Pierwszy taki protest w historii! Strajk dyrektorów szpitali to dowód na bankructwo systemu!

W historii polskiej medycyny widzieliśmy już wiele: głodówki pielęgniarek, masowe zwolnienia lekarskie, czarne marsze i ewakuacje oddziałów. Jednak to, co rozpocznie się dzisiaj, jest zjawiskiem absolutnie bezprecedensowym, świadczącym o całkowitym rozkładzie struktur państwowych. Pod hasłem „Czarny tydzień” do otwartego protestu stają bowiem ci, którzy z definicji zawsze musieli gasić pożary i łagodzić strajki – dyrektorzy i menedżerowie szpitali powiatowych z całej Polski. 

Kiedy ludzie odpowiedzialni za arkusze kalkulacyjne, negocjacje z rządem i zarządzanie wielomilionowymi budżetami wywieszają czarne flagi, oznacza to tylko jedno: doszliśmy do ściany, za którą znajduje się już tylko fizyczne zagrożenie życia pacjentów. Dziura w kasie Narodowego Funduszu Zdrowia sięgnęła niewyobrażalnych osiemnastu miliardów złotych, a państwo polskie z premedytacją przestało płacić za wykonane już procedury medyczne. Jak to możliwe, że w środku Europy, w dobie gigantycznych budżetów, szpitale są zmuszane do „leczenia na ślepo”, a chory obywatel staje się dla lokalnej lecznicy wyłącznie problemem finansowym?

Osiemnaście miliardów długu i państwo, które karze szpitale za ratowanie ludzkiego życia

Aby w pełni pojąć absurd sytuacji, w jakiej znalazła się „Polska lokalna”, musimy przyjrzeć się brutalnej matematyce, która każdego dnia spędza sen z powiek zarządzającym placówkami medycznymi. Zgodnie z alarmującymi danymi przekazanymi przez organizatorów „Czarnego tygodnia”, w budżecie Narodowego Funduszu Zdrowia na ten rok brakuje gigantycznej kwoty osiemnastu miliardów złotych. Te brakujące fundusze to nie są wirtualne zapisy w księgach, lecz realne pieniądze, których rząd wciąż nie wypłacił za tak zwane nadwykonania z 2025 roku, szczególnie w niezwykle kosztownej opiece długoterminowej. 

Mamy do czynienia z sytuacją kuriozalną z punktu widzenia twardej ekonomii: szpital powiatowy, ratując życie pacjentów ponad narzucony przez urzędników, archaiczny limit, zaciąga de facto dług, ponieważ fundusz odmawia pokrycia kosztów tych procedur. Dyrektorzy stają przed tragicznym wyborem moralnym i biznesowym: czy odesłać chorego człowieka do domu z kwitkiem, czy przyjąć go na oddział, wiedząc, że państwo za to leczenie nie zapłaci, wpędzając placówkę w jeszcze głębszą spiralę zadłużenia. Frustrację potęguje fakt, że w wyniku odgórnych ustaw i regulacji płacowych, w wielu szpitalach powiatowych koszty samych wynagrodzeń pochłaniają obecnie ponad dziewięćdziesiąt siedem procent wszystkich przychodów. Po opłaceniu personelu, dyrektor zostaje z ułamkiem budżetu, z którego musi opłacić drastycznie drożejący prąd,ż leki, sprzęt jednorazowy i wyżywienie dla chorych, co jest zadaniem matematycznie niewykonalnym.

Koniec darmowej diagnostyki i jawne wypychanie pacjentów do prywatnych gabinetów

Głównym powodem, dla którego dyrektorzy zrzeszeni w Ogólnopolskim Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych zdecydowali się na tak radykalny krok, są najnowsze, mordercze zapowiedzi cięć ze strony decydentów z Warszawy. Narodowy Fundusz Zdrowia planuje drastycznie ograniczyć finansowanie ambulatoryjnej opieki specjalistycznej oraz rehabilitacji, a także uderzyć w absolutny fundament nowoczesnej medycyny, jakim jest szeroka diagnostyka. Zgodnie z nowymi, skandalicznymi wytycznymi, po wyczerpaniu rygorystycznego kontraktu na tomografię komputerową, rezonans magnetyczny czy badania endoskopowe, NFZ zamierza płacić szpitalom zaledwie połowę wartości realnego kosztu wykonania takiego badania. 

W praktyce oznacza to, że do każdego pacjenta z podejrzeniem nowotworu czy udaru, który trafia do kolejki po przekroczeniu urzędniczego limitu, dyrektor musi fizycznie dopłacić z i tak pustej kasy szpitalnej. Jak słusznie i dramatycznie zauważa prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych, Waldemar Malinowski, doprowadzi to do sytuacji, w której lekarze w państwowych placówkach będą zmuszeni do „leczenia na ślepo”, opierając się wyłącznie na intuicji, bez potwierdzenia w badaniach obrazowych. Ograniczenie diagnostyki to prosta droga do powrotu wielomiesięcznych kolejek, spóźnionych o lata diagnoz onkologicznych i lawinowego wzrostu zgonów, których można było uniknąć. Dla pacjenta ten państwowy paraliż oznacza tylko jedno: jeśli chcesz żyć i wiedzieć, na co chorujesz, musisz z własnej, opodatkowanej już wielokrotnie kieszeni, zapłacić za te badania w prywatnej klinice.

Czarna symbolika jako ostateczny dzwonek ostrzegawczy dla całego systemu politycznego

Protest dyrektorów szpitali powiatowych, którzy od poniedziałku będą oflagowywać swoje budynki, rozwieszać plakaty i stosować czarną symbolikę, to upadek mitu o darmowej i powszechnej opiece zdrowotnej, gwarantowanej nam przez Konstytucję. Kiedy minister zdrowia i prezes funduszu próbują zaklinać rzeczywistość w świetle telewizyjnych kamer, w terenie rozgrywa się prawdziwy dramat decyzyjny. Odbieranie szpitalom pierwszego i drugiego stopnia tak zwanych współczynników korygujących, które ratowały ich płynność, dowodzi, że państwo całkowicie straciło kontrolę nad finansami publicznymi i szuka oszczędności tam, gdzie absolutnie nie powinno tego robić – na zdrowiu i życiu obywateli z mniejszych ośrodków miejskich. 

Protest przebiegający pod niezwykle trafnym hasłem „szpitalne łóżko poczeka, choroba nie!” powinien być ostatecznym wstrząsem dla polityków wszystkich opcji. Jeżeli doprowadziliśmy system do punktu, w którym to bezduszny menedżer, walczący na co dzień z tabelkami w Excelu, musi wyjść na ulicę i krzyczeć, by ratować swoich pacjentów przed urzędnikami, to znaczy, że nasza cywilizacyjna i narodowa suwerenność zdrowotna przestała istnieć, a ochrona zdrowia stała się wyłącznie luksusem dla najbogatszych.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: