Nie kupisz oprysku na ojcowiznę. Jak Polska zabroniła weekendowym rolnikom dbać o własne pole

Od 6 marca 2026 roku sprzedawca ma obowiązek odmówić sprzedaży środków ochrony roślin każdemu, kto nie pokaże zaświadczenia o ukończeniu szkolenia. Kurs kosztuje 350–850 złotych, trwa dwa dni, jest ważny pięć lat. Dla zawodowego rolnika formalność. Dla syna, który raz w miesiącu przyjeżdża na ojcowiznę podlać i opryszczać sad po rodzicach – bariera nie do przejścia.Jest w Polsce kategoria ludzi, o której nikt nie myśli, gdy pisze się przepisy rolne. To nie są wielkoobszarowi producenci pszenicy z Wielkopolski. Nie są agrobiznesmenami z Kujaw. Nie prowadzą działów specjalnych produkcji rolnej i nie składają wniosków o dopłaty bezpośrednie.

To są synowie i córki rolników, którzy odziedziczyli po rodzicach dwa hektary ziemi, sad jabłoniowy, kawałek pola z ziemniakami. Mieszkają w mieście – w Łodzi, Radomiu, Kielcach – ale co drugi weekend wsiadają w samochód i jadą na wieś. Koszą trawę, przycinają drzewa, pilnują, żeby ojcowizna nie zarosła, nie sczezła, nie przepadła. Są rolnikami z sentymentu, nie z zawodu. I od 6 marca 2026 roku nie mogą kupić butelki oprysku na mszyce.

Co się zmieniło 6 marca?

W tym dniu weszła w życie nowelizacja ustawy o środkach ochrony roślin, która zaostrzyla zasady sprzedaży tak zwanych ŚOR – środków ochrony roślin przeznaczonych dla użytkowników profesjonalnych. Obowiązek posiadania zaświadczenia o ukończeniu szkolenia istniał od lat ale dotychczas nie był rygorystycznie egzekwowany na etapie zakupu. Sprzedawcy patrzyli przez palce. Rolnik przychodził do sklepu, mówił, czego potrzebuje, płacił i wychodził.

Od marca 2026 roku to się skończyło. Sprzedawca ma obowiązek – nie prawo, lecz obowiązek – sprawdzić tożsamość kupującego (dowód osobisty) i jego zaświadczenie o ukończeniu szkolenia w zakresie stosowania środków ochrony roślin. Jeśli zaświadczenie jest przeterminowane (ważne jest pięć lat), jeśli kupujący go nie ma, jeśli odmawia okazania dokumentów – sprzedawca musi odmówić sprzedaży. Dotyczy to również zakupów online. Kupujący musi podać dane ze swojego zaświadczenia: imię, nazwisko, numer dokumentu, nazwę podmiotu wydającego i termin ważności. Przesyłka może trafić wyłącznie pod wskazany adres – nie do paczkomatu. W przypadku fumigantów (najbardziej toksycznych preparatów gazowych) – zakup internetowy jest w ogóle zakazany.

Nowe przepisy przewidują jedną furtkę: osoba bez szkolenia może kupić ŚOR na podstawie pisemnego upoważnienia od osoby posiadającej ważne zaświadczenie. Upoważnienie musi zawierać dane obu stron, numer PESEL, numer zaświadczenia upoważniającego i zakres upoważnienia. To wyjście dla sytuacji, gdy syn jedzie do sklepu po oprysk na polecenie ojca, który ma kurs, ale to rozwiązanie biurokratyczne, wymagające papieru, danych, podpisu. Nie rozwiązuje problemu ojca, który zmarł, matki, która jest w domu opieki, i syna, który został sam z dwoma hektarami sadu i bez zaświadczenia.

Dwudniowy kurs, 350 złotych i 16 godzin teorii

Szkolenie w zakresie stosowania środków ochrony roślin – potocznie zwane „kursem chemizacyjnym” lub „kursem na opryskiwacz” – trwa co najmniej 16 godzin lekcyjnych (dwa dni). Obejmuje przepisy prawne, charakterystykę środków chemicznych, zasady integrowanej ochrony roślin, technikę wykonywania zabiegów i zapobieganie negatywnemu wpływowi na środowisko.

Od 6 marca 2026 roku zakup środków ochrony roślin wymaga okazania zaświadczenia o ukończeniu szkolenia (ważnego 5 lat) i dowodu osobistego. Sprzedawca ma obowiązek odmówić sprzedaży osobie bez dokumentów. Kurs kosztuje 350–850 zł i trwa dwa dni. W Polsce ponad połowa z 1,3 miliona gospodarstw rolnych ma poniżej 5 hektarów.

Koszt szkolenia podstawowego w 2026 roku waha się od 350 do 850 złotych – w zależności od ośrodka i zakresu. Szkolenie uzupełniające (dla osób, którym wygasło poprzednie zaświadczenie) kosztuje 300 – 600 złotych. Szkolenia prowadzą Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Roślin i Nasiennictwa, Ośrodki Doradztwa Rolniczego oraz podmioty prywatne wpisane do rejestru.

Dla zawodowego rolnika, który żyje z ziemi, to jest inwestycja oczywista, jak kurs na prawo jazdy dla kierowcy. Ale dla weekendowego rolnika, który ma dwa hektary sadu po dziadku i przyjeżdża w sobotę z sekatorem i butelką Mospilanu? Dwa dni szkolenia, wniosek, dojazd do ośrodka (często w innym mieście), 350 – 850 złotych za możliwość kupienia preparatu za czterdzieści złotych. Proporcja jest absurdalna.

Kogo naprawdę dotykają te przepisy?

Przepisy zostały napisane z myślą o profesjonalnych użytkownikach, i w tym kontekście mają sens. Środki ochrony roślin to substancje chemiczne, często toksyczne, wymagające wiedzy o dawkowaniu, terminach karencji, wpływie na owady zapylające, ryzyku skażenia wód gruntowych. Niewłaściwe stosowanie ŚOR jest zagrożeniem dla zdrowia ludzi, zwierząt i środowiska. Szkolenie ma temu zapobiegać.

Problem polega na tym, że przepisy nie rozróżniają między wielkoobszarowym producentem rzepaku, który zużywa tony środków chemicznych rocznie, a emerytką z Podlasia, która chce opryszczać pięć jabłonek przed kwitnieniem. Dla obu obowiązuje ten sam kurs, to samo zaświadczenie, ta sama procedura. W Polsce – według danych GUS – funkcjonuje ponad 1,3 miliona gospodarstw rolnych. Ponad połowa z nich ma powierzchnię poniżej 5 hektarów. Znaczna część tych najmniejszych to gospodarstwa „hobbystyczne” lub „spadkowe”, prowadzone przez ludzi, dla których rolnictwo nie jest źródłem dochodu, lecz formą podtrzymywania więzi z rodzinną ziemią.

Ci ludzie stanowią w statystykach milczącą większość. Nie mają swoich związków branżowych (Krajowa Rada Izb Rolniczych reprezentuje głównie zawodowców). Nie chodzą na strajki. Nie blokują dróg ciągnikami. Po prostu w sobotę rano jadą na wieś – i od marca 2026 roku dowiadują się w sklepie, że nie mogą kupić tego, co kupowali od lat.

Nawozy – inna historia, ten sam problem

Odrębnym, ale pokrewnym problemem jest dostępność nawozów. Tu bariera nie jest certyfikacyjna (nawozów mineralnych, w odróżnieniu od ŚOR, nie trzeba kupować z zaświadczeniem), lecz rynkowa i regulacyjna.Krajowa Rada Izb Rolniczych w marcu 2026 roku wystąpiła do ministra rolnictwa z alarmem: roztwór saletrzano-mocznikowy (RSM) – podstawowy nawóz azotowy stosowany na zbożach i rzepaku – zniknął z rynku w kluczowym momencie sezonu. Rolnicy nie mogą go kupić nie dlatego, że nie mają zaświadczenia, lecz dlatego, że go po prostu nie ma. KRIR domaga się sprawdzenia, czy nie dochodzi do działań spekulacyjnych lub zakłóceń w dystrybucji.

Dodatkowo od kilku lat rosną wymogi dotyczące stosowania nawozów azotowych: ograniczenia terminów aplikacji, obowiązkowe plany nawożenia, limity ilościowe wynikające z dyrektywy azotanowej. Każdy z tych wymogów z osobna jest uzasadniony ekologicznie, ale razem tworzą system, w którym prowadzenie małego gospodarstwa wymaga wiedzy i dokumentacji porównywalnej z prowadzeniem średniej firmy.

Historia z kursami chemizacyjnymi jest częścią większego problemu. Państwo nakłada na obywateli obowiązki, nie pytając, czy obywatele są w stanie je spełnić. Pisaliśmy o samorządach, którym kazano utrzymywać szkoły bez pieniędzy. O gminach, które muszą zapewnić opiekę bezdomnym zwierzętom z budżetu na odśnieżanie. O właścicielach działek, którzy mogą stracić prawo do budowy, bo gmina nie zdążyła z planem ogólnym.

System certyfikacyjny dla ŚOR wpisuje się w ten sam schemat. Regulacja ma sens na poziomie zasady, ale na poziomie wykonania tworzy absurdy. Człowiek, który od trzydziestu lat opryszczuje jabłonie po dziadku, nagle nie może kupić preparatu, którego skład zna na pamięć, bo nie ma papierka wydanego po szesnastogodzinnym kursie. A jak nie opryska jabłoni, to zaatakuje ją parch, owoce zgniją, sad umrze. I za dwa lata dziadkowa ojcowizna zarośnie chwastami.

Co powinno się zmienić?

Konieczne wydaje się zróżnicowanie wymogów w zależności od skali. Wielkoobszarowy producent stosujący tony środków chemicznych powinien mieć pełne szkolenie, przegląd opryskiwacza, plan ochrony roślin i kontrole PIORIN. Ale właściciel dwóch hektarów sadu, który kupuje dwa litry preparatu na cały sezon, powinien mieć dostęp do uproszczonej ścieżki – krótkiego szkolenia online, deklaracji odpowiedzialności, informacji o zasadach bezpieczeństwa.

„Sezon polowy rusza lada moment, ale w tym roku wielu rolników może odbić się od drzwi sklepu oferującego środki ochrony roślin.” 

– portal Farmer.pl, 6 marca 2026

W 2026 roku absurdem jest wymóg fizycznej obecności na dwudniowym kursie, który w znacznej części polega na czytaniu przepisów. Część ośrodków doradztwa rolniczego już oferuje szkolenia zdalne, ale to wciąż mniejszość. Pełne otwarcie na formę online – z egzaminem końcowym weryfikującym wiedzę – obniżyłoby barierę wejścia dramatycznie.

Po trzecie wreszcie – system upoważnień, który działa. Obecna furtka – pisemne upoważnienie od osoby z zaświadczeniem – jest krokiem w dobrym kierunku. Ale ustawa nie określa wzoru upoważnienia, co rodzi niepewność (czy moje upoważnienie jest prawidłowe? Czy sprzedawca je zaakceptuje?). Prosty, ustandaryzowany formularz, najlepiej elektroniczny, generowany przez system PIORIN rozwiązałby problem.

Wyodrębnić należałoby też kategorię „środków do użytku amatorskiego”. W wielu krajach UE istnieje podział na preparaty dla profesjonalistów (wymagające certyfikatu) i preparaty do użytku domowego/ogrodowego (dostępne bez ograniczeń, w mniejszych opakowaniach, o niższym stężeniu substancji czynnych). Taki podział pozwala weekendowemu ogrodnikowi kupić preparat na mszyce bez dwudniowego kursu a jednocześnie chroni środowisko, bo dostępne bez certyfikatu preparaty są mniej toksyczne.

Bo gdzieś w Polsce – może pod Radomiem, może pod Kielcami, może pod Zamościem – jest sad jabłoniowy. Posadził go dziadek. Ojciec go pielęgnował. Syn mieszka w mieście, pracuje w biurze, ale co drugą sobotę przyjeżdża. Kosi trawę. Przycina gałęzie. Zbiera jabłka na kompot dla dzieci. W marcu syn pojechał do sklepu ogrodniczego kupić preparat na parcha jabłoni. Sprzedawca zapytał o zaświadczenie. Syn nie miał zaświadczenia, bo jest informatykiem, nie rolnikiem. Nie ukończył szkolenia, bo nie wiedział, że musi. Sprzedawca odmówił. Syn wrócił do domu. Jabłonie nie zostały opryskane. Parch zaatakował. Jabłka zgniły.

Przepis chroni środowisko. Ale kto chroni ojcowiznę?

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: