Był rok 1946. Świat lizał rany po wojnie, a polska władza ludowa uznała, że nic tak nie poprawi nastroju obywatelom, jak sąsiad z opaską na ramieniu, który z podejrzanie dużą gorliwością zagląda im w okna. Tak oto na świat przyszło ORMO – formacja, która udowodniła, że do bycia „stróżem prawa” wystarczą dobre chęci, brak zajęcia i miłość do darmowych biletów do kina.
Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej. Nazwa długa, dumna i… kompletnie nieoddająca natury zjawiska. W teorii mieli pomagać milicji w łapaniu bandytów. W praktyce? Stworzyli nową gałąź ewolucyjną: „homo ormowca”.
Kto zostawał ormowcem? Profil kandydata był szeroki jak uśmiech sekretarza na dożynkach. Robotnik, który chciał mieć fory u kierownika, emeryt, któremu nudziło się na ławce, czy wreszcie osiedlowy społecznik, który wreszcie dostał legitymację potwierdzającą, że jego wścibstwo jest „państwowotwórcze”.
Zaczynali skromnie – od pilnowania mostów (których nikt nie chciał ukraść) i stogów siana. Z czasem jednak apetyt rósł w miarę jedzenia. ORMO stało się wszechobecne: na dworcach, w kolejkach po mięso i na dancingach, gdzie z niezwykłym poświęceniem badali, czy poziom radości obywateli nie wykracza poza normy socjalistycznej moralności.
Atrybuty władzy (i braku munduru)
Fenomen ORMO polegał na tym, że byli „cywilnymi żołnierzami”. Często, zamiast pełnego munduru – słynna opaska. Zamiast profesjonalnego szkolenia – krótka instrukcja, że wróg czai się wszędzie (zwłaszcza ten w dżinsach z paczki z USA).
Największą traumę ormowcy przeżywali jednak nie podczas akcji, a w dowcipach. Bo umówmy się – nikt nie był tak wdzięcznym obiektem kpin jak pan Miecio spod czwórki, który po godzinach w fabryce zakładał opaskę i nagle stawał się „organem”.
Definicja z epoki: Co to jest: nie je, nie pije, a chodzi i bije? Odpowiedź: ORMO.
Formacja ta przetrwała dekady, puchnąc do niebotycznych rozmiarów (pod koniec lat 70. było ich niemal pół miliona!). Każdy zakład pracy, każda wieś miała swojego „anioła stróża” z legitymacją. Dopiero końcówka lat 80. pokazała, że naród ma dość darmowych korepetycji z praworządności udzielanych przez amatorów.
Dziś ORMO to tylko zakurzone legitymacje na aukcjach staroci i wspomnienie specyficznego folkloru PRL. Bo choć intencje założycieli były „szczytne” (czyt. pełna kontrola nad każdym ruchem obywatela), to efekt końcowy przypominał raczej kabaret niż służby specjalne.
I całe szczęście. Bo nic tak nie hartuje ducha narodu, jak wspólne wyśmiewanie kogoś, kto za darmo chciał być bardziej milicyjny od samej milicji.
foto: wikipedia.org/Platko

