Są postacie z polskiej historii, które powinny być znane na całym świecie a nie są nawet dobrze znane w Polsce. Jerzy Sosnowski jest jedną z nich. Oficer wywiadu II Rzeczypospolitej, który przez osiem lat prowadził siatkę szpiegowską w samym sercu Berlina, uwodząc arystokratki i sekretarki z najwyższych szczebli niemieckiego ministerstwa obrony. Człowiek, którego agentki wykradały plany tajnych zbrojeń Rzeszy, łamiąc postanowienia traktatu wersalskiego. Człowiek, za którego Polska musiała oddać siedmiu niemieckich szpiegów. I człowiek, którego dwie najważniejsze agentki zginęły pod toporem kata w więzieniu Moabit, bo go kochały.
Widzowie „Pogranicza w ogniu” – kultowego serialu z Cezarym Pazurą i Olafem Lubaszenką – znają tę postać pod lekko zmienionym nazwiskiem: major Jerzy Osnowski, grany przez Tomasza Stockingera. Serial odmalował ją z rozmachem, ale prawdziwa historia jest bardziej niezwykła, bardziej brutalna i bardziej tragiczna niż cokolwiek, co zmieściło się na ekranie.
Ułan, kawalerzysta, playboy
Jerzy Ksawery Franciszek Sosnowski urodził się 4 grudnia 1896 roku we Lwowie. Był synem oficera armii austro-węgierskiej i sam od młodości wykazywał temperament, który predestynował go do dwóch rzeczy: wojska i kobiet.
W czasie I wojny światowej walczył w armii austriackiej, potem przeszedł do odrodzonego Wojska Polskiego. Podczas wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku został zwerbowany przez „Dwójkę” – Oddział II Sztabu Generalnego, czyli polski wywiad wojskowy. Już wtedy okazał się zdolny: sprawdzony, odważny, potrafiący nawiązywać kontakty w najróżniejszych środowiskach.
Był wysoki, przystojny, nie stronił od hucznej zabawy. Miał stajnię koni wyścigowych. Bywał w salonach. Mówił płynnie po niemiecku. Słowem – był idealnym kandydatem na szpiega w Berlinie.
IN-3: misja w sercu wroga
W 1926 roku Sosnowski – wówczas w stopniu rotmistrza – dostał rozkaz, który zmienił jego życie: utworzyć w Berlinie placówkę wywiadowczą oznaczoną kryptonimem IN-3. Celem było ustalenie, czy Republika Weimarska łamie postanowienia traktatu wersalskiego, który zabraniał Niemcom posiadania ciężkiego uzbrojenia, lotnictwa bojowego i armii powyżej 100 tysięcy żołnierzy.
„Wszystkie swoje współpracowniczki rozkochiwał i oficjalnie romansował z kilkoma z nich naraz. Jednocześnie jego agentki wiedziały o sobie nawzajem – i nie miały pretensji o brak wierności.”
Sosnowski pojawił się w Berlinie jako „Rittmeister Georg von Nalecz-Osnowski”, rzekomo potomek starej prusko-polskiej arystokracji, człowiek z pieniędzmi, końmi i nienagannymi manierami. Wkroczył w berlińskie salony z łatwością, która zaskoczyła nawet jego przełożonych. Zaproszenia na bale, wieczory w ambasadach, wyścigi konne – w ciągu kilku miesięcy stał się stałym elementem berlińskiej socjety. Ale Sosnowski nie przyjechał do Berlina bawić się. Przyjechał szpiegować.
To, co Sosnowski robił w Berlinie, trudno opisać bez podziwu i… bez etycznych wątpliwości. Jego głównym narzędziem werbunku były relacje z kobietami. Pierwszą i najważniejszą agentką została Benita von Falkenhayn, żona oficera, kobieta z najwyższych kręgów berlińskiej arystokracji wojskowej. Sosnowski ją uwiódł i zwerbował. Benita miała dostęp do dokumentów przez swoje koneksje rodzinne i towarzyskie. Przekazywała Sosnowskiemu materiały o wartości, której nie dało się przecenić. Potem doszła Renata von Natzmer, kolejna arystokratka, kolejna kochanka, kolejna agentka. I Irena von Jena, sekretarka w Reichswehrministerium, która miała bezpośredni dostęp do dokumentów.
Sosnowski romansował z kilkoma z nich jednocześnie. Wiedziały o sobie nawzajem. Nie protestowały. Co takiego miał w sobie ten polski oficer? Historyk Kacper Śledziński pisze, że „po latach nie da się właściwie odpowiedzieć na pytanie, co takiego miał w sobie polski agent, że wszystkie swoje współpracowniczki rozkochiwał”. Jedno jest pewne – łączył czar osobisty z zimną kalkulacją. Utrzymywał je w luksusie, ale dbał o to, by się nie uniezależniły finansowo.
Efekt? Przez niemal osiem lat do centrali „Dwójki” w Warszawie płynęły dokumenty o bezcennej wartości. Plany mobilizacyjne Niemiec na wypadek wojny z Polską, dowody potajemnej współpracy zbrojeniowej Reichswehry z Armią Czerwoną, informacje o budowie niemieckich sił pancernych i lotniczych na terenie Związku Sowieckiego. Za te materiały Sosnowski otrzymał Złoty Krzyż Zasługi, a w 1931 roku awans na majora.
Ochrona: szpieg zarejestrowany jako… szpieg
Historia ochrony Sosnowskiego przed dekonspiracją jest tak absurdalna, że w fikcji literackiej zostałaby odrzucona jako nieprawdopodobna.
Sosnowski zwerbował Günthera Rudloffa, oficera Abwehry, któremu pomógł spłacić długi hazardowe. Rudloff, wdzięczny i uwikłany, zrobił coś niezwykłego: zarejestrował Sosnowskiego jako… współpracownika Abwehry, czyniąc siebie jego oficerem prowadzącym. W ten sposób polski szpieg był oficjalnie zarejestrowany w niemieckim kontrwywiadzie jako niemiecki agent. Gdy służby policyjne dopytywały, kim jest ten podejrzany Polak, Rudloff odpowiadał: „nasz człowiek”. I pytania ucichały.
Dodatkową ochronę stanowiły kontakty Sosnowskiego z najwyższymi warstwami berlińskiego społeczeństwa. Służby bezpieczeństwa obawiały się skandalu z udziałem osób uchodzących za „nietykalne” – generałowych, baronowych, hrabin.
Wszystko runęło w 1933 roku, gdy do władzy doszedł Hitler, a służby bezpieczeństwa Rzeszy przeszły reorganizację. Gestapo nie miało skrupułów, które hamowały starą Abwehrę.
Kluczową rolę odegrała tancerka Lea Kruse, kobieta podesłana Sosnowskiemu, która udawała zwerbowaną, a w rzeczywistości donosiła na niego. Gdy Sosnowski zorientował się w próbach dekonspiracji, postanowił wracać do Polski. Ale – w geście typowej dla siebie brawury – zorganizował huczne przyjęcie pożegnalne.
W lutym 1934 roku, w trakcie tego przyjęcia, do jego apartamentu wdarło się sześćdziesiąt osób z Gestapo. Aresztowano wszystkich – Sosnowskiego i kilkadziesiąt berlińskich osobistości, w tym jego trzy główne agentki.Proces był głośny. Sosnowski starał się bronić kobiet, umniejszając ich rolę, biorąc winę na siebie. Sąd pozostał nieugięty. Sosnowski został skazany na dożywocie. Benita von Falkenhayn i Renata von Natzmer na śmierć. Egzekucję wykonano toporem na dziedzińcu więzienia Moabit. „Obie skazane zachowywały się z niezwykłym spokojem, nie opierały się i same ułatwiły katu robotę” – donosiła prasa. Miały odpowiednio trzydzieści i dwadzieścia siedem lat.
Wymiana – i zdrada
W 1936 roku Polska wynegocjowała wymianę szpiegów. Sosnowski wrócił do kraju, ale nie do wolności. Oddział II aresztował go pod zarzutem, że podczas pobytu w więzieniu został „odwrócony” przez Niemców i działał na ich rzecz. Zarzuty te do dziś budzą kontrowersje: część historyków uważa je za uzasadnione, część za wynik wewnętrznych rozgrywek w polskim wywiadzie.
Sosnowski trafił do aresztu wojskowego. Po wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku jego ślad się urywa. Według jednej wersji został rozstrzelany przez NKWD w 1942 roku. Według innej zginął wcześniej, w niewyjaśnionych okolicznościach. Dokładna data i miejsce śmierci nie są znane.
Benita von Falkenhayn i Renata von Natzmer zginęły pod toporem w więzieniu Moabit — za szpiegostwo na rzecz Polski. Miały trzydzieści i dwadzieścia siedem lat. Rotmistrz Sosnowski, dla którego szpiegowały, nie ma grobu.
Człowiek, który przez osiem lat dostarczał Polsce bezcenne informacje o zbrojeniach Rzeszy, skończył bez grobu. Porzucony przez własne służby, zapomniany przez własne państwo.
Z ekranu do historii
W „Pograniczu w ogniu” Sosnowski jest Osnowskim, granym z szykiem przez Tomasza Stockingera. Serial, powstały na przełomie lat 80. i 90., oddał ducha tej historii. Berlińskie salony, piękne agentki, grę na krawędzi. Ale złagodził ją: w serialu bohater jest bardziej jednoznacznie pozytywny, a tragedia mniej brutalna.
Prawdziwy Sosnowski był bardziej złożony. Był genialnym szpiegiem i człowiekiem, który używał kobiet jako narzędzi, choć możliwe, że je kochał. Był bohaterem i więźniem własnych przełożonych. Był patriotą i człowiekiem porzuconym przez ojczyznę.Autorzy scenariusza „Pogranicza w ogniu”, Andrzej Konic i zespół zadali sobie trud, by wplatać w fabułę autentyczne wydarzenia i postacie. Czarek Adamski jest wzorowany na majorze Janie Żychoniu. Voraczek na szefie Abwehrstelle w Królewcu. Franz Relke na Oskarze Reile z gdańskiej Abwehry. To nie jest serial „na motywach”. To jest serial, który celowo odzwierciedla prawdziwą historię polskiego wywiadu okresu międzywojennego.I właśnie dlatego, mimo lat, mimo nieco archaicznej formy „Pogranicze w ogniu” wciąż ogląda się z wypiekami na twarzy. Bo za każdą sceną stoi prawda. A prawda o polskim wywiadzie II RP jest lepsza niż jakikolwiek scenariusz.
Polska ma problem z własnymi bohaterami wywiadowczymi. Znamy Enigmę, bo o niej napisano książki i nakręcono filmy (niestety najczęściej w wersji, w której Polacy nie istnieją). Ale Sosnowski? Żychoń? Cała „Dwójka”? To są postacie, o których uczy się na niszowych portalach historycznych, nie w szkole. A tymczasem historia Sosnowskiego to materiał na film klasy „Most szpiegów” Spielberga z tą różnicą, że bohater jest Polakiem, akcja toczy się w Berlinie lat 30., a w tle jest nie zimna wojna, lecz narastające zagrożenie ze strony III Rzeszy. Ktoś to kiedyś nakręci. Do tego czasu obejrzyjcie „Pogranicze w ogniu”. I wiedźcie, że major Osnowski ze Stockingerowskim szykiem to zaledwie cień prawdziwego rotmistrza Sosnowskiego. Prawda – jak zwykle – jest ciekawsza.

