Z roku na rok pompujemy w niewydolny system ochrony zdrowia kolejne dziesiątki miliardów złotych, łudząc się, że w ten sposób skrócimy kolejki do specjalistów i uratujemy upadające szpitale. Prawda jest jednak brutalna: leczymy najdrożej jak to możliwe, skupiając się na zaawansowanych stadiach chorób, podczas gdy całkowicie zaniedbujemy absolutny fundament nowoczesnej medycyny, jakim jest profilaktyka. Z punktu widzenia twardej ekonomii i bezpieczeństwa państwa, zapobieganie chorobom to nie jest jedynie szlachetny, medyczny frazes, ale najbardziej opłacalna, długoterminowa inwestycja, która potrafi drastycznie obniżyć obciążenia budżetowe.
Od wielu lat w polskiej debacie publicznej dominuje szkodliwe przekonanie, że wyłącznym lekarstwem na bolączki służby zdrowia jest ciągłe, mechaniczne zwiększanie jej finansowania, bez jednoczesnej reformy wewnętrznych struktur. Tymczasem twarde dane ekonomiczne bezlitośnie obnażają słabość tego myślenia, pokazując, że astronomiczne kwoty przeznaczane na leczenie w dużej mierze po prostu wyparowują. Aż osiemdziesiąt procent dodatkowych kwot przekazanych do Narodowego Funduszu Zdrowia jest pochłaniane przez inflację medyczną, konieczność obsługi dodatkowych świadczeń oraz odgórne regulacje płacowe. Jak celnie diagnozuje profesor Andrzej Fal, pełniący funkcję prezesa Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego, w tej sytuacji jedynym racjonalnym wyjściem, skoro nie możemy w nieskończoność zwiększać przychodów, jest drastyczne zmniejszenie kosztów systemu. Według analiz ekspertów, najskuteczniejszą drogą do osiągnięcia tego celu jest natychmiastowe przesunięcie potężnych środków do profilaktyki, która stanowi absolutnie najtańszą metodę w całej medycynie. W połączeniu z inwestycjami w dające się wycenić procedury jednodniowe, taki strategiczny manewr mógłby zmniejszyć gigantyczne koszty opieki zdrowotnej o mniej więcej piętnaście do dwudziestu pięciu procent, co w skali budżetu państwa jest wartością niebanalną i kluczową dla przetrwania sektora. Niestety, w Polsce wciąż mamy do czynienia z patologiczną, odwróconą piramidą świadczeń, w której to najdroższa, wysoce specjalistyczna opieka szpitalna pożera lwią część tortu finansowego, podczas gdy wczesne diagnozowanie i zapobieganie na poziomie podstawowym traktowane jest przez decydentów z całkowitym lekceważeniem.
Ekonomia prewencji i konieczność systemowego premiowania zdrowych postaw w społeczeństwie
Aby zrozumieć potęgę finansową profilaktyki, należy spojrzeć na zdrowie obywatela jak na długoterminowy kapitał państwa, który wymaga nieustannego serwisowania, a nie tylko kosztownych napraw w momencie całkowitej awarii. Z perspektywy budżetu, wyleczenie zaawansowanego stadium choroby nowotworowej czy przewlekłych powikłań kardiologicznych to wydatek rzędu setek tysięcy złotych na jednego pacjenta, podczas gdy wczesne badanie przesiewowe, które mogłoby wyeliminować problem w zarodku, kosztuje zaledwie ułamek tej kwoty. Niestety, jak słusznie zwraca uwagę doktor Monika Raulinajtys-Grzybek, kierująca pracami zespołu ekspertów ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, nasz obecny system ochrony zdrowia płaci wyłącznie za leczenie i za zrealizowane, twarde procedury medyczne, całkowicie ignorując etap zapobiegania. Tymczasem nowoczesna, konserwatywna i gospodarna architektura finansowa powinna przede wszystkim promować pozytywne efekty zdrowotne oraz zdrową postawę wśród świadczeniodawców i samych obywateli. Konieczne jest stworzenie takich mechanizmów rozliczeniowych, w których działania profilaktyczne będą wyraźnie i lukratywnie odzwierciedlone w kontraktach z placówkami medycznymi. Każdy wójt, dyrektor szkoły czy publicysta powinien być objęty systemem, który zachęca go do regularnych badań, ponieważ w ostatecznym rozrachunku to państwo i wszyscy podatnicy ponoszą gigantyczne koszty rent, zwolnień lekarskich oraz wykluczenia zawodowego osób, których chorobom można było w prosty sposób zapobiec kilka lat wcześniej.
Demograficzna bomba zegarowa wymusza natychmiastową rewolucję w zarządzaniu publicznymi funduszami
Brak natychmiastowego zwrotu ku profilaktyce to w dzisiejszych realiach nie tylko zwykłe marnotrawstwo publicznych pieniędzy, ale przede wszystkim świadome samobójstwo demograficzne i gospodarcze. Statystyki i prognozy są bezlitosne: polskie społeczeństwo starzeje się w zastraszającym tempie, co oznacza gwałtowny przyrost pacjentów cierpiących na choroby przewlekłe przy jednoczesnym, drastycznym kurczeniu się bazy osób pracujących i opłacających składki na ubezpieczenie zdrowotne. Eksperci szacują, że w perspektywie zaledwie kilku najbliższych lat będziemy mieli do czynienia z potężnym spadkiem wpływów z tytułu składek, sięgającym nawet jednej piątej całego budżetu. Jeśli rządzący nie chcą dopuścić do powstania tak gigantycznej luki w systemie, muszą natychmiast zredefiniować zasady jego funkcjonowania, by skutecznie odpowiedzieć na ten nieuchronny brak środków. Jak dobitnie podkreśla profesor Fal, dokładanie pieniędzy bez wprowadzania głębokich zmian wewnętrznych ćwiczymy w Polsce od wielu lat, co okazało się całkowicie nieskuteczne, a wręcz umocniło niektóre patologie w zarządzaniu placówkami. Czas na kosmetyczne poprawki bezpowrotnie minął; państwo powinno zdecydować się na gigantyczną, merytoryczną rewolucję, poświęcając rok na przemyślane zreorganizowanie przepisów, co ustabilizuje sytuację organizacyjną i finansową na następne dwie lub trzy dekady. Inwestycja w szeroko pojętą profilaktykę to dzisiaj jedyny, racjonalny sposób, by zminimalizować odsetek ciężko chorych seniorów, utrzymać wydajność polskiej gospodarki i uchronić narodowy fundusz przed ostatecznym, widowiskowym bankructwem.

