Narodowy Fundusz Zdrowia przypomina dziś dziurawy zbiornik, do którego decydenci w panice dolewają kolejne miliardy złotych, udając przed opinią publiczną, że rozwiązują w ten sposób narastający, wielowymiarowy kryzys. Najnowszy, wstrząsający raport przygotowany przez ekspertów ze Szkoły Głównej Handlowej obnaża bezlitosną prawdę o rodzimej medycynie: brakuje nam elementarnego solidaryzmu w opłacaniu rachunków, bezmyślnie premiujemy najdroższe leczenie szpitalne, a nadchodząca wielkimi krokami katastrofa demograficzna lada chwila odetnie systemowi tlen.
Zamiast pudrować trupa i mamić zdesperowanych pacjentów obietnicami bez pokrycia, państwo polskie musi natychmiast przeprowadzić bolesną, ale absolutnie konieczną operację na otwartym sercu własnych finansów. Czas wreszcie skończyć z archaicznym modelem, w którym potężne strumienie pieniędzy bezpowrotnie płyną w urzędniczą czarną dziurę, podczas gdy schorowany obywatel i tak miesiącami czeka w kolejkach do specjalisty, ratując się ostatecznie płatnymi wizytami w prywatnych gabinetach.
Złudzeniem, któremu przez lata ulegała klasa polityczna i duża część społeczeństwa, była wiara w to, że proste dosypanie pieniędzy do centralnego budżetu automatycznie przełoży się na skrócenie kolejek i podniesienie jakości leczenia w publicznych placówkach. Statystyki nominalne mogą wprawdzie robić imponujące wrażenie, gdyż wydatki na zdrowie wzrosły z niespełna stu ośmiu miliardów złotych w 2014 roku do astronomicznych niemal trzystu miliardów planowanych na rok 2024, jednak brutalna rzeczywistość weryfikuje te liczby na niekorzyść pacjenta. Jak trafnie i bezkompromisowo diagnozuje profesor Andrzej Fal, pełniący funkcję prezesa Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego, finansowanie pod względem wartości bezwzględnej faktycznie poszybowało w górę, ale w starciu z bezlitosną inflacją medyczną oraz rosnącymi, naturalnymi potrzebami starzejącej się populacji, te środki zawsze będą drastycznie niewystarczające. Szokujący jest fakt, że ogromna większość z tych nowo wstrzykniętych w system miliardów w ogóle nie przekłada się na innowacyjne terapie czy nowoczesny sprzęt, ponieważ aż osiemdziesiąt procent dodatkowych kwot przekazanych do Narodowego Funduszu Zdrowia zostaje natychmiast skonsumowane przez konieczność obsługi nowych świadczeń. W praktyce oznacza to, że polski system ochrony zdrowia kręci się w miejscu, a my, pomimo podwojenia wydatków, znajdujemy się na poziomie wydajności sprzed tej potężnej, finansowej kroplówki. Dalsze utrzymywanie takiej polityki to droga donikąd, dlatego jedynym ratunkiem staje się natychmiastowe cięcie niepotrzebnych kosztów i radykalne przesunięcie środka ciężkości na najtańszą metodę w medycynie, jaką jest profilaktyka, co według analityków mogłoby zredukować wydatki o gigantyczne piętnaście do dwudziestu pięciu procent.
Brak solidaryzmu społecznego i masowa ucieczka przed finansowaniem wspólnego leczenia
Aby zrozumieć, dlaczego brakuje nam pieniędzy na nowoczesne terapie onkologiczne czy skomplikowane zabiegi kardiochirurgiczne, należy spojrzeć prawdzie w oczy i prześwietlić to, kto tak naprawdę w Polsce składa się na budżet ochrony zdrowia. Z analizy przedstawionej przez doktor Monikę Raulinajtys-Grzybek, która jako kierownik zarządza pracami Think Tanku SGH dla ochrony zdrowia, wyłania się obraz systemu głęboko niesprawiedliwego i niesolidarnego, zachęcającego wprost do omijania obowiązków względem państwa. Obecnie ciężar finansowania całej infrastruktury medycznej w kraju dźwiga na swoich barkach zaledwie około siedemdziesięciu procent obywateli. Oczywiście, w tej grupie niepłacących znajdują się dzieci, których leczenie jest naturalnym priorytetem, jednak eksperci słusznie postulują, by koszty opieki nad najmłodszymi zostały wyraźnie i przejrzyście przerzucone bezpośrednio na barki budżetu państwa, co chroniłoby politykę prorodzinną, a jednocześnie porządkowało przepływy finansowe w samym funduszu. Znacznie większym problemem jest natomiast powszechne w Polsce zjawisko arbitrażu i optymalizacji składkowej, wynikające z patologicznego skomplikowania przepisów podatkowych, które pozwalają różnym grupom zawodowym – od rolników po wybrane formy działalności gospodarczej – na płacenie drastycznie niższych, wręcz symbolicznych kwot na ubezpieczenie zdrowotne, nieadekwatnych do ich realnych dochodów. Trudno mówić o poczuciu narodowej wspólnoty w momencie, gdy system toleruje gigantyczne wyrwy, a pracownik na etacie de facto dotuje ze swojej pensji leczenie tych, którzy dzięki lukom w prawie zrzucają z siebie odpowiedzialność za wspólną infrastrukturę szpitalną i ambulatoryjną.
Odwrócona piramida świadczeń i demograficzna bomba z opóźnionym zapłonem
Tragiczny stan naszych finansów potęguje dodatkowo całkowicie nielogiczna, odziedziczona po minionych dekadach architektura udzielania świadczeń medycznych, która faworyzuje to, co powinno być absolutną ostatecznością. Według podręcznikowych zasad nowoczesnej ekonomii zdrowia, system powinien opierać się na potężnej, szerokiej bazie podstawowej opieki zdrowotnej i profilaktyki, a zwężać ku drogiej opiece szpitalnej. W Polsce mamy jednak do czynienia z patologicznym odwróceniem tej piramidy; jak wynika ze zgromadzonych danych, udział leczenia w oddziałach zamkniętych wciąż pożera lwią część, bo aż czterdzieści dziewięć procent całkowitego budżetu, generując w skali roku ponad jedenaście milionów kosztownych hospitalizacji, z których ogromnej części można by uniknąć dzięki sprawniejszym przychodniom. Jak mocno akcentuje w swoim wystąpieniu profesor Andrzej Fal, w polskim modelu zdrowotnym zasada „pieniądz idzie za pacjentem” pozostała jedynie pustym, politycznym frazesem, przez co utrzymujemy w całym kraju dziesiątki nierentownych, niecieszących się zaufaniem chorych szpitali o katastrofalnie niskim obłożeniu. Wprowadzenie twardej, rynkowej zasady finansowania celowanego sprawiłoby, że te najsłabsze jednostki musiałyby się błyskawicznie przebranżowić, na przykład na zakłady opiekuńczo-lecznicze, zdejmując z państwa ciężar sztucznego podtrzymywania ich przy życiu. Czasu na takie odważne decyzje nie mamy już wcale, ponieważ nad Polską wisi potężne widmo zapaści demograficznej; starzejące się w błyskawicznym tempie społeczeństwo już dziś powoduje radykalny wzrost kosztów leczenia chorób przewlekłych, a w perspektywie kilku najbliższych lat doprowadzi do tąpnięcia wpływów ze składek o tragiczną jedną piątą. Jeśli rządzący natychmiast nie poświęcą roku na przygotowanie wielkiej, rewolucyjnej ustawy naprawczej, która ustabilizuje system na kolejne dwadzieścia pięć lat, w niedalekiej przyszłości polskie szpitale po prostu zatoną pod ciężarem długów i rosnącej fali pacjentów w podeszłym wieku, zmuszając nas wszystkich do płacenia podwójnie za podstawowe ratowanie życia.

