Taktyka „nie, ale tak”. Premier Tusk oswaja Mercosur, nazywając go „bezpiecznym”, choć obiecał blokadę

2025-12-19_10-15_Taktyka „nie, ale tak”

Jeszcze w lipcu słyszeliśmy o twardej uchwale rządu i bezwzględnym weto. Dziś, gdy w Brukseli ważą się losy umowy UE-Mercosur, premier Donald Tusk wykonuje zaskakującą woltę retoryczną. Choć oficjalnie podtrzymuje sprzeciw, jednocześnie zaczyna chwalić obecny kształt porozumienia, twierdząc, że w nowej wersji jest ono „bezpieczne” dla polskich rolników. Ta nagła zmiana narracji – z blokowania szkodliwej umowy na „nie jest idealnie, ale nie jest źle” – rodzi uzasadnione pytania, czy polski sprzeciw nie jest jedynie teatrem na użytek krajowej opinii publicznej.

Wypowiedź Donalda Tuska z Brukseli to podręcznikowy przykład politycznego kluczenia. Szef rządu, stojąc w obliczu protestujących rolników, z jednej strony zapewnia: „Polska nie będzie tej umowy popierała”. Z drugiej jednak – w tym samym wystąpieniu – dekonstruuje sens tego oporu. Premier przyznaje, że „trzeba liczyć się z faktami” i brakiem większości blokującej, po czym przechodzi do pochwał nad „naprawionym” projektem. Jeśli wersja, ta którą w tej chwili mamy na stole, wejdzie, ona jest w dużej mierze już bezpieczna z punktu widzenia polskich rolników, ale także polskich konsumentów – stwierdził premier. To fundamentalna zmiana optyki. Do tej pory narracja rządu (i koalicjanta z PSL) brzmiała: Mercosur jest zagrożeniem. Dziś słyszymy, że „nie jest źle”. Tusk zdaje się oswajać Polaków z myślą, że umowa wejdzie w życie, a jego rola ograniczyła się do wywalczenia „bezpieczników”.

Listek figowy w Parlamencie Europejskim 

Pretekstem do złagodzenia tonu stało się wtorkowe głosowanie w Strasburgu. Parlament Europejski przyjął tzw. wzmocnioną klauzulę ochronną. W teorii ma ona pozwolić na szybszą reakcję UE w przypadku zalania rynku towarem z Ameryki Południowej. W praktyce – nie zmienia to istoty umowy, która otwiera europejski rynek na gigantów z Brazylii czy Argentyny. Tusk przedstawia to jednak jako sukces polskich europosłów, wymieniając Krzysztofa Hetmana i Dariusza Jońskiego, co pozwala mu argumentować, że „projekt naprawiono”. Krytycy wskazują jednak, że to jedynie „listek figowy”, mający przykryć fakt, że polska dyplomacja nie zbudowała skutecznej koalicji blokującej.

Matematyka porażki czy brak woli? 

Kluczowym elementem układanki jest arytmetyka. Aby zablokować umowę w Radzie Unii Europejskiej, potrzebna jest mniejszość blokująca: co najmniej cztery państwa reprezentujące 35 proc. ludności Unii. Polska, Francja i Włochy, wsparte choćby jednym mniejszym krajem, mogłyby ten pakt wyrzucić do kosza. Tymczasem premier Tusk sugeruje, że „nie ma tej większości, która mogłaby zablokować”. To stwierdzenie budzi wątpliwości w kontekście postawy Paryża, który jest zdeterminowany do odrzucenia umowy, oraz sygnałów płynących z Rzymu. Jeśli Polska rzeczywiście „ciężko pracowała” nad koalicją, dlaczego premier ogłasza kapitulację przed ostatecznym głosowaniem? Wygląda na to, że strategia Warszawy to głosowanie „przeciw” (dla uspokojenia nastrojów w kraju), przy jednoczesnym cichym przyzwoleniu na to, by inni przegłosowali umowę (korzystną np. dla niemieckiego przemysłu).

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: