69,5 miliarda złotych w trzy miesiące. Dziura budżetowa może nas pochłonąć

Dane za pierwszy kwartał 2026 roku są alarmujące. Dług publiczny przebił 2 biliony złotych. Obsługa odsetek kosztuje więcej niż 800+ i trzynastki razem wzięte. A rząd mówi, że „gospodarka jest stabilna”. Sprawdzamy, co mówią liczby — i dokąd nas prowadzą.

W minioną środę ministerstwo finansów opublikowało dane o wykonaniu budżetu państwa w pierwszym kwartale. Liczby, choć podane suchym urzędowym językiem, powinny wywołać dreszcz. Dochody: 125,2 miliarda złotych. Wydatki: 194,7 miliarda złotych. Deficyt: blisko 69,5 miliarda złotych. W trzy miesiące.

Dla porównania: w analogicznym okresie 2025 roku deficyt był niższy, a dochody rosły szybciej niż wydatki. W 2026 roku proporcja się odwróciła – dochody rosną o 5,7 procent rok do roku, ale wydatki rosną szybciej. Ministerstwo podkreśla, że to dopiero 19,3 procent rocznego planu dochodów. Ale deficyt już teraz stanowi ponad jedną czwartą zaplanowanej na cały rok „dziury” w wysokości 271,7 miliarda złotych. Tempo jest niepokojące.

A to nie jest całość obrazu. Budżet państwa to zaledwie wycinek finansów publicznych – jak ujmuje to Forum Obywatelskiego Rozwoju, odpowiada za około 42 procent wydatków sektora instytucji rządowych i samorządowych. Łączne wydatki publiczne w 2026 roku wyniosą niemal 2,2 biliona złotych – 52 procent PKB. Tylko cztery kraje w całej Unii Europejskiej wydają proporcjonalnie więcej.

Skąd się wzięła ta dziura?

Odpowiedź jest wielowarstwowa – i żadna z warstw nie jest wygodna dla rządzących Pierwsza warstwa to wydatki socjalne. Program „Rodzina 800+” kosztuje budżet 61,7 miliarda złotych rocznie. Trzynaste i czternaste emerytury – 31,8 miliarda. Program „Aktywny Rodzic” – kolejne miliardy. Renta wdowia, bon energetyczny, dopłaty do cen paliw – każdy z tych programów z osobna ma swoje uzasadnienie. Ale razem tworzą masę wydatków sztywnych, których nie da się ciąć bez politycznego samobójstwa – a które rosną z roku na rok, bo są waloryzowane.

Trzeba powiedzieć uczciwie: znaczna część tych programów powstała za rządów PiS (zwłaszcza 500+, przemianowane na 800+, oraz trzynaste i czternaste emerytury). Rząd Tuska ich nie tylko nie zlikwidował – powiększył (waloryzacja do 800 złotych). To jest odpowiedzialność dzielona: jedna strona programy stworzyła, druga je rozbudowała. 

Druga warstwa to obronność. Polska wydaje na zbrojenia ponad 4 procent PKB – znacznie powyżej natowskiej normy 2 procent i więcej niż większość europejskich sojuszników. W kontekście wojny za wschodnią granicą to jest uzasadnione – nie zamierzamy tego kwestionować. Ale trzeba uczciwie powiedzieć, że zbrojenia kosztują, i że część deficytu jest ceną bezpieczeństwa.

Trzecia warstwa – i tu dochodzimy do odpowiedzialności stricte obecnego rządu – to struktura dochodów. Reforma finansowania samorządów z 2025 roku spowodowała, że większa część wpływów z PIT trafia do gmin i powiatów (74,5 mld zł w I kwartale 2026 roku wobec 66,9 mld rok wcześniej), a mniejsza do budżetu centralnego. W efekcie dochody budżetu państwa z PIT są… ujemne. Minus 31,1 miliarda złotych po pierwszym kwartale. To nie jest literówka – budżet centralny dopłaca do PIT-u, bo więcej oddaje samorządom, niż z niego uzyskuje. Ministerstwo finansów tłumaczy, że „łączne wpływy z PIT, obejmujące budżet państwa i samorządy, wzrosły o 13,7 procent”. To prawda, ale prawda statystyczna. W realnym budżecie państwa jest dziura.

Czwarta warstwa to niższe od oczekiwanych dochody podatkowe. Dezinflacja – spadek inflacji z ponad 6 do około 3 procent – oznacza, że VAT i akcyza przynoszą mniej, niż zakładano w budżecie. Ludzie oszczędzają zamiast konsumować – stopa oszczędności gospodarstw domowych osiągnęła najwyższy poziom od ćwierćwiecza. To dobrze dla rodzin, ale źle dla wpływów budżetowych.

Wreszcie piąta warstwa – być może najgroźniejsza – to obsługa długu. Koszty obsługi długu Skarbu Państwa w 2026 roku wyniosą 90 miliardów złotych. Dziewięćdziesiąt miliardów. To więcej niż „800+”. Więcej niż trzynaste i czternaste emerytury razem wzięte. To pieniądze, które nie budują ani jednego szpitala, nie finansują ani jednej szkoły, nie remontują ani jednego kilometra drogi. Idą wyłącznie na odsetki od pożyczek, zaciągniętych przez państwo. 

Dwa biliony

Na początku kwietnia 2026 roku zadłużenie Skarbu Państwa przebiło historyczny pułap dwóch bilionów złotych. Dwa biliony to liczba tak duża, że trudno ją sobie wyobrazić. Gdyby rozłożyć ją na wszystkich mieszkańców Polski, na każdego Polaka – od niemowlęcia po stulatka – przypadałoby ponad 53 tysiące złotych długu.

Relacja długu sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB na koniec IV kwartału 2025 roku wyniosła 59,97 procent. To milimetry od konstytucyjnego progu 60 procent, którego przekroczenie uruchamia procedury sanacyjne – w tym zakaz uchwalania deficytowego budżetu.

Ale – i tu jest sztuczka, o której trzeba wiedzieć – konstytucyjny limit dotyczy „państwowego długu publicznego”, liczonego według metodyki krajowej, nie unijnej. A metodyka krajowa nie wlicza długu zaciąganego przez fundusze w Banku Gospodarstwa Krajowego, które finansują zadania publiczne (np. obronność, drogi) z pieniędzy pożyczonych na rynku, z gwarancją Skarbu Państwa. Forum Obywatelskiego Rozwoju od lat alarmuje, że ta praktyka – rozpoczęta w 2009 roku, za pierwszego rządu Donalda Tuska – to nic innego jak „wyprowadzanie długu poza oficjalne księgi”, umożliwiające politykom pożyczanie bez formalnego łamania konstytucji.

Według metodyki unijnej (Eurostat) dług publiczny Polski już w 2026 roku przekroczy 60 procent PKB. Według metodyki krajowej – jeszcze nie, bo wyniesie 53 procent. Różnica nie wynika z tego, że Polska jest mniej zadłużona – wynika z tego, że inaczej liczy.

Wariant grecki

W lutym 2026 roku Komisja Europejska opublikowała raport, w którym ostrzega: jeżeli tempo zadłużania Polski nie spowolni, w ciągu dziesięciu lat – do 2036 roku – dług publiczny przekroczy 107 procent PKB. Sto siedem procent. To jest poziom, przy którym państwo traci zdolność do samodzielnego finansowania się na rynkach i staje się zakładnikiem wierzycieli – jak Grecja w 2010 roku, jak Włochy chronicznie, jak Argentyna cyklicznie.

Ministerstwo Finansów w swojej „Strategii zarządzania długiem na lata 2026–2029″ prognozuje, że próg ostrożnościowy 55 procent PKB zostanie przekroczony w 2028 roku, co uruchomi procedury sanacyjne w 2030 roku. To – w urzędniczym języku – oznacza cięcia wydatków, ograniczenia budżetowe, zamrożenie świadczeń. Czy rząd, którykolwiek rząd, będzie miał odwagę to zrobić w roku wyborczym? Doświadczenie podpowiada: nie.

„Jeżeli tempo zadłużania Polski nie spowolni, to w ciągu 10 lat dług przekroczy 107 procent PKB – co oznacza, że wariant grecki jest już na horyzoncie.” 

– raport Komisji Europejskiej, luty 2026

Alternatywą jest trwanie na obecnej ścieżce i modlenie się, że wzrost gospodarczy nas uratuje. Rząd zakłada 3,5 procent wzrostu PKB w 2026 roku. Jeśli to się spełni, relacja długu do PKB rośnie wolniej. Ale jeśli nie, jeśli przyjdzie recesja, spowolnienie globalne, kolejny szok energetyczny – rachunek przyjdzie natychmiast. I będzie brutalny.

Kto za to odpowiada?

To pytanie, które trzeba postawić uczciwie, bez partyjnej złośliwości, ale bez partyjnej ochrony.

Za obecny kształt wydatków odpowiadają oba obozy polityczne. PiS zbudował system transferów socjalnych, które stały się trwałą częścią budżetu – 500+, trzynaste i czternaste emerytury, obniżka PIT. Koalicja Tuska nie tylko nie demontowała tego systemu, ale go rozbudowała – waloryzacja do 800+, renta wdowia, „Aktywny Rodzic”. Obaj gracze licytowali się na hojność – żaden nie zaproponował oszczędności.

Za deficyt na poziomie 6,5 procent PKB – ponad dwukrotnie przekraczający traktatowy limit z Maastricht (3 procent) odpowiada bezpośrednio obecny rząd, który uchwalił budżet na 2026 rok. Za trzy kolejne lata łącznych deficytów budżetowych sięgających około 760 miliardów złotych odpowiada obecny rząd, bo to on podejmował decyzje wydatkowe w latach 2024–2026.

Za „kreatywną księgowość” polegającą na wyprowadzaniu długu do BGK – odpowiadają wszyscy, bo proceder trwa od 2009 roku i żaden rząd go nie zakończył. Ale to obecny rząd doprowadził go do skali, w której różnica między długiem „krajowym” a „unijnym” sięga kilkunastu punktów procentowych PKB.

Czego się boimy

Boimy się nie samego deficytu – deficyt bywa narzędziem polityki gospodarczej, jeśli jest tymczasowy i celowy. Boimy się tego, że deficyt przestał być narzędziem, a stał się nawisem. Że wydatki sztywne (socjalne, emerytalne, odsetkowe) rosną szybciej niż dochody. Że żaden polityk nie ma odwagi powiedzieć wyborcom: „nie stać nas na wszystko naraz”.

Na każdego Polaka — od niemowlęcia po stulatka — przypada dziś ponad 53 tysiące złotych długu publicznego. I z każdym kwartałem ta kwota rośnie.

Boimy się spirali: wyższy deficyt → wyższy dług → wyższe odsetki → wyższy deficyt. W 2026 roku obsługa długu kosztuje 90 miliardów. W 2029 roku – przy obecnym tempie – będzie kosztować ponad 120 miliardów. To będą pieniądze zabrane szpitalom, szkołom, drogom – bo odsetki trzeba płacić niezależnie od tego, czy stać nas na cokolwiek innego.

Boimy się wreszcie tego, co już ostrzega Komisja Europejska: że Polska staje się jednym z najszybciej zadłużających się krajów w Unii. Nie dlatego, że inwestujemy w przyszłość – dług inwestycyjny da się uzasadnić. Lecz dlatego, że finansujemy konsumpcję bieżącą pożyczonymi pieniędzmi. A to jest definicja życia na kredyt – które zawsze kończy się tak samo.

Co trzeba zrobić i czego nikt nie zrobi

Trzeba usiąść i policzyć, na co nas stać, a na co nie. Trzeba zrobić przegląd wydatków publicznych – nie w celu „cięcia” dla samego cięcia, ale w celu ustalenia priorytetów. Obronność? Tak, bo to warunek istnienia. Infrastruktura? Tak, bo to fundament wzrostu. Transfery socjalne? Tak, ale może nie wszystkie naraz i nie dla wszystkich. 

Trzeba zakończyć proceder ukrywania długu w BGK. Polacy mają prawo wiedzieć, ile naprawdę są winni – nie ile mówi im metodyka krajowa skrojona tak, by wyglądało lepiej.

Trzeba wreszcie przestać traktować budżet jako narzędzie kampanii wyborczej. Trzynaste emerytury w roku wyborczym, czternaste w kolejnym, piętnaste za rogiem – to droga do bankructwa.

Nikt tego nie zrobi. Nie zrobi tego rząd Tuska, bo ma wybory na horyzoncie. Nie zrobi tego opozycja, bo wtedy szansa dojścia do władzy spadnie do minimum. Nie zrobi tego żaden rząd, dopóki wyborcy nie zaczną nagradzać polityków za odwagę mówienia prawdy, zamiast karać ich za brak obietnic.

A prawda jest taka: 69,5 miliarda deficytu w trzy miesiące to nie jest „stabilna gospodarka”. To jest ostrzeżenie. I jeśli go nie usłyszymy – usłyszymy coś znacznie gorszego.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: