Wielki skok na Warszawę. Jak handlarze roszczeniami, urzędnicy i politycy okradli Stolicę

Czterdzieści do pięćdziesięciu pięciu tysięcy ludzi straciło dach nad głową. Ponad cztery tysiące nieruchomości zwrócono. Często ludziom, którzy nie mieli do nich prawa. Prezydent miasta nie stawiała się przed komisją. A Polska po trzydziestu sześciu latach od upadku komunizmu wciąż nie ma ustawy reprywatyzacyjnej. Przypominamy aferę, o której Warszawa wolałaby zapomnieć.

Są afery, które budzą oburzenie na tydzień a potem giną w szumie kolejnych skandali. I są afery, które powinny zmienić państwo, ale nie zmieniają go, bo żadna siła polityczna nie ma interesu w ich rozwiązaniu. Afera reprywatyzacyjna w Warszawie należy do tej drugiej kategorii. To nie jest historia o jednym skorumpowanym urzędniku. To jest historia o systemowej patologii, która trwała ćwierć wieku, pochłonęła miliardy złotych, zniszczyła życie dziesiątkom tysięcy ludzi i za którą do dziś nikt naprawdę nie odpowiedział.

Żeby zrozumieć aferę, trzeba zacząć od 26 października 1945 roku. Tego dnia Bolesław Bierut, wówczas prezydent Krajowej Rady Narodowej podpisał dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze miasta stołecznego Warszawy. Dokument miał jedną stronę i jeden cel: umożliwić odbudowę stolicy zniszczonej w 85 procentach podczas wojny.

Dekret nacjonalizował wszystkie grunty na terenie Warszawy. Dotychczasowi właściciele tracili prawo własności do ziemi. Mogli natomiast złożyć wniosek o przyznanie prawa wieczystej dzierżawy w ciągu sześciu miesięcy. Większość wniosków złożono, ale komunistyczna administracja systematycznie je odrzucała lub po prostu ignorowała. Budynki były odbudowywane ze środków państwowych, zasiedlane nowymi lokatorami, a dawni właściciele tracili wszystko.

Dekret miał swoją logikę. Warszawa leżała w gruzach i trzeba ją było odbudować szybko, bez czekania na tysiące postępowań własnościowych. Ale logika ta została wykorzystana przez komunistów do masowego wywłaszczenia – nie tyle w celu odbudowy, ile w celu likwidacji prywatnej własności jako takiej.

Po 1989 roku pytanie stało się nieuniknione: co z tymi wnioskami? Co z ludźmi, którym odebrano własność? Co ze spadkobiercami? I tu zaczął się problem, bo Polska nigdy na to pytanie nie odpowiedziała.

Trzydzieści sześć lat uników

To jest najważniejsze zdanie tego artykułu: Polska jest jedynym krajem postkomunistycznym w Europie, który po trzydziestu sześciu latach od upadku komunizmu nie uchwalił kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej.

Czechy to zrobiły. Węgry to zrobiły. Niemcy to zrobiły. Litwa, Łotwa, Estonia to zrobiły. Wszędzie – w różnych formach, z różnymi ograniczeniami – uchwalono prawo, które mówi jednoznacznie: komu oddajemy, ile oddajemy, w jakiej formie (nieruchomość, rekompensata pieniężna, obligacje), na jakich warunkach.

W Polsce nic. Przez trzydzieści sześć lat kolejne rządy (SLD, PO, PiS, znów PO) obiecywały ustawę i żaden jej nie uchwalił. Powody były różne: koszt (szacowany na dziesiątki miliardów złotych), brak woli politycznej, obawa przed reakcją społeczną, presja dyplomatyczna (zwłaszcza ze strony organizacji reprezentujących przedwojennych właścicieli żydowskich), a przede wszystkim – wygodnictwo. Brak ustawy oznaczał, że problem rozwiązywał się sam. Kamienica po kamienicy, decyzja po decyzji, w gabinetach urzędników, z dala od parlamentu i opinii publicznej.Ta luka prawna, ta pustka stała się szczeliną, przez którą wlała się patologia.

Handlarze roszczeniami, czyli biznes na cudzym nieszczęściu

W sytuacji braku ustawy jedyną drogą do odzyskania nieruchomości było indywidualne postępowanie administracyjne na podstawie dekretu Bieruta. Spadkobierca dawnego właściciela składał wniosek do ratusza, ratusz wydawał decyzję zwrotową albo odmawiał.Ale szybko okazało się, że wnioski mogą składać nie tylko spadkobiercy, lecz także osoby, które kupiły od nich roszczenia. Powstał rynek – ponury, cyniczny, ale legalny – na którym handlarze skupowali roszczenia od dawnych właścicieli lub ich potomków za ułamek wartości nieruchomości, a potem uzyskiwali od ratusza zwrot kamienicy wartej miliony.

Mechanizm był taki: handlarz odnajdywał spadkobiercę (często starszą osobę, emigranta, kogoś, kto nie miał pojęcia o wartości roszczenia), kupował od niego prawa za kilkadziesiąt tysięcy złotych – i szedł do ratusza po kamienicę wartą kilka milionów. Ratusz zwracał. A lokatorzy, którzy mieszkali w tej kamienicy od pokoleń, nagle dowiadywali się, że mają nowego właściciela i że muszą się wyprowadzić.

Jednym z najaktywniejszych handlarzy był mecenas Robert Nowaczyk, który – jak ustalono – odzyskał dla siebie lub swoich klientów około pięćdziesięciu kamienic. Jego siostra Marzena K. otrzymała od ratusza 38 milionów złotych odszkodowania. Inni handlarze – Maciej M., Jakub R., Marek M. – operowali podobnymi metodami. Niektórzy z nich trafili w końcu do aresztu. Ale wielu nigdy nie zostało pociągniętych do odpowiedzialności.

Chmielna 70, Twarda, Noakowskiego: adresy hańby

Symbolem afery stała się działka przy ulicy Chmielnej 70, w samym centrum Warszawy, w sąsiedztwie Pałacu Kultury. Działka warta dziesiątki milionów złotych została zwrócona spadkobiercom przedwojennego właściciela, obywatela Danii. Problem? Prawa do nieruchomości nie powinny mu przysługiwać w świetle przepisów dekretu. Mimo to nieruchomość zwrócono.Przy ulicy Twardej ludzie zostali eksmitowani z mieszkań, w których żyli od dziesięcioleci. Przy Noakowskiego to samo. Na Szarej zreprywatyzowano Ogród Jordanowski. Plac zabaw dla dzieci, bo handlarz roszczeniami chciał tam postawić apartamentowiec.

Najstraszniejsza jest historia Jolanty Brzeskiej, działaczki lokatorskiej, która walczyła z dziką reprywatyzacją i została zamordowana w 2011 roku. Jej zwęglone ciało znaleziono w lesie w Wilanowie. Mimo wielokrotnie podejmowanego śledztwa sprawców nie wykryto. Sprawa zamknięta po raz ostatni w 2021 roku.

Jan Śpiewak, aktywista miejski, który przez lata nagłaśniał aferę szacował, że w wyniku procesu reprywatyzacyjnego dach nad głową mogło stracić od 40 do 55 tysięcy mieszkańców Warszawy. Czterdzieści do pięćdziesięciu pięciu tysięcy ludzi. To jest populacja średniego polskiego miasta.

Ratusz: wiedział i nic nie robił

Afera wybuchła medialnie pod koniec sierpnia 2016 roku za sprawą serii artykułów Iwony Szpali i Małgorzaty Zubik w „Gazecie Wyborczej” (co warto odnotować: to dziennik bliski środowisku PO, a więc partii Gronkiewicz-Waltz, co czyni te publikacje tym bardziej wiarygodnymi).

W latach 1990–2016 zwrócono w Warszawie 4 157 nieruchomości przejętych na mocy dekretu Bieruta. Szacuje się, że od 40 do 55 tysięcy osób straciło dach nad głową. Jolanta Brzeska – działaczka lokatorska – została zamordowana w 2011 roku. Sprawców nie wykryto. Polska,  jedyny kraj postkomunistyczny w Europie po trzydziestu sześciu latach od upadku komunizmu wciąż nie ma ustawy reprywatyzacyjnej.

Ale problem był znany znacznie wcześniej. Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze twierdziło, że Gronkiewicz-Waltz „miała od 2006 roku wiedzę o nieprawidłowościach”. W 2008 roku prezydent Warszawy podpisała zarządzenie, które – jak argumentowali krytycy – umożliwiało oddawanie nieruchomości handlarzom roszczeniami jeszcze przed zakończeniem postępowań reprywatyzacyjnych. Innymi słowy: przyspieszono proces, który i tak był patologiczny.

W latach 2006-2016, za prezydentury Gronkiewicz-Waltz, częstotliwość zwracania nieruchomości wzrosła z około 130 do około 200 rocznie a w rekordowych latach 2008 i 2009 zwrócono po blisko 300 kamienic rocznie. Trzysta kamienic w jednym roku. W mieście, w którym ludzie mieszkają w tych kamienicach.

Gdy afera wybuchła, Gronkiewicz-Waltz odwołała dwóch zastępców (Jarosława Jóźwiaka i Jacka Wojciechowicza – obaj z PO), zwolniła dyrektora Biura Gospodarki Nieruchomościami Marcina Bajkę i rozwiązała samo biuro. Bajko, którego prezydent wskazała jako jednego z „głównych autorów nieprawidłowości” odrzucił oskarżenia i zapowiedział pozew za pomówienie.

Komisja weryfikacyjna, czyli próba rozliczenia

W 2017 roku rząd PiS powołał komisję weryfikacyjną do spraw reprywatyzacji warszawskiej nieruchomości na czele z Patrykiem Jakim (później zastąpionym przez Sebastiana Kaleta). Komisja miała prawo uchylać decyzje reprywatyzacyjne, nakładać grzywny i przesłuchiwać świadków.

Gronkiewicz-Waltz była wielokrotnie wzywana przed komisję. Ani razu się nie stawiła. Twierdziła, że komisja jest „niekonstytucyjna” i „sprzeczna z trójpodziałem władzy”. Komisja nakładała na nią grzywny – po trzy tysiące złotych za niestawiennictwo. Urząd Skarbowy zajął na jej rachunku ponad 12 tysięcy złotych.

Komisja weryfikacyjna wydała kilkadziesiąt decyzji uchylających zwroty nieruchomości. Część z nich dotyczyła spektakularnych spraw – Chmielnej, Twardej, Noakowskiego. Przyznano odszkodowania lokatorom, którzy stracili mieszkania. Ale skala problemu — ponad cztery tysiące zwróconych nieruchomości na przestrzeni ćwierćwiecza — oznaczała, że komisja mogła zająć się zaledwie ułamkiem spraw.

Krytycy – głównie z opozycji – twierdzili, że komisja jest narzędziem politycznym PiS, wymierzonym w samorząd rządzony przez PO. Zwolennicy – że jest jedyną instytucją, która w ogóle próbowała rozliczyć aferę. Prawda – jak zwykle – leży gdzieś pośrodku: komisja miała mandat i osiągnięcia, ale miała też polityczne uwikłanie, które osłabiało jej wiarygodność.

Naczelny Sąd Administracyjny i przełom, który przyszedł za późno

W 2022 roku nastąpił prawny przełom. Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że stroną postępowania dekretowego może być wyłącznie właściciel nieruchomości lub jego spadkobierca, nie osoba, która kupiła roszczenia. Innymi słowy: handlarze roszczeniami nie powinni byli być beneficjentami decyzji zwrotowych. Jan Śpiewak skomentował: „sąd spojrzał na dekret Bieruta, który został zapisany na jednej stronie, i powiedział, że z dokumentu wynika, że stroną postępowania może być tylko właściciel nieruchomości oraz jego spadkobiercy. Spadkobiercą nie jest osoba, która kupiła roszczenia”.

To orzeczenie – gdyby zapadło dwadzieścia lat wcześniej – mogło zapobiec większości patologii. Ale zapadło w 2022 roku, gdy tysiące nieruchomości zostały już zwrócone, sprzedane, przebudowane. Gdy lokatorzy zostali już eksmitowani. Gdy nie było już na świecie Jolanty Brzeskiej…

Odpowiedź na to pytanie jest krótka i bolesna: prawie nikt. Aresztowano kilkoro handlarzy roszczeniami i urzędników. Kilka osób usłyszało zarzuty, w tym dyrektor Bajko i kilka osób z jego otoczenia. Prokuratura Regionalna we Wrocławiu skierowała do sądu kilka aktów oskarżenia. Postępowania toczą się – wolno, cicho, z dala od nagłówków. 

Hanna Gronkiewicz-Waltz nie stanęła przed komisją, nie stanęła przed sądem, nie poniosła żadnych prawnych konsekwencji. Zakończyła kadencję w 2018 roku. Odeszła z polityki. Jan Śpiewak powiedział wprost: „Miejsce Gronkiewicz-Waltz jest na ławie oskarżonych”. Nie zasiadła.

„Pani Prezydent miała od 2006 roku wiedzę o nieprawidłowościach i łamaniu prawa w ramach procesu reprywatyzacji. Świadomie kryła ośmiornicę reprywatyzacyjną, która oplotła nasze miasto.”

– oświadczenie Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze

Partia, która rządziła Warszawą przez dwanaście lat afery – Platforma Obywatelska – przez osiem z tych lat rządziła jednocześnie krajem. Miała możliwość uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej, która zamknęłaby problem raz na zawsze. Nie zrobiła tego. Jak pisał TVN Warszawa: „Posłowie Platformy Obywatelskiej nie zrobili w tej sprawie nic, a i Hanna Gronkiewicz-Waltz nie wykazała dość determinacji w ich przekonywaniu”.

PiS – partia, która powołała komisję weryfikacyjną – również nie uchwaliła kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej. Patryk Jaki mówił, że „polskiego państwa nie stać na brak dużej ustawy reprywatyzacyjnej” a potem odszedł do Parlamentu Europejskiego. Sebastian Kaleta kontynuował pracę komisji, ale ustawa nie powstała.

Dlaczego nie wolno zapomnieć

Afera reprywatyzacyjna nie jest zamkniętym rozdziałem. Jest otwartą raną, bo system, który ją umożliwił, wciąż nie został naprawiony.Polska wciąż nie ma ustawy reprywatyzacyjnej. Wprawdzie nowelizacja artykułu 156 Kodeksu postępowania administracyjnego z 2021 roku ograniczyła możliwość unieważniania decyzji reprywatyzacyjnych do dziesięciu lat od ich wydania, ale to nie jest ustawa reprywatyzacyjna. To jest łatka na dziurę, nie naprawa dachu. Tysiące lokatorów, którzy stracili mieszkania, nie otrzymali godnych rekompensat. Wiele nieruchomości zwróconych handlarzom zostało sprzedanych i przebudowanych a konsekwencje prawne stały się „nieodwracalne”. Okoliczności śmierci Jolanty Brzeskiej nie wyjaśniono. 

Ta historia mówi coś fundamentalnego o polskim państwie: że potrafi ono przez ćwierć wieku ignorować problem, który niszczy życie dziesiątek tysięcy obywateli, bo rozwiązanie tego problemu jest kosztowne, skomplikowane i politycznie niewygodne. Że potrafi patrzeć, jak handlarze i urzędnicy okradają miasto i reagować dopiero wtedy, gdy media wystawią to na widok publiczny. 

I dlatego nie wolno zapomnieć. Bo zapomnienie oznacza zgodę. A na to, co się stało w Warszawie, nie ma zgody.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: