Najnowsze odczyty z amerykańskiego rynku pracy wskazują na fundamentalną zmianę trendu, którą ekonomiści wiążą bezpośrednio z polityką migracyjną Donalda Trumpa. Po raz pierwszy od lat dynamika zatrudnienia wśród rodowitych Amerykanów (native-born workers) wyraźnie przewyższa wskaźniki dla pracowników urodzonych poza granicami USA.
Administracja w Waszyngtonie nie ukrywa satysfakcji, wskazując, że restrykcyjna ochrona granic i masowe deportacje „uwalniają” etaty dla obywateli. Co więcej, prezydent Trump nie zamierza łagodzić kursu – zapowiedzi na 2026 rok sugerują bezprecedensowe nasilenie kontroli w zakładach pracy i walkę z nielegalnym zatrudnieniem.
Zwrot na wykresach. Rodowici Amerykanie wracają do gry
Analiza danych amerykańskiego Biura Statystyki Pracy (BLS) za ostatnie kwartały 2025 roku pokazuje wyraźne odwrócenie tendencji, która dominowała za prezydentury Joe Bidena. Wówczas lwią część przyrostu zatrudnienia generowali imigranci (zarówno legalni, jak i nieudokumentowani). Obecnie sytuacja ulega diametralnej zmianie. Statystyki wskazują, że liczba zatrudnionych rodowitych Amerykanów wzrosła w skali roku o blisko 1,2 miliona osób, podczas gdy dynamika zatrudnienia osób urodzonych za granicą wyhamowała, a w niektórych sektorach (budownictwo, hotelarstwo) zaczęła notować spadki. To efekt tzw. „ssania” na rynku – wakatów zwolnionych przez nielegalnych imigrantów, którzy albo zostali deportowani, albo w obawie przed służbami federalnymi wycofali się z rynku pracy, zaczynają szukać obywatele USA, zachęceni rosnącymi stawkami godzinowymi w pracach fizycznych.
Koniec taniej siły roboczej. Trump: „To dopiero początek”
Biały Dom traktuje te dane jako polityczne paliwo i dowód na to, że protekcjonizm działa. Donald Trump, wspierany przez swojego „cara ds. granic” Toma Homana, jasno sygnalizuje, że obecne działania to jedynie preludium do szerszej operacji oczyszczania rynku pracy. Administracja zapowiada na nadchodzące miesiące zintensyfikowanie nalotów na zakłady pracy (tzw. workplace raids), które mają na celu wyłapywanie nie tylko nielegalnych pracowników, ale także karanie pracodawców łamiących prawo. Retoryka jest jednoznaczna – era przymykania oka na tanią siłę roboczą z południa definitywnie się skończyła. Trump planuje również zaostrzenie kryteriów przyznawania wiz pracowniczych, co ma zmusić korporacje do inwestowania w szkolenia i rekrutację kadr lokalnych, zamiast importowania pracowników z zagranicy.
Ekonomiści zwracają uwagę, że „efekt Trumpa” ma swoje odzwierciedlenie nie tylko w liczbie etatów, ale i w strukturze płac. Ograniczenie podaży pracowników migracyjnych wymusza na przedsiębiorcach podnoszenie wynagrodzeń, by przyciągnąć do pracy Amerykanów. W sektorach takich jak rolnictwo, przetwórstwo mięsne czy usługi komunalne odnotowuje się wzrost stawek o kilka punktów procentowych powyżej inflacji. Choć część biznesu alarmuje, że może to przełożyć się na wzrost cen usług i produktów, administracja republikańska odpiera te zarzuty, twierdząc, że priorytetem jest dobrobyt amerykańskiej klasy robotniczej, a nie marże korporacji.
Nieustępliwość Waszyngtonu. Żadnych kroków wstecz
Wszelkie spekulacje o możliwym „zmiękczeniu” polityki migracyjnej pod wpływem lobbystów biznesowych okazały się nietrafione. Z otoczenia prezydenta płyną sygnały o planowanym rozszerzeniu programu E-Verify (systemu weryfikacji legalności zatrudnienia) na wszystkie stany, co de facto uczyniłoby zatrudnianie nielegalnych imigrantów niemożliwym systemowo. Trump buduje swoją legitymizację na spełnianiu obietnic wyborczych, a statystyki pokazujące, że „praca wraca do Amerykanów”, są jego najmocniejszym orężem w walce z krytykami. Kurs na 2026 rok jest jasny – hermetyczna granica i rynek pracy zarezerwowany w pierwszej kolejności dla posiadaczy niebieskich paszportów.

