Na 200 miejsc rezydenckich z onkologii klinicznej zgłasza się zaledwie kilkudziesięciu lekarzy. Młodzi medycy nie chcą być onkologami, bo specjalizacja jest za ciężka, wynagrodzenie za niskie, a obciążenie psychiczne za duże. Tymczasem nowotwory zabijają w Polsce blisko 100 tysięcy osób rocznie. Kto ich wyleczy za dziesięć lat?
Jest taki paradoks w polskiej onkologii, który mógłby być czarnym żartem, gdyby nie dotyczył życia i śmierci. Nowotwory są drugą, po chorobach układu krążenia przyczyną zgonów w Polsce. Rocznie diagnozę nowotworową słyszy 185 tysięcy osób. Umiera niemal 100 tysięcy. A jednocześnie młodzi lekarze – ci, którzy mieliby tych pacjentów leczyć za pięć, dziesięć, piętnaście lat – nie chcą zostawać onkologami.
Na 200 dostępnych miejsc rezydenckich z onkologii klinicznej w jesiennej kwalifikacji zgłosiło się zaledwie 39 chętnych. Nie trzysta dziewięćdziesiąt, trzydzieści dziewięć. Co piąte miejsce zapełnione. Reszta pusta. W kolejnych naborach bywało niewiele lepiej: na około 200 miejsc rocznie zgłasza się średnio 60 osób. Ostatnio, w jednym z naborów, udało się przyciągnąć 70 rezydentów, co ogłoszono jako „rekordowy wynik” i powód do dumy. Siedemdziesiąt osób na dwustu miejscach i to jest rekord.
To nie jest statystyka. To jest wyrok na setki tysięcy przyszłych pacjentów, którzy nie będą mieli kto ich leczy.
Dlaczego nikt nie chce być onkologiem?
Jakub Kosikowski, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej, a jednocześnie sam rezydent onkologii klinicznej mówi o tym z perspektywy człowieka, który tę drogę wybrał i rozumie, dlaczego inni jej nie wybierają.
>> PRZECZYTAJ TAKŻE <<
Onkologia jest jedną z najszybciej rozwijających się dziedzin medycyny. Co kilka lat zachodzi w niej rewolucja. Nowe leki, nowe schematy, immunoterapia, terapie celowane, medycyna spersonalizowana. To fascynujące intelektualnie, ale oznacza też, że egzamin specjalizacyjny jest ogromny, a obowiązek ciągłego dokształcania się nie kończy się nigdy.
Jednocześnie – i tu zaczyna się problem – warunki pracy są nieadekwatne do tego wysiłku. Kosikowski mówi wprost: „Panuje przeświadczenie, że nie ma tu rynku prywatnego”. Onkolog, w przeciwieństwie do dermatologa, okulisty czy chirurga plastycznego nie otworzy łatwo prywatnego gabinetu. Leczenie nowotworów wymaga szpitala, aparatury, zespołu, leków kosztujących setki tysięcy złotych. To jest specjalizacja, która przywiązuje lekarza do systemu publicznego a system publiczny płaci mniej i wymaga więcej.
Na 200 miejsc rezydenckich z onkologii klinicznej zgłasza się co roku kilkudziesięciu chętnych. W Polsce choruje na raka 185 tysięcy osób rocznie. Umiera blisko 100 tysięcy. Średni czas oczekiwania na wizytę u specjalisty – 4,2 miesiąca. Co czwarty pacjent jest diagnozowany w stadium początkowym. Reszta – za późno.
Wynagrodzenie rezydenta onkologii w pierwszych dwóch latach wynosi 9 368 złotych brutto. Po dwóch latach 10 220 złotych. Jako specjalizacja „priorytetowa” onkologia ma dodatek ale wynosi on 700 złotych. Kosikowski zauważa gorzki paradoks: „Po ukończeniu rezydentury może się okazać, że specjalistę onkologa będzie czekać obniżka pensji”, bo w szpitalu publicznym stawka specjalisty nie zawsze jest wyższa od stawki rezydenta powiększonej o dyżury.
Jest jeszcze wymiar psychiczny, o którym mówi się za mało. Onkolog pracuje z ludźmi, z których część – mimo najlepszego leczenia – umrze. To nie jest jednorazowy stres. To jest ciągłe obcowanie ze śmiercią, z cierpieniem, z rodzinami, które pytają „czy mama wyzdrowieje?”, a lekarz wie, że nie. Wypalenie zawodowe w onkologii jest jednym z najwyższych wśród wszystkich specjalizacji.
Nożyce, które się rozwierają
Z jednej strony zachorowań przybywa. Raport Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego za 2025 rok pokazuje, że w ciągu pięćdziesięciu lat liczba rozpoznań nowotworowych u mężczyzn wzrosła o ponad 55 tysięcy (do blisko 90 tysięcy rocznie), a u kobiet o niemal 61 tysięcy (do 91,5 tysiąca). Łącznie 185 tysięcy nowych zachorowań rocznie. Starzejące się społeczeństwo, zmiany stylu życia, lepsza diagnostyka wykrywająca to, co kiedyś umykało – wszystkie te czynniki sprawiają, że zachorowań będzie coraz więcej.
Z drugiej strony lekarzy, którzy mieliby tych pacjentów leczyć, przybywa zbyt wolno. Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie o leczeniu onkologicznym stwierdziła wprost: „Nie zapewniono kompleksowej opieki onkologicznej i równego dostępu do świadczeń”. W niektórych regionach lekarzy specjalistów było prawie pięć razy więcej niż w innych. W województwie opolskim nie zatrudniono w ogóle hematologów ani onkologów dziecięcych.
To nie jest problem jednej specjalizacji, to jest problem systemowy. Jak mówi Sebastian Goncerz, przewodniczący Porozumienia Rezydentów: „młodzi lekarze nie chcą robić specjalizacji związanych ze szpitalem”. Onkologia, hematologia, chirurgia – specjalizacje wymagające wieloletniego szkolenia, pracy w systemie zmianowym, obciążenia emocjonalnego – przegrywają z dermatologią, medycyną estetyczną, radiologią. Nie dlatego, że młodzi lekarze są leniwi. Dlatego, że są racjonalni. Wybierają specjalizacje, które dają lepsze warunki za mniejszy koszt osobisty.
Pacjent czeka, system się zatyka
Raport „Potrzeby i doświadczenia pacjentów onkologicznych 2026″, opublikowany przez Fundację Alivia, pokazuje, jak te niedobory przekładają się na rzeczywistość chorego człowieka.
Co trzeci pacjent usłyszał rozpoznanie dopiero po upływie trzech miesięcy od zgłoszenia objawów. Dwudziestu na stu czekało na diagnozę dłużej niż pół roku. Średni czas oczekiwania na wizytę u specjalisty wynosił w 2025 roku 4,2 miesiąca. Na rezonans magnetyczny – 2,5 miesiąca. Na tomografię – 1,5 miesiąca.
Te miesiące to nie jest abstrakcja. W onkologii czas jest walutą życia. Nowotwór wykryty w pierwszym stadium daje radykalnie inne rokowania niż wykryty w trzecim. A tylko co czwarty ankietowany pacjent został zdiagnozowany w stadium początkowym. Reszta za późno. Nie dlatego, że nie poszli do lekarza, ale dlatego, że lekarza nie było. Albo był, ale kolejka do niego liczyła miesiące.
Co więcej – od kwietnia 2026 roku poradnie specjalistyczne i pracownie diagnostyczne zaczęły ograniczać przyjęcia pacjentów z powodu kończących się kontraktów z NFZ. „Czeka nas odwoływanie przyjęć planowych w związku z wyczerpaniem limitów. W ubiegłym roku dotyczyło to szpitali, a w tym roku diagnostyki i poradni specjalistycznych” — mówi rzecznik NIL. Zgłoszenia o ograniczeniach przyjęć napłynęły z Torunia, Włocławka, Warszawy, Zabrza, Gryfina i kilku województw. Mniejszy kontrakt z NFZ plus brak specjalistów plus rosnąca liczba pacjentów to równanie bez rozwiązania.
Krajowa Sieć Onkologiczna – nadzieja czy kolejna reforma na papierze?
Odpowiedzią rządu na chaos w onkologii miała być Krajowa Sieć Onkologiczna (KSO) – system, w którym pacjent nie szuka sam specjalisty, lecz jest prowadzony przez koordynatora od diagnozy po leczenie. Dr hab. Beata Jagielska, dyrektor Narodowego Instytutu Onkologii, tłumaczyła: „pacjent wychodzący z gabinetu musi wiedzieć, jaki jest następny ruch. To nie pacjent szuka specjalistów – zajmuje się tym koordynator”.
Brzmi pięknie. Problem polega na tym, że NIK w swoim raporcie stwierdził, iż „nie powiodła się próba wdrożenia Krajowej Sieci Onkologicznej”. Karta DiLO (Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego) miała zostać zelektronizowana. Terminy przesuwano wielokrotnie. Koordynatorzy mieli prowadzić pacjentów, ale koordynatorów brakuje, tak jak brakuje lekarzy.
System na papierze może być doskonały. Ale system bez ludzi, bez onkologów, radiologów, patomorfologów, chirurgów onkologicznych jest fasadą. Budynkiem bez fundamentów.
Co trzeba zrobić?
Kosikowski mówi o trzech rzeczach, i trudno się z nim nie zgodzić. Po pierwsze – pieniądze. Nie chodzi o symboliczne dodatki po 700 złotych, lecz o realne zróżnicowanie wynagrodzeń, które sprawi, że onkologia stanie się konkurencyjna wobec specjalizacji „rynkowych”. Naczelna Izba Lekarska apeluje, by rezydenci otrzymywali wynagrodzenie w wysokości dwóch średnich krajowych. To postulat ambitny, ale jeśli chcemy mieć onkologów za dziesięć lat, musimy za nich zapłacić dziś.Po drugie – warunki szkolenia. Porozumienie Rezydentów alarmuje, że wiele jednostek szkolących nie spełnia wymogów nowych programów specjalizacyjnych. W województwie pomorskim prawie 40 procent jednostek nie uzyskało reakredytacji. W Gdańsku nie otwarto miejsc rezydenckich na kardiologię, psychiatrię ani hematologię. Jak mają szkolić się przyszli specjaliści, jeśli brakuje akredytowanych ośrodków?System wsparcia psychologicznego. To po trzecie. Lekarz, który codziennie mówi pacjentom, że mają raka, i który co jakiś czas mówi rodzinom, że leczenie nie pomogło potrzebuje profesjonalnej pomocy w radzeniu sobie z tym obciążeniem. Takiego systemu w polskiej onkologii praktycznie nie ma. Wypalenie zawodowe nie jest oznaką słabości. Jest naturalną konsekwencją pracy w warunkach ekstremalnego stresu emocjonalnego. Jeśli nie zadbamy o lekarzy, którzy już pracują, stracimy i ich.
Za dwadzieścia lat na raka zachoruje w Polsce prawdopodobnie ponad 200 tysięcy osób rocznie, bo społeczeństwo się starzeje, bo diagnostyka jest coraz lepsza, bo pewne trendy epidemiologiczne są nieodwracalne. I za dwadzieścia lat ci ludzie będą potrzebować onkologów. Dużo więcej niż dziś.
Pytanie brzmi: czy ci onkolodzy będą? Czy ktoś zechce wybrać specjalizację, która jest „nieadekwatnie trudna i ciężka w stosunku do warunków pracy”? Czy system publiczny będzie w stanie ich zatrudnić, opłacić, utrzymać?
Dziś odpowiedź brzmi: nie. Trzydzieści dziewięć osób na dwieście miejsc to jest odpowiedź. I jeśli jej nie zmienimy, nie poprzez kolejny program wieloletni na papierze, nie poprzez kolejną konferencję prasową ministra zdrowia, lecz poprzez realne pieniądze, realne warunki i realne traktowanie lekarzy jak ludzi, a nie jak zasobów to za dwadzieścia lat artykuł o brakujących onkologach będzie się czytał nie jako publicystyka, lecz jako nekrolog systemu.

