Mamy stadiony, mamy gwiazdy, mamy medale. Ale kto za to płaci? Jak się okazuje – głównie my, podatnicy. Aż 80 proc. pieniędzy w polskim sporcie to środki publiczne. Prywatny biznes dokłada zaledwie jedną piątą. Dla porównania, w Wielkiej Brytanii te proporcje są odwrotne. To model, który musi się zmienić, bo na dłuższą metę jest nie do utrzymania.
Sport w Polsce to wciąż domena państwa i samorządów. Według analiz Ministerstwa Sportu i Turystyki, tylko 20 proc. sponsoringu sportowego ma charakter komercyjny. Reszta to pieniądze publiczne – z budżetu państwa, od samorządów czy spółek Skarbu Państwa – głównie energetycznych i paliwowych – które dominują w zakupie praw sponsorskich.
Europa gra za swoje, my za publiczne
„Dzisiaj mamy do czynienia z pewnym instytucjonalnym sponsorowaniem sportu (…). Jest to proporcja, która daleko odbiega od średniej europejskiej, bo w UE to jest 60 proc. [środków prywatnych], a patrząc na Wielką Brytanię, to jest 90 proc. prywatnego i 10 proc. publicznego zaangażowania w sport” – mówi Robert Korzeniowski, lekkoatletyczna legenda, mistrz olimpijski a dziś doradca w resorcie sportu.
Dane GUS to potwierdzają. W 2024 roku wydatki publiczne na kulturę fizyczną sięgnęły prawie 12,7 mld zł (z czego aż 11 mld zł wyłożyły samorządy). To wzrost o blisko 47 proc. w porównaniu z 2022 rokiem. Państwo pompuje miliardy, a prywatny biznes wciąż stoi z boku, wchodząc do gry tylko wtedy, gdy ma „pewniaka” – gwiazdę o ustalonej marce.
Dlaczego biznes nie chce płacić?
Korzeniowski stawia sprawę jasno – polski sport często nie jest gotowy, by sprzedać się jako atrakcyjny produkt. Oczekuje wsparcia „bo się należy”, zamiast zaoferować realną wartość marketingową.
Jest też drugi problem – priorytety samych Polaków. Według Eurostatu w Polsce wydaje się na sport z budżetów rodzinnych sześć razy mniej niż na alkohol i używki.
Kluczem musi być zmiana myślenia – sport to nie tylko medale, to inwestycja w zdrowie i gospodarkę. Raporty Instytutu Badań Strukturalnych nie pozostawiają złudzeń. Gdyby co drugi nieaktywny Polak zaczął się ruszać liczba zgonów rocznie spadłaby o 55 tysięcy. Gospodarka oszczędziłaby 1,9 mld zł na samych zwolnieniach lekarskich.
Pytanie tylko, czy uda się przekonać prezesów prywatnych firm, by wyłożyli pieniądze nie tylko na „pewniaków” z pierwszych stron gazet, ale na masowy sport i młodzież, która dopiero za dekadę może przynieść zysk – lub po prostu być zdrowszym społeczeństwem.

