To miał być „chory pomysł” i „gigantomania”, a pieniądze miały być „wyrzucane w błoto”. Dziś dowiadujemy się, że rząd jednak buduje największe lotnisko w tej części Europy, ale pod nową nazwą. Ogłoszenie projektu „Port Polska” przez Donalda Tuska to mistrzowski pokaz politycznego marketingu, który ma przykryć lata totalnej krytyki Centralnego Portu Komunikacyjnego przez obecną koalicję rządzącą. Premier ogłasza sukces, twierdząc, że PiS „nie wybuduje CPK”, bo jego rząd buduje „Port Polska”. Problem w tym, że za tą grą słów kryje się prawny chaos, a kluczowa inwestycja infrastrukturalna pada ofiarą wizerunkowych gier, zamiast być realizowana w tempie, jakiego wymaga polska racja stanu.
Jeszcze niedawno czołowi politycy Koalicji Obywatelskiej prześcigali się w epitetach dyskredytujących sens budowy nowego hubu lotniczego. Rafał Trzaskowski pytał o sens inwestycji w kontekście lotniska w Berlinie, a obecny pełnomocnik rządu ds. CPK, Maciej Lasek, stojąc w szczerym polu, mówił o „miliardach wyrzuconych w błoto” i przesiedleniach ludzi dla „mega lotniska, z którego nikt nie będzie chciał latać”. Sam Donald Tusk podczas kampanii wyborczej wprost nazywał projekt „chorym pomysłem” i zapowiadał jego weryfikację. Dziś ten sam Donald Tusk staje przed kamerami i z powagą męża stanu ogłasza budowę „największego lotniska w tej części Europy”, nazywając je wielkim przedsięwzięciem. Ta narracyjna wolta jest tak jaskrawa, że trudno traktować ją inaczej niż próbę ucieczki do przodu przed rosnącą presją społeczną. Ruch „Tak dla CPK” oraz postawa polityków takich jak Paulina Matysiak, która punktowała brak merytorycznych ekspertyz uzasadniających rezygnację z projektu, zmusiły rząd do zmiany frontu. Zamiast jednak przyznać, że projekt jest potrzebny, zdecydowano się na zmianę etykiety.
Ustawy nie zmienia się na konferencji prasowej
Ogłoszenie nowej nazwy „Port Polska” rodzi fundamentalne pytania natury prawnej i administracyjnej. Centralny Port Komunikacyjny to nie tylko nazwa marketingowa, ale byt umocowany w polskim systemie prawnym konkretną ustawą o CPK oraz szeregiem aktów wykonawczych. Spółka celowa, struktury, finansowanie, decyzje środowiskowe i lokalizacyjne – wszystko to funkcjonuje w oparciu o dotychczasowe nazewnictwo i ramy prawne. Premier rządu nie może zmienić nazwy strategicznej inwestycji jednym zdaniem podczas wystąpienia, ignorując ścieżkę legislacyjną. Takie działanie wprowadza chaos informacyjny i prawny. Czy teraz czeka nas wielomiesięczny proces nowelizacji ustaw tylko po to, by usunąć z nich skrót „CPK”, który kojarzy się z poprzednią władzą? W sytuacji, gdy – jak zauważa Maciej Wilk ze stowarzyszenia Tak dla CPK – oczekujemy ambicji i rozwoju, a nie ciągłego „urealniania”, marnowanie czasu na zmianę szyldów zakrawa na absurd.
Półtora roku audytów, by wrócić do punktu wyjścia
Decyzja o budowie zapadła w 2017 roku. Ostatnie kilkanaście miesięcy upłynęło pod znakiem „audytów”, wstrzymywania prac i politycznej przepychanki. Teraz, gdy rząd ogłasza „Port Polska”, de facto wraca do założeń, które były znane i gotowe do realizacji znacznie wcześniej. Premier Tusk triumfalnie ogłasza: „PiS-owcy mają rację, że nie wybudujemy CPK. My budujemy Port Polska”. To zdanie przejdzie do historii marketingu politycznego jako przykład cynizmu. Obywatele nie potrzebują jednak gier słownych, lecz sprawnej infrastruktury. Zmiana nazwy nie przyspieszy wylania betonu, a straconego czasu na „weryfikację” czegoś, co ostatecznie uznano za słuszne, nikt Polsce nie zwróci. Pozostaje pytanie, czy „Port Polska” to realny plan przyspieszenia, czy tylko kolejna fasada, za którą kryje się chęć dalszego odwlekania inwestycji, byle tylko nie była kojarzona z poprzednikami.

