Łódź. Miasto, które znika

W 1990 roku Łódź liczyła 848 tysięcy mieszkańców i była drugim po Warszawie miastem w Polsce – zdecydowanie wyprzedzając Kraków, który miał wówczas 750 tysięcy. Dziś, według danych GUS na 1 stycznia 2025 roku, Łódź ma nieco ponad 655 tysięcy mieszkańców. Spadła na czwarte miejsce w kraju, przeganiając się z Wrocławiem o pozycję. Tylko w ciągu ostatniego roku statystycznego ubyło 6 322 osób – niemal trzykrotnie więcej niż drugiej w tym niechlubnym zestawieniu Bydgoszczy (–2 391) i trzeciego Szczecina (–2 360). Prognozy GUS na lata 2023 – 2060 są jeszcze bardziej przygnębiające: populacja Łodzi może spaść poniżej pół miliona, a miasto zostanie wyprzedzone przez Gdańsk.

To nie jest artykuł o statystykach. To jest artykuł o mieście, które miało wielkie ambicje – i systematycznie je marnowało. O „Manchesterze Królestwa Polskiego”, który nie potrafi znaleźć drugiego aktu swojej historii.

Aby zrozumieć dzisiejszą Łódź, trzeba zrozumieć, czym była Łódź wczoraj. Miasto przez niemal dwieście lat opierało się na jednej nodze – przemyśle włókienniczym. W XIX wieku to wystarczało, by pędzić jak lokomotywa. Fabryki Scheiblerów, Grohmanów, Poznańskich zatrudniały po kilka tysięcy ludzi każda. Łódź eksportowała na wschód – głównie do Rosji i Chin. Była „Ziemią Obiecaną” w sensie dosłownym, nie tylko w tytule powieści Reymonta.

Problem zaczął się dawno przed 1989 rokiem. Władze PRL – jak trafnie opisano w raporcie „Łódź. Transformacja gospodarcza miasta po 1989 r.” – traktowały Łódź z niechęcią. Kapitalistyczny rodowód miasta nie pasował do socjalistycznej narracji. Inwestycje w przemysł ciężki szły do Nowej Huty, Stalowej Woli, na Górny Śląsk. Łódź, niezburzona podczas wojny, nie otrzymała też nakładów na odbudowę i modernizację. Przez dekady eksploatowano XIX-wieczne fabryki bez unowocześniania ich parku maszynowego. Gdy w 1989 roku otworzono rynek, łódzkie zakłady okazały się reliktami – niezdolne do konkurowania z tanimi tkaninami z Azji i pozbawione rynku wschodniego, który zniknął wraz z Związkiem Sowieckim.

Symboliczny jest los Zakładów Przemysłu Bawełnianego Poltex – dawnego imperium Izraela Poznańskiego, zatrudniającego ponad 9 tysięcy ludzi. W maju 1991 roku bank zgłosił wniosek o ich upadłość. Dziś na terenie dawnej fabryki stoi centrum handlowe Manufaktura. Jest ładne. Ale galeria handlowa to nie jest wizja przyszłości dla miasta – to jest raczej epitafium dla jego przeszłości.

Efekt Bilbao, którego nie było

Na przełomie lat 2000. i 2010. pojawiła się w Łodzi nadzieja, że miasto może się wykaraskać metodą, która sprawdziła się w Hiszpanii – za pomocą spektakularnej architektury i kultury. Koncepcja Nowego Centrum Łodzi (NCŁ) miała objąć 90 hektarów w samym sercu miasta, wokół dworca Łódź Fabryczna i zabytkowej elektrociepłowni EC1. Dworzec miał być przeniesiony pod ziemię, a wokół niego miała rozkwitnąć nowa dzielnica łącząca kulturę, biznes i nowoczesne mieszkania.

Koronnym elementem całego przedsięwzięcia było Camerimage Łódź Center — centrum festiwalowo-kongresowe, które miał zaprojektować sam Frank Gehry, twórca słynnego Muzeum Guggenheima w Bilbao. Gehry, którego matka wywodziła się z Łodzi, podpisał z miastem umowę. Przedstawił koncepcję – efektowną bryłę przypominającą olbrzymi ekran projekcyjny z czterema wieżami. Miasto wydało blisko 6 milionów złotych na przygotowanie projektu. Sam Gehry miał zainkasować za projekt 15 milionów dolarów, a budowa miała kosztować około miliarda złotych.

I co? I nic. W styczniu 2010 roku radni odmówili finansowania inwestycji. Wcześniej, w wyniku referendum, ze stanowiskiem pożegnał się prezydent Jerzy Kropiwnicki – zwolennik projektu. Festiwal Camerimage, który miał być duszą nowego centrum, przeniósł się ostatecznie do Bydgoszczy. David Lynch, który miał stworzyć w EC1 własne studio, też zniknął z łódzkiego horyzontu. Marek Żydowicz, dyrektor Camerimage, jeszcze przez lata próbował wskrzesić projekt – postulował włączenie go w starania o EXPO 2022, proponował udział Skarbu Państwa. Bez skutku.

Frank Gehry zmarł 5 grudnia 2025 roku, w wieku 96 lat. Łódź nigdy nie doczekała się jego budynku. Fundacja Camerimage pożegnała go słowami: „Choć projekt, na skutek decyzji władz miejskich Łodzi, nie został ostatecznie zrealizowany, nasz entuzjazm nigdy nie osłabł”. Entuzjazm nie osłabł. Ale budynek nie powstał.

Trzeba to powiedzieć jasno: Łódź miała w ręku bilet, jaki dostaje się raz w historii. Architekt o światowej sławie, z osobistym sentymentem do miasta, gotowy zaprojektować obiekt, który mógł stać się ikoną – tak jak Bilbao stało się synonimem transformacji przez architekturę. Łódź ten bilet podarła i wyrzuciła do kosza. A dokładniej – podarli go łódzcy radni, kierując się krótkowzroczną kalkulacją polityczną.

Łódź, co z tych liczb wynika

Przyjrzyjmy się twardym danym, bo dopiero one oddają skalę problemu. Od 2002 roku populacja Łodzi skurczyła się o ponad 130 tysięcy osób. Tempo tego procesu nie zwalnia – w ostatnim roku statystycznym (styczeń 2024 – styczeń 2025) ubytek wyniósł 6 322 osoby, co czyni Łódź liderem depopulacji wśród wszystkich 66 miast na prawach powiatu w Polsce. Dla porównania: w tym samym czasie Kraków zyskał 2 967 mieszkańców, Warszawa 2 246, Gdańsk 1 280, a Rzeszów 1 049.

Łódź ma w tej chwili dwa razy więcej osób w wieku poprodukcyjnym niż w przedprodukcyjnym. Starzenie się populacji napędza ujemny przyrost naturalny – w 2024 roku w całej Polsce urodziło się zaledwie 252 tysiące dzieci, przy 409 tysiącach zgonów. Jak alarmuje prof. Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego, to najmniejsza liczba urodzeń nie tylko od II wojny światowej, ale od dwustu lat na obecnych ziemiach polskich.

Rynek pracy nie pomaga. Łódź konsekwentnie plasuje się w dolnej połowie zestawień płacowych dużych polskich miast. Wynagrodzenia są tu niższe niż we Wrocławiu, Poznaniu, Krakowie czy Gdańsku – miastach, z którymi Łódź jeszcze niedawno próbowała rywalizować. Co charakterystyczne, różnica w płacach między Łodzią a otaczającym ją województwem łódzkim jest zaskakująco mała – zaledwie około stu złotych brutto. To niezdrowy objaw: wielkie miasto powinno wyraźnie „odskakiwać” zarobkami od swojego zaplecza, bo to zarobki – obok oferty kulturalnej i jakości życia – przyciągają ludzi.

Rynek biurowy dodatkowo ilustruje problem. Według raportu Knight Frank za I kwartał 2024 roku wskaźnik pustostanów biurowych w Łodzi wyniósł ponad 21 procent – najwyższy wynik wśród wszystkich głównych miast w Polsce. Nie potrzeba dużej wyobraźni, by odczytać, co to oznacza: firmy z Łodzi wychodzą, albo nie przychodzą w takiej liczbie, w jakiej powinny.

Czy Łódź jest sypialnią Warszawy?

To pytanie pojawia się regularnie i zasługuje na uczciwą odpowiedź: nie jest. Ale nie z dobrych powodów. Sypialnią Warszawy jest na przykład Pruszków czy Piaseczno – miejscowości, z których ludzie codziennie dojeżdżają do stolicy, bo tam zarabiają, tam spędzają czas, a pod Warszawą tylko śpią. Do tego potrzebna jest sprawna komunikacja i akceptowalny czas dojazdu. Łódź od Warszawy dzieli wprawdzie nieco ponad 130 kilometrów, ale połączenie kolejowe, choć poprawione, nie uczyniło z Łodzi przedmieścia stolicy. Podróż pociągiem to wciąż ponad godzina w najlepszym przypadku. Kolej Dużych Prędkości – planowane niegdyś połączenie Warszawy, Łodzi, Poznania i Wrocławia – pozostaje mrzonką, wchłoniętą przez megaprojekt CPK, którego losy same są niepewne.Problem Łodzi jest głębszy niż relacja z Warszawą. Łódź nie jest sypialnią stolicy, bo nie jest w stanie nawet z nią konkurować o pracowników, którzy i tak wybiorą Kraków, Wrocław albo Trójmiasto. Łódź przegrywa nie z Warszawą – Łódź przegrywa ze wszystkimi.

To, co się udaje – i to, czego brakuje

Byłoby nieuczciwe, gdybyśmy pominęli to, co w Łodzi działa. EC1 – dawna elektrociepłownia przekształcona w centrum kultury z Narodowym Centrum Kultury Filmowej, Centrum Nauki i Techniki i planetarium – jest projektem udanym i wartościowym. Dworzec Łódź Fabryczna, choć kosztował ponad 1,7 miliarda złotych i jego budowa wielokrotnie opóźniała się, jest obiektem nowoczesnym i reprezentacyjnym. Program rewitalizacji centrum, choć nierówny, odmienił wiele kwartałów. Manufaktura – mimo naszych wcześniejszych uwag – jest cieszącym się popularnością kompleksem handlowo-kulturalnym, a do Łodzi przeniosły się centra usług wspólnych (BPO/SSC) firm takich jak Infosys, Fujitsu czy Dell.

Ale jedno centrum kultury i garść biurowców nie odwrócą trendu demograficznego, który trwa od ponad trzech dekad. Łódzka rewitalizacja, choć potrzebna, przypomina trochę malowanie ścian w domu, z którego wyprowadzają się lokatorzy. Można odmalować – ale pytanie brzmi: po co, jeśli za trzydzieści lat dom będzie o jedną trzecią bardziej pusty?

Czego Łódź potrzebuje – i czego się boimy

Łódź potrzebuje odwagi. Tej samej, której zabrakło, gdy na stole leżał projekt Gehry’ego. Tej samej, której brakuje, gdy zamiast wielkich wizji serwuje się mieszkańcom kolejne „strategie rewitalizacji”, napisane urzędniczym żargonem i ilustrowane wizualizacjami, na których słoneczni ludzie piją kawę przy fontannach.

Miasto potrzebuje impulsu gospodarczego – nie kolejnej galerii handlowej, ale realnego powodu, dla którego młody absolwent Politechniki Łódzkiej czy Uniwersytetu Łódzkiego zdecyduje się zostać, zamiast wsiadać w pociąg do Warszawy albo w samolot do Dublina. Potrzebuje inwestycji, które tworzą miejsca pracy o wynagrodzeniach konkurencyjnych wobec Krakowa i Wrocławia. Potrzebuje wreszcie tożsamości – jasnej odpowiedzi na pytanie, czym Łódź chce być w XXI wieku.

Bo „dawną stolicą włókiennictwa” być już nie może. „Miastem filmowym” mogła się stać – ale Camerimage jest w Bydgoszczy. „Hubem logistycznym” jest – ale to za mało, by zbudować markę, która przyciąga ludzi. „Sypialnią Warszawy” nie jest i raczej nie będzie. Więc czym? To pytanie zadaje się w Łodzi od trzydziestu lat. I od trzydziestu lat nikt nie potrafi na nie przekonująco odpowiedzieć.

Sytuację Łodzi dobrze opisuje pewien paradoks. Miasto inwestuje w przestrzenie publiczne i infrastrukturę – powstają nowe ulice, skwery, budynki mieszkalne w Nowym Centrum Łodzi. Jednocześnie w ciągu trzech dekad straciło blisko 200 tysięcy mieszkańców. Buduje się coraz ładniejsze pudełko, podczas gdy treść z niego wyparowuje.Prof. Przemysław Śleszyński z Instytutu Geografii PAN wskazuje na zjawisko, które nazywa „wyczerpywaniem się zlewni migracyjnej”. Mniejsze miasta wokół Łodzi – Zgierz, Aleksandrów Łódzki, Pabianice – same tracą mieszkańców, więc „zasób” ludzki, z którego Łódź mogła czerpać, kurczy się w postępie geometrycznym. To spirala, z której bez zewnętrznego impulsu niezwykle trudno się wydostać.

Jedynym wyraźnym czynnikiem spowalniającym depopulację jest napływ imigrantów – przede wszystkim Ukraińców. Ich liczba w Łodzi szacowana jest na kilkadziesiąt tysięcy, a w szczycie fali migracyjnej po 2022 roku mogła sięgać nawet 150 tysięcy. To istotny bufor demograficzny, ale obarczony niepewnością: nikt nie wie, ilu z nich zostanie na stałe, a ilu wróci na Ukrainę, gdy sytuacja za wschodnią granicą się ustabilizuje. Dane miasta oparte na logowaniach nocnych telefonów komórkowych sugerują, że realna populacja Łodzi to bliżej 760 tysięcy niż 655 tysięcy raportowanych przez GUS. Jeśli to prawda, oznacza to, że Łódź jest większa, niż mówią oficjalne statystyki – ale jednocześnie, że znaczna część jej mieszkańców to ludzie nieobecni w żadnych rejestrach, niepłacący lokalnych podatków i niemający gwarancji, że zostaną.

Zamiast pointy

W grudniu 2009 roku Frank Gehry przedstawił łódzkim radnym swoją wizję centrum festiwalowego. Sto pięćdziesiąt osób – w większości młodych – okupowało potem salę rady miejskiej, domagając się, by ten projekt uratować. Nie udało się.

Pięć lat później na łódzkim dworcu Fabryczna wylądowali pierwsi pasażerowie. Dziesięć lat później, w 2025 roku, Łódź notuje rekordowy roczny ubytek ludności. Frank Gehry nie żyje. Camerimage jest w Bydgoszczy. Kolej Dużych Prędkości jest w sferze planów. A młodzi ludzie, którzy wtedy okupowali ratusz, dawno już wyjechali – do Warszawy, do Krakowa, do Londynu, do Berlina.

Łódź potrzebuje kogoś, kto zada pytanie: „Łódź – ale jaka?”. I kogoś, kto będzie miał odwagę na nie odpowiedzieć. Bo na razie odpowiedzią jest cisza. A cisza, w mieście które znika, jest dźwiękiem najbardziej złowieszczym.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: