Gdy 24 lutego 2022 roku rosyjskie wojska przekroczyły granicę Ukrainy, w Europie rozpoczęło się gorączkowe przewartościowywanie dotychczasowej polityki wobec Moskwy. Na czoło debaty wysunął się projekt, który przez lata dzielił kontynent, a który w Polsce i krajach Europy Środkowo-Wschodniej od początku traktowano jako zagrożenie egzystencjalne – gazociąg Nord Stream. Historia tego przedsięwzięcia to opowieść o niemiecko-rosyjskim sojuszu energetycznym, budowanym ponad głowami mniejszych państw europejskich, o cynizmie wielkiej polityki i o ludziach, którzy mieli rację – choć długo nikt nie chciał ich słuchać.
Pomysł bezpośredniego połączenia gazowego Rosji z Niemcami po dnie Morza Bałtyckiego dojrzewał od lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Kluczowy impuls nadali mu jednak dwaj politycy: kanclerz Niemiec Gerhard Schröder i prezydent Rosji Władimir Putin. We wrześniu 2005 roku – zaledwie dwa tygodnie przed wyborami parlamentarnymi w Niemczech, w których Schröder stracił władzę – podpisano niemiecko-rosyjską umowę o budowie gazociągu. To, co nastąpiło potem, stało się symbolem korupcji politycznej na skalę kontynentalną: wkrótce po przegranych wyborach były kanclerz objął stanowisko przewodniczącego rady nadzorczej konsorcjum Nord Stream, bezpośrednio zarabiając na projekcie, który sam wynegocjował ze stanowiska szefa rządu.
W sierpniu 2006 roku Gazprom oraz niemieckie firmy E.ON Ruhrgas i BASF podpisały w Moskwie porozumienie końcowe o budowie gazociągu i utworzeniu konsorcjum Nord Stream AG. Udział rosyjskiego monopolisty wyniósł 51 procent. Na czele spółki stanął Matthias Warnig – były oficer wschodnioeniemieckiej Stasi, znający Putina jeszcze z czasów wspólnej pracy na rzecz służb wywiadowczych w NRD. W normalnych warunkach taki skład osobowy powinien był wzbudzić czujność europejskich polityków. Nie wzbudził – przynajmniej nie na Zachodzie.
Tradycja paktu Ribbentrop-Mołotow
Reakcje w Europie Środkowo-Wschodniej były natychmiastowe i jednoznaczne. W maju 2006 roku ówczesny minister obrony Polski Radosław Sikorski, występując na konferencji German Marshall Fund w Brukseli, wypowiedział zdanie, które obiegło europejskie media: “Polska jest szczególnie wrażliwa na punkcie korytarzy i porozumień ponad naszymi głowami. To była tradycja Locarno, to jest tradycja paktu Ribbentrop-Mołotow. Nie chcemy powtórki”. Słowa Sikorskiego – choć media uprościły je do porównania Nord Stream z paktem nazistowsko-sowieckim – celnie wyrażały esencję polskich obaw. Berlin i Moskwa porozumiewały się dwustronnie w sprawach, które bezpośrednio dotyczyły bezpieczeństwa całego regionu, ale bez konsultacji z państwami, które miały na tej umowie najbardziej stracić.
Niemcy ze swojej strony konsekwentnie utrzymywały, że Nord Stream to „czysto biznesowy projekt”. Ta mantra powtarzana była przez kolejne lata, mimo rosnącej góry dowodów na geopolityczny charakter inwestycji. Jak trafnie ujął to jeden z analityków: trudno mówić o zwykłym biznesie, gdy za jednym stołem siedzą kontrolowana przez Kreml spółka, były szef rządu w roli lobbysty i oficer komunistycznej bezpieki w roli dyrektora zarządzającego.
Lech Kaczyński – prezydent, który widział więcej
Wśród europejskich polityków, którzy najwcześniej i najgłośniej alarmowali o zagrożeniach płynących z Nord Stream, szczególne miejsce zajmuje prezydent Lech Kaczyński. Jego sprzeciw wobec gazociągu nie był odruchowy ani populistyczny – wynikał z przemyślanej wizji bezpieczeństwa energetycznego jako fundamentu suwerenności państwa.
Już w lipcu 2006 roku prezydent Kaczyński współorganizował międzynarodową konferencję w Darłowie, poświęconą zagrożeniom ekologicznym budowy gazociągu na Bałtyku. Zdawał sobie sprawę, że same argumenty polityczne – choć zasadne – mogą nie wystarczyć, by powstrzymać inwestycję popieraną przez dwie największe potęgi w regionie. Stąd nacisk na aspekty środowiskowe: zagrożenie dla bioróżnorodności Morza Bałtyckiego i ryzyko związane z trującymi chemikaliami zatopionymi w tym akwenie podczas drugiej wojny światowej.
Podczas rozmów z kanclerz Angelą Merkel w Berlinie prezydent Kaczyński przedstawiał polskie stanowisko z dyplomatyczną stanowczością. Jak sam oświadczył, Polsce chodziło o to, „by nie było możliwości odcinania Polsce dostaw gazu, bez odcięcia ich również dla krajów zachodnich”. To zdanie oddawało sedno problemu: Nord Stream pozwalał Rosji karać gazowym szantażem kraje tranzytowe – Polskę, Ukrainę, państwa bałtyckie – nie naruszając przy tym interesów swoich zachodnioeuropejskich klientów. Innymi słowy, gazociąg rozbijał solidarność europejską z chirurgiczną precyzją.
„Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”
Prezydent Lech Kaczyński, Tbilisi, 12 sierpnia 2008 r.
Ale wizja Lecha Kaczyńskiego nie ograniczała się do blokowania rosyjskich planów. Równolegle z walką przeciwko Nord Stream prezydent inicjował budowę alternatyw. Na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego 22 maja 2006 roku przedstawił koncepcję budowy terminalu LNG w Świnoujściu. Piotr Naimski, późniejszy pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, wspominał: „Prezydent rozumiał tę strategię w najszerszym kontekście. Mówił do nas, że zaopatrzenie w energię to jest kwestia suwerenności nie tylko energetycznej – to jest kwestia suwerenności naszego kraju”. Terminal, otwarty w 2015 roku, dziś nosi imię Ś.P. prezydenta Kaczyńskiego – i trudno o bardziej zasłużony patronat.
Tbilisi, sierpień 2008: przemówienie, które przeszło do historii
Kulminacją prezydenckiej wizji bezpieczeństwa regionu było historyczne przemówienie w Tbilisi z 12 sierpnia 2008 roku. Gdy rosyjskie wojska bombardowały gruzińskie miasto Gori i posuwały się w kierunku stolicy, Lech Kaczyński zorganizował bezprecedensową wyprawę przywódców regionu do ogarniętej wojną Gruzji. Wraz z prezydentami Litwy, Estonii i Ukrainy oraz premierem Łotwy stanął przed dwustutysięcznym tłumem na rynku w Tbilisi. Jego słowa, choć wypowiedziane w kontekście wojny gruzińskiej, stanowiły zarazem komentarz do całej polityki energetycznego podboju prowadzonej przez Kreml – w tym do projektu Nord Stream.
Prezydent mówił o rosyjskim imperializmie z odwagą, jakiej brakowało wówczas zachodnim liderom: „Gdy zainicjowałem ten przyjazd, niektórzy sądzili, że prezydenci będą się obawiać. Nikt się nie obawiał. Wszyscy przyjechali, bo środkowa Europa ma odważnych przywódców”. I dalej — słowa, które okazały się prorocze: „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.
Mateusz Morawiecki, wspominając to wydarzenie w 2022 roku, przyznał, że wypowiedź Kaczyńskiego „była wykpiwana przez wielkich tamtego świata i ówczesną władzę w Polsce”. Gruzini widzieli to inaczej – dla nich przyjazd polskiego prezydenta był, jak pisali tamtejsi komentatorzy, rozpostarcieniem „parasola ochronnego nad krajem zaatakowanym przez Rosję”. Co znamienne, nazajutrz po wizycie przywódców Rosja zgodziła się na zawieszenie broni.
Gaz, pieniądze i wojna
Pierwsza nitka Nord Stream ruszyła w 2011 roku. Rok wcześniej, w kwietniu 2010 roku, prezydent Lech Kaczyński zginął w katastrofie smoleńskiej. Jak gorzko podsumowała Izabela Kloc: „Po tragicznej śmierci prezydenta w Europie nie było już ani jednego liczącego się polityka, który potrafił przewidzieć i głośno mówić o konsekwencjach uruchomienia Nord Stream”.
Konsekwencje okazały się dokładnie takie, jakich obawiała się Warszawa. Gazociąg pozwolił Rosji przesyłać gaz do Europy Zachodniej z pominięciem krajów Europy Środkowo-Wschodniej, pozbawiając je instrumentu przetargowego, jakim było prawo tranzytu. Polska straciła miliardy złotych z tytułu opłat tranzytowych. Ukraina straciła znacznie więcej – pozycję strategicznego partnera, którego nie można było pominąć na mapie energetycznej kontynentu. Z perspektywy Kremla to właśnie było celem: uczynić Ukrainę zbędną, a tym samym – bezbronną.
Przez kolejne lata rosyjskie zyski z eksportu gazu rosły systematycznie, by w 2021 roku osiągnąć poziom 125 miliardów dolarów z samego tytułu podatków od sprzedaży ropy i gazu. Pieniądze te finansowały modernizację sił zbrojnych kosztem cywilizacyjnego rozwoju samej Rosji. To była prosta odpowiedź na pytanie, jak Putina stać na prowadzenie wojen.Tymczasem prace nad Nord Stream 2 postępowały. Mimo rosnącego oporu – sankcji amerykańskich, sprzeciwu Polski i państw bałtyckich, a wreszcie wątpliwości nawet we Francji – budowa drugiej nitki została ukończona we wrześniu 2021 roku. Nigdy jednak nie weszła do eksploatacji. Kanclerz Olaf Scholz zawiesił certyfikację projektu 22 lutego 2022 roku, dwa dni przed rosyjską inwazją na Ukrainę. Było to słuszne, choć tragicznie spóźnione działanie – Berlin przez piętnaście lat ignorował ostrzeżenia, które do niego docierały.
Lekcja, której nie wolno zapomnieć
Historia Nord Stream jest historią triumfu krótkowzroczności nad przezornością, biznesowego cynizmu nad solidarnością sojuszniczą, i – trzeba to powiedzieć wprost – niemieckiego egoizmu nad europejskim interesem. Ale jest też historią ludzi, którzy mieli rację, gdy większość się myliła.
Lech Kaczyński, gdy walczył z Nord Stream i budował fundamenty polskiej niezależności energetycznej, nie dysponował mocarstwową siłą perswazji. Był prezydentem średniej wielkości kraju, którego głos zachodni partnerzy zbywali protekcjonalnym milczeniem. Miał jednak coś, czego brakowało wielu potężniejszym od niego – zdolność do trzeźwej oceny rzeczywistości i odwagę mówienia niepopularnych prawd.
Dziś terminal LNG w Świnoujściu – noszący jego imię – przyjmuje dostawy gazu z całego świata. Gazociąg Baltic Pipe łączy Polskę z norweskim szelfem. Ani jedna cząsteczka rosyjskiego gazu nie trafia już do naszego kraju. To jest dziedzictwo wizji, którą prezydent Kaczyński artykułował na długo przed tym, zanim stała się ona konsensusem.
Przyszłe pokolenia polityków powinny pamiętać tę lekcję. Bezpieczeństwo energetyczne nie jest abstrakcją ekonomistów – jest warunkiem suwerenności. A porozumienia wielkich mocarstw, zawierane ponad głowami mniejszych państw, rzadko kiedy służą interesom tych ostatnich. To prawda tak stara jak europejska historia – i tak aktualna jak dzisiejsze nagłówki gazet.

