Cyfrowy skandal na gigantyczną skalę. Ponad 33 miliony kont. Adresy, telefony, historia zakupów – wszystko na tacy. Kiedy korporacje liczą zyski, miliony użytkowników drżą o swoje bezpieczeństwo. Coupang, znany jako „koreański Amazon”, przeprasza. Ale czy słowo „przepraszam” wystarczy, gdy twoje życie prywatne trafia w ręce przestępców?
33 700 000. Tyle kont zostało skompromitowanych. To liczba, która powinna mrozić krew w żyłach każdemu, kto kiedykolwiek kliknął „kup teraz”. Gigant e-commerce, Coupang, przyznał się do błędu. Ale zrobił to w sposób, który budzi wściekłość, a nie zrozumienie. Park Dae-jun, dyrektor generalny firmy, wydał w niedzielę specjalne oświadczenie. „Szczerze przepraszamy za niedogodności” – czytamy. Niedogodności? Utrata adresu domowego i numeru telefonu to dla prezesa tylko „niedogodność”? Dla zwykłego obywatela to otwarta brama dla oszustów i stalkerów.
Uśpiona czujność giganta
Spójrzmy na kalendarz, bo daty w tej sprawie są porażające. Firma dowiedziała się o wycieku 18 listopada. Jednak według ustaleń, nieautoryzowany dostęp przez zagraniczne serwery rozpoczął się już 24 czerwca. Przez blisko pięć miesięcy dane wyciekały szerokim strumieniem, a systemy bezpieczeństwa milczały.
Gdzie były wtedy zabezpieczenia? Gdzie były działy IT? Firma chwali się, że w trzecim kwartale miała prawie 25 milionów aktywnych użytkowników korzystających z błyskawicznych dostaw „Rocket”. Jak widać, dostawy są szybkie, ale wykrywanie zagrożeń ślimaczy się w nieskończoność. Klienci żyli w nieświadomości, podczas gdy ich dane krążyły po sieci.
Sabotaż czy systemowa dziura?
Kto za tym stoi? Trop prowadzi do wewnątrz. Agencja Yonhap, powołując się na nieoficjalne źródła, wskazuje na byłego pracownika Coupang narodowości chińskiej. Jeśli te doniesienia się potwierdzą, będzie to dowód na kompromitujący brak nadzoru nad personelem mającym dostęp do wrażliwych danych. Policja prowadzi dochodzenie, firma złożyła skargę, ale mleko już się rozlało.
Coupang próbuje uspokajać: „nie wyciekły dane płatnicze ani hasła”. To klasyczne mydlenie oczu. Wyciekły nazwiska, e-maile, numery telefonów i adresy wysyłki. To kompletny zestaw danych potrzebny do skutecznego ataku phishingowego. Rządowa agencja Korea Internet & Security Agency już bije na alarm, ostrzegając przed falą oszustw. Twoja karta kredytowa może jest bezpieczna, ale czy jesteś bezpieczny ty, gdy oszust wie, gdzie mieszkasz i co kupujesz?
Rząd reaguje po fakcie
Sytuacja jest na tyle dramatyczna, że w niedzielę – w trybie awaryjnym – zebrał się rząd. Minister Nauki i ICT, Bae Kyung-hoon, zapowiada kontrolę zasad bezpieczeństwa. To kolejny taki przypadek w Korei Południowej po niedawnych problemach SK Telecom.
Widać tu patologiczny schemat: wielkie firmy oszczędzają na bezpieczeństwie, hakerzy (lub byli pracownicy) to wykorzystują, a politycy reagują dopiero, gdy wybucha skandal. W tym łańcuchu pokarmowym na samym dole jest klient – bezbronny, wystawiony na celownik i zbywany lakonicznym „przepraszamy” na stronie internetowej. Poza godzinami pracy z biurem prasowym giganta nie ma nawet kontaktu. Klienci zostali sami.

