Surowiec rolny stanowi często mniej niż 15 procent ceny produktu na półce. Reszta – przetwórstwo, logistyka, marketing, marża sieci handlowej. Rolnik bierze na siebie pełne ryzyko pogodowe, rynkowe i regulacyjne a zostaje mu ułamek. Nożyce cenowe rozwierają się do granic wytrzymałości. Francuzi i Duńczycy znaleźli na to odpowiedź. My nie.
Wyobraź sobie, że prowadzisz firmę. Twoje przychody spadły w ciągu roku o jedenaście i pół procent. Jednocześnie paliwo, którego zużywasz codziennie, podrożało o piętnaście procent w ciągu jednego miesiąca. Nawozy – kluczowy surowiec – pozostają drogie mimo spadku cen na rynkach światowych. Energia elektryczna jest o niemal cztery procent droższa niż rok temu. A twój odbiorca – jedyny, bo nie masz innego – mówi ci: „Albo sprzedajesz po mojej cenie, albo nie kupuję wcale”.
To nie jest opis fikcyjnej firmy. To jest opis sytuacji polskiego rolnika w pierwszym kwartale 2026 roku. I to jest sytuacja, o której na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach, kilka dni temu ekonomiści mówili wprost: rolnik przegrywa w systemie żywnościowym.
Nożyce, które tną
Dane Głównego Urzędu Statystycznego za marzec 2026 roku, opublikowane w ubiegłym tygodniu nie pozostawiają złudzeń. Ceny skupu podstawowych produktów rolnych spadły o 11,5 procent w porównaniu z marcem 2025 roku. Obniżki dotknęły wszystkiego: pszenicy, żyta, żywca wołowego, wieprzowego, drobiu i mleka krowiego.
Pszenica w skupie: 75,73 złotych za decytonę. Żyto: jeszcze mniej. Mleko krowie, jak informowała Polska Izba Mleka spadło w grudniu 2025 roku o 24 procent, osiągając około 200 złotych za 100 kilogramów. Najgorsza jest sytuacja hodowców trzody chlewnej. Według szacunków ze stycznia 2026 roku dopłata do tuczu jednej sztuki sięgała 360 złotych. Trzysta sześćdziesiąt złotych straty na każdym tuczniku. To nie jest niska rentowność, to jest nierentowność. Rolnik płaci za to, żeby produkować mięso, którego nikt nie chce kupić po cenie pokrywającej koszty.
A koszty? Te idą w górę. Inflacja w marcu 2026 roku wyniosła 3 procent rok do roku, ale w kategoriach kluczowych dla rolnictwa była znacznie wyższa. Paliwa podrożały o 15,4 procent w ujęciu miesięcznym, marzec do lutego. Dla rolnika, który właśnie rozpoczyna wiosenne zabiegi agrotechniczne – oranie, siew, opryski, transport – to jest cios bezpośredni. Każdy przejazd ciągnika, każdy kurs do skupu, każda dostawa nawozów kosztuje kilkanaście procent więcej niż miesiąc temu. Energia elektryczna i gaz pozostają o niemal 4 procent droższe rok do roku, co uderza w produkcję szklarniową, suszarnie, chłodnie, przetwórstwo na miejscu.
Portal Agroprofil nazwał to wprost: „nożyce cenowe” – koszty produkcji rosną szybciej niż ceny uzyskiwane za surowce rolne. Dla rolnika oznacza to jedno: im więcej produkuje, tym więcej traci.
Mniej niż 15 procent. Gdzie jest „złotówka żywnościowa”?
Tu dochodzimy do problemu strukturalnego, głębszego niż wahania cen skupu, bo dotyczącego samego sposobu, w jaki zorganizowany jest łańcuch żywnościowy. Analizy OECD-FAO, cytowane na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach, wskazują jednoznacznie: coraz większa część wartości dodanej w łańcuchu żywnościowym powstaje poza gospodarstwem rolnym – w przetwórstwie, logistyce, marketingu i handlu detalicznym. Surowiec rolny – to, co rolnik faktycznie wyprodukował – stanowi często mniej niż 15 procent ceny produktu na sklepowej półce.Innymi słowy: gdy kupujesz bochenek chleba za 6 złotych, rolnik, który wyprodukował pszenicę, z której ten chleb powstał, dostał mniej niż złotówkę. Pozostałe 5 złotych podzieliły między siebie: młyn, piekarnia, firma logistyczna, sieć handlowa, producent opakowań i budżet państwa (VAT).
To nie jest polska specyfika, to jest globalny trend. Ale w Polsce przybiera on szczególnie ostrą formę, bo polski rolnik – w odróżnieniu od francuskiego czy duńskiego – ma najsłabszą pozycję negocjacyjną w łańcuchu. Jest rozdrobniony (średnia wielkość gospodarstwa to nieco ponad 11 hektarów – w Danii ponad 80, we Francji ponad 60), nie jest zorganizowany w silne grupy producenckie i sprzedaje surowiec, nie produkt końcowy.
Wielkopolska Izba Rolnicza w swoim apelu z jesieni 2025 roku ujęła to precyzyjnie: „Rolnik bierze na siebie pełne ryzyko produkcyjne – pogodowe, rynkowe, regulacyjne – a jego pozycja w łańcuchu dostaw jest najsłabsza. Im dłuższa droga od pola do stołu, tym mniej zostaje temu, kto stoi na początku”.
Asymetria cen. Spadki natychmiast, podwyżki nigdy
Jest jeszcze jeden mechanizm, który pogarsza sytuację rolnika. Ekonomiści nazywają go „asymetrycznym przenoszeniem cen” (asymmetric price transmission). Działa to tak: gdy ceny surowców rolnych na rynkach światowych spadają, sieci handlowe i przetwórcy natychmiast obniżają ceny skupu od rolników. Ale gdy ceny surowców rosną, to podwyżki cen skupu dochodzą do rolnika z opóźnieniem, w mniejszej skali, lub nie dochodzą wcale. Sieci handlowe absorbują podwyżkę, ale nie po to, by chronić rolnika, lecz po to, by chronić swoją marżę.
Ceny skupu w marcu 2026 roku spadły o 11,5 procent rok do roku. Paliwo podrożało o 15,4 procent w ciągu miesiąca. Hodowca trzody chlewnej dopłaca 360 złotych do każdego tucznika. Surowiec rolny stanowi mniej niż 15 procent ceny produktu na półce. Wskaźnik nastrojów w rolnictwie: minus 23,6 punktu — rekordowo niski. A Francuzi uchwalili prawo chroniące rolnika. Duńczycy zbudowali spółdzielnie warte miliardy. My — blokujemy drogi i czekamy na następny sezon.
W efekcie rolnik traci dwukrotnie: traci, gdy ceny spadają (bo skup natychmiast obniża stawki), i traci, gdy ceny rosną (bo podwyżka nie dociera do niego w pełni). Jedynym pewnikiem jest niepewność. Jedynym stałym elementem jest to, że rolnik jest na samym dole. Dane GUS za ostatnie miesiące potwierdzają ten wzorzec: ceny żywności w sklepach rosły w ubiegłym roku wolniej niż inflacja (2 procent wobec CPI na poziomie 3 procent), ale ceny skupu spadły o blisko 12 procent. Konsument płaci tyle samo lub niewiele mniej. Rolnik dostaje radykalnie mniej. Kto zabrał różnicę? Łańcuch pośredników.
Jak to robią Francuzi? Ustawa Egalim
Francja, kraj, w którym rolnictwo ma status niemal sakralny zmierzyła się z tym problemem ustawowo. W 2018 roku uchwalono ustawę Egalim (od „États Généraux de l’Alimentation” – Stanów Generalnych Żywności), a w 2021 roku jej zaostrzoną wersję Egalim 2. Prawo to przewraca do góry nogami tradycyjny model negocjacji cenowych w łańcuchu żywnościowym.Kluczowa zasada: cena surowca rolnego nie podlega negocjacjom w dół. To rolnik proponuje cenę na podstawie swoich kosztów produkcji a przetwórca i sieć handlowa mogą negocjować swoją marżę, ale nie mogą obniżać ceny surowca poniżej kosztów produkcji. Innymi słowy: zabrania się sprzedaży żywności ze stratą dla rolnika.
Dodatkowo Egalim 2 wprowadza obowiązek „szyfrowania” ceny surowca w cenie końcowej produktu. Tak by w trakcie negocjacji między przetwórcą a siecią handlową komponent rolny był chroniony i nie podlegał obniżkom. Sieć handlowa może negocjować marżę przetwórcy, ale nie cenę, którą przetwórca płaci rolnikowi.
System nie jest doskonały. Krytycy wskazują na trudności w egzekwowaniu i obchodzenie przepisów. Ale sam fakt, że Francja legislacyjnie uznała, iż „wolny rynek” w łańcuchu żywnościowym nie jest wolny (bo siła negocjacyjna jest rozłożona skrajnie nierównomiernie) jest przełomem.
Jak to robią Duńczycy?
Dania wybrała inną drogę. Nie regulacyjną, lecz organizacyjną. Duński model rolnictwa opiera się na potężnych spółdzielniach, które łączą produkcję, przetwórstwo i eksport.
Arla Foods, duńsko-szwedzka spółdzielnia mleczarska jest własnością kilku tysięcy farmerów. To oni kontrolują przetwórstwo, marketing i sprzedaż mleka. Nie sprzedają surowca pośrednikowi. Sami są pośrednikiem. Danish Crown, czyli największy eksporter wieprzowiny w Europie działa na tej samej zasadzie: spółdzielnia należy do rolników, zyski wracają do rolników.
Efekt? Duński rolnik nie jest „na dole łańcucha”. Jest współwłaścicielem łańcucha. Jego udział w cenie końcowej produktu jest wielokrotnie wyższy niż polskiego kolegi, bo przetwórstwo i logistyka nie są obcymi firmami zarabiającymi kosztem rolnika, lecz jego własnymi przedsięwzięciami.
W Polsce spółdzielczość rolnicza kojarzy się – niestety słusznie – z PRL-owskimi molochami, biurokracją i brakiem efektywności. Ale duński model pokazuje, że spółdzielnia może być nowoczesna, konkurencyjna i globalnie obecna. Arla eksportuje do ponad stu krajów. Danish Crown jest jednym z największych graczy na światowym rynku mięsa. To nie są relikty przeszłości. To są globalne korporacje, które przypadkiem należą do rolników.
Polskie narzędzia, które nie działają
Polska ma swoje odpowiedzi na problem nierówności w łańcuchu żywnościowym, ale są one albo niewystarczające, albo nieegzekwowane. Ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi (2017, nowelizowana 2020 i 2023) zabrania nadużywania pozycji dominującej przez sieci handlowe wobec dostawców. Ale UOKiK prowadzi stosunkowo niewiele postępowań, a kary – jeśli zapadają – nie zmieniają zachowań rynkowych.
„Rolnik produkuje, inwestuje i ryzykuje — a zarabia najmniej. W łańcuchu dostaw żywności producentowi często zostaje zaledwie ułamek ceny, jaką płaci konsument.”
– Wielkopolska Izba Rolnicza, apel o sprawiedliwy podział marż, październik 2025
Grupy producenckie, wspierane dopłatami z budżetu UE miały wzmocnić pozycję negocjacyjną rolników. Ale w Polsce jest ich wciąż za mało, są za małe i zbyt słabe, by stanowić przeciwwagę dla skoncentrowanego handlu detalicznego, w którym pięć największych sieci kontroluje ponad 60 procent rynku. Rolniczy Handel Detaliczny (RHD), umożliwiający rolnikom sprzedaż własnych produktów bezpośrednio konsumentom to krok w dobrym kierunku. Ministerstwo rolnictwa uruchomiło program rozwoju przetwórstwa w gospodarstwach z budżetem 51 milionów euro, z naborem wniosków zaplanowanym na październik 2026 roku. Ale to są programy dla najbardziej przedsiębiorczych i najlepiej zorganizowanych. Dla przeciętnego rolnika z kilkunastoma hektarami pszenicy, który sprzedaje zboże do jedynego skupu w promieniu trzydziestu kilometrów nic się nie zmienia.
Wskaźnik nastrojów: minus 23,6
Badanie koniunktury GUS za 2025 rok pokazuje, że wskaźnik nastrojów w rolnictwie spadł do rekordowo niskiego poziomu minus 23,6 punktu. Najgorzej sytuację oceniają właściciele rodzinnych gospodarstw. Tych, które stanowią fundament polskiego rolnictwa. Minus 23,6 to nie jest „umiarkowany pesymizm”. To jest rozpacz ubrana w liczby.
Dr hab. Waldemar Rogowski z BIG InfoMonitor ostrzega: „Dane GUS o spadających cenach skupu, zestawione z informacjami o narastających problemach płatniczych, pokazują sektor rolny pod silną presją ekonomiczną, z rosnącym ryzykiem utraty płynności finansowej przez kolejne grupy producentów”. Najwięcej firm-dłużników w rolnictwie działa w Wielkopolsce, regionie, który paradoksalnie jest najbardziej produktywny.
Co trzeba zrobić a dlaczego nikt tego nie robiOdpowiedź jest znana – bo Francuzi i Duńczycy ją dali. Potrzebne są trzy rzeczy. Po pierwsze regulacja relacji w łańcuchu żywnościowym na wzór Egalim. Cena surowca rolnego powinna być chroniona legislacyjnie przed obniżaniem poniżej kosztów produkcji. Sieć handlowa, która zarabia miliardy, nie powinna mieć prawa wymuszać na rolniku sprzedaży ze stratą.
Konieczna jest odbudowa spółdzielczości. Nie PRL-owskiej karykatury, lecz nowoczesnego modelu duńskiego: rolnicy jako współwłaściciele przetwórstwa, logistyki i marki. To wymaga kapitału, edukacji i zmiany mentalności, ale przede wszystkim wymaga polityki państwa, która wspiera konsolidację zamiast atomizacji.Po trzecie konieczne jest skrócenie łańcucha. Im więcej pośredników między polem a stołem, tym mniej zostaje rolnikowi. Programy takie jak RHD, targi lokalne, „Paczka od rolnika” to zaczyn. Ale żeby stały się systemem, potrzebują infrastruktury: chłodni, logistyki, platform cyfrowych łączących producenta z konsumentem. Nikt tego nie robi, bo rolnicy nie mają siły politycznej proporcjonalnej do swojego znaczenia gospodarczego. Blokują drogi i wtedy politycy ich słuchają przez tydzień. Potem cisza. Do następnej blokady.

