Dzisiejsze wydarzenia i kontrowersje wokół zaprzysiężenia sędziów to kolejny rozdział w burzliwej historii polskiego sądownictwa konstytucyjnego. Zanim jednak utkniemy w bieżącym sporze politycznym i gąszczu wzajemnych oskarżeń, warto zadać sobie absolutnie fundamentalne pytanie: po co w ogóle wymyślono Trybunał Konstytucyjny? Odpowiedź na to pytanie kryje się w bolesnych lekcjach historii oraz w dramatycznej potrzebie stworzenia niezależnego bezpiecznika, który w ostateczności ochroni obywateli przed dyktatem każdej, nawet najbardziej demokratycznie wybranej władzy.
W dobie dzisiejszych, niezwykle polaryzujących sporów o kształt wymiaru sprawiedliwości, często zapominamy o fundamencie, na którym w ogóle opiera się idea sądownictwa konstytucyjnego. Koncepcja specjalnego sądu, którego jedynym i nadrzędnym zadaniem jest badanie zgodności tworzonego prawa z konstytucją, absolutnie nie jest wymysłem współczesnych polityków pragnących zdominować dyskurs, lecz austriackiego prawnika i filozofa, Hansa Kelsena. To on na początku dwudziestego wieku niezwykle trafnie zauważył, że nawet parlament pochodzący z powszechnych, wolnych wyborów może niezwykle łatwo ulec pokusie uchwalania praw naruszających podstawowe wolności obywatelskie oraz prawa mniejszości. Kelsen doszedł do niepodważalnego wniosku, że sama ustawa zasadnicza, choćby była najpiękniej i najbardziej wzniośle napisana, jest całkowicie bezbronna i sprowadzona do roli papierowej deklaracji, jeśli nie stworzy się twardego, niezależnego organu państwowego. Ten organ musiał mieć fizyczną i ustrojową możliwość wzięcia do ręki ustawy przegłosowanej przez większość parlamentarną i – mówiąc potocznie – wyrzucenia jej do kosza z powodu łamania konstytucji. W ten sposób, tuż po I wojnie światowej, powstał pierwszy w Europie trybunał w Austrii, dając początek potężnemu modelowi ochrony prawa, który z biegiem lat przyjął się w absolutnej większości dojrzałych państw demokratycznych na całym świecie.
Polska droga do kontroli konstytucyjności
W Polsce idea powołania organu kontrolującego konstytucyjność prawa rodziła się w ogromnych bólach i w bardzo specyficznych realiach schyłkowego PRL-u. Paradoksalnie, to właśnie w autorytarnym systemie, który formalnie odrzucał demokratyczny trójpodział władzy na rzecz marksistowskiej zasady jednolitości władzy państwowej (z dominującą i fasadową rolą sejmu w pełni sterowanego przez partię komunistyczną), zrodziła się oddolna potrzeba powołania jakiejkolwiek instytucji hamującej legislacyjną samowolę. Zmiany w konstytucji z 1982 roku stworzyły wreszcie ramy dla Trybunału Konstytucyjnego, który po wielu opóźnieniach faktycznie zaczął orzekać kilka lat później, stawiając pierwsze kroki w niezwykle trudnym środowisku politycznym. Oczywiście, jego rola w tamtym okresie przejściowym była wciąż mocno ograniczona i uzależniona od woli politycznej – orzeczenia o niekonstytucyjności ustaw nie miały mocy ostatecznej i mogły być bezceremonialnie odrzucane przez Sejm wymaganą większością głosów, co czyniło z sędziów bardziej ciało doradcze niż realną i niebezpieczną dla władzy przeciwwagę. Dopiero „koncesjonowana” transformacja ustrojowa, która dokonała się po 1989 roku, a ostatecznie wejście w życie Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 1997 roku, uczyniły z polskiego Trybunału Konstytucyjnego względnie niezależny sąd prawa, którego wyroki stały się ostateczne i powszechnie obowiązujące na terytorium całego kraju. Od tego historycznego momentu stał się on filarem polskiego państwa prawa, gwarantem stabilności systemu prawnego i tarczą chroniącą przeciętnego obywatela przed omnipotencją oraz arogancją władzy ustawodawczej i wykonawczej.
Europejski standard w obliczu politycznych nacisków
Patrząc znacznie szerzej na globalną architekturę prawną, rola sądów konstytucyjnych w Europie i na świecie ewoluowała przez dekady, stając się uniwersalnym i bezdyskusyjnym standardem państw aspirujących do miana demokratycznych, choć mechanizm ten przybiera różne formy instytucjonalne. Z jednej strony mamy model amerykański, gdzie kontroli konstytucyjnej w sposób rozproszony dokonuje praktycznie każdy sąd, z potężnym Sądem Najwyższym na czele, ustalającym ostateczne precedensy. Z drugiej strony funkcjonuje wspomniany wcześniej model europejski (zwany kelsenowskim), charakteryzujący się jednym, scentralizowanym sądem konstytucyjnym wyizolowanym z reszty wymiaru sprawiedliwości. Jednak niezależnie od wybranego systemu operacyjnego, nadrzędny cel ustrojowy pozostaje absolutnie niezmienny: twarda ochrona praw jednostki oraz praw mniejszości przed dyktatem i chwilowymi kaprysami większości parlamentarnej. Jak od lat zgodnie zauważają wybitni konstytucjonaliści z całego świata, parlamentarzyści reprezentujący aktualną większość rządzącą bardzo często ulegają groźnej pokusie realizowania krótkowzrocznych celów politycznych, przedwyborczych obietnic czy doraźnych interesów, nierzadko kosztem naruszania fundamentalnych praw obywatelskich. I właśnie w takich momentach wysokiego napięcia, do akcji powinien wkroczyć z pełną mocą niezależny, chłodny w swoich ocenach sąd konstytucyjny. Niestety, najnowsza historia uczy nas również, brutalnie przypominając o kruchości instytucji, że sądy te są wprost niewiarygodnie podatne na zmasowane ataki ze strony ambitnych polityków, którzy za wszelką cenę próbują je sobie podporządkować. Obserwujemy je z niepokojem w innych państwach borykających się z systemowym kryzysem praworządności, a dzisiejsze bulwersujące doniesienia o trybie zaprzysiężenia sędziów w Polsce dobitnie udowadniają, że ten delikatny mechanizm wciąż pozostaje w samym centrum wyniszczającego politycznego huraganu.
Po co nam dzisiaj taki sąd
Zatem w obliczu dzisiejszych kryzysów musimy postawić sprawę jasno: po co nam dzisiaj sprawny i szanowany Trybunał Konstytucyjny? Odpowiedź jest brutalnie prosta i dotyczy każdego z nas: po to, abyśmy pewnego poranka nie obudzili się w państwie, w którym ustawa przepchnięta pośpiesznie przez Sejm w środku nocy arbitralnie pozbawi nas prawa do własności prywatnej, całkowicie zablokuje naszą wolność słowa czy też uniemożliwi nam prawo do sprawiedliwego i uczciwego procesu sądowego. Trybunał to absolutnie nie jest tylko nudny zbiór starszych sędziów w togach z fioletowym żabotem, debatujących godzinami nad hermetycznymi zawiłościami prawnymi na uniwersyteckich korytarzach. To ostateczny, najważniejszy bezpiecznik całego systemu państwowego. Kiedy ten kluczowy bezpiecznik ulega poważnej awarii, w sposób kontrolowany przepala się, albo – co jest scenariuszem najgorszym z możliwych – jest celowo i cynicznie majstrowany przez polityków reprezentujących władzę wykonawczą, przeciętny obywatel zostaje całkowicie sam w nierównym starciu z potężną, bezduszną machiną państwa. Dzisiejsze ostre kontrowersje wokół legalności obsady stanowisk w polskim sądownictwie konstytucyjnym to z całą pewnością nie jest tylko teoretyczny spór grupy prawników i zacietrzewionych polityków toczony w telewizyjnych studiach. To potężne, niebezpieczne tąpnięcie fundamentów, na których z trudem zbudowano nasze poczucie minimalnego bezpieczeństwa prawnego w tej części Europy. Musimy mieć pełną świadomość, że każdy kolejny krok w stronę systemowego osłabienia lub upolitycznienia tej wielkiej instytucji to nieuchronny krok w stronę autorytaryzmu państwa, w którym prawo szybko staje się wyłącznie tym, czego akurat w danym momencie zażyczy sobie wszechmocny premier czy sprawujący urząd prezydent.

