oznaczać kilkunastoprocentowe obniżki”. Przemysł nie żyje z zapowiedzi, żyje z cen na fakturze.
Po piąte atom. Jedyne źródło, które daje tanią, stabilną, bezemisyjną energię przez cały rok. Ale atom to 2035 rok, w najlepszym przypadku. Do tego czasu trzeba przeżyć z tym, co mamy.
Janusz Piechociński napisał na X jedno zdanie – dwadzieścia słów. Sprawdziliśmy każde z nich. I okazało się, że były za łagodne.Polski przemysł nie płaci 25 procent więcej niż niemiecki – płaci od 17 do 30 procent więcej, w zależności od okresu. A na kontraktach terminowych na 2027 rok, ponad 30 procent więcej niż Niemcy i ponad 100 procent więcej niż Francja.To nie jest abstrakcja. To jest powód, dla którego fabryki zamykają się w Łodzi (pisaliśmy: Beko, Philips), dla którego rolnicy przegrywają z importem (pisaliśmy: nożyce cenowe), dla którego inwestorzy wahają się między Polską a Czechami czy Rumunią.Energia jest krwią gospodarki. Jeśli krew jest droga – organizm słabnie. I żadne 3,6 procent wzrostu PKB nie pomoże, jeśli fabryka w Sosnowcu płaci za prąd więcej niż fabryka w Dortmundzie.Piechociński ma rację. A to, że ma rację powinno nas niepokoić.

