Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego miał wykupywać polski dług za grosze. Zamiast tego stał się maszyną do transferu miliardów za granicę pod nadzorem komunistycznego wywiadu wojskowego. Kontroler NIK, który to wykrył, zmarł „na zawał” w wieku 38 lat. Jego szef zginął w wypadku dwa dni przed złożeniem raportu w Sejmie. Policjanci, którzy pierwsi dotarli na miejsce wypadku „utonęli na rybach”. A proces trwał osiemnaście lat i skończył się karami, które były policzkiem dla sprawiedliwości.
Jest w historii III RP afera, która powinna być wykładana w szkołach. Nie jako ciekawostka z „trudnych czasów transformacji”, lecz jako dowód na to, jak głęboko komunistyczne struktury przenikały tworzący się system demokratyczny i jak skutecznie potrafiły go wykorzystać. Ta afera ma nazwę – FOZZ. Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. I ma coś, czego żadna inna polska afera nie ma: listę ludzi, którzy próbowali ją wyjaśnić i… zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach.
Nie chodzi tu o teorie spiskowe. Chodzi o przypomnienie faktów – udokumentowanych, potwierdzonych sądowo, opisanych w raportach NIK i wyrokach sądowych. Warto zadać pytanie, na które Polska nie odpowiedziała od trzydziestu pięciu lat: kto naprawdę zarobił na FOZZ-ie i gdzie są te pieniądze?
Geneza: dług za bezcen
Pod koniec lat osiemdziesiątych Polska tonęła w długach. Zobowiązania zagraniczne PRL-u sięgały ponad 41 miliardów dolarów – sumy, której gospodarka centralnie planowana nie była w stanie spłacić. Na rynku wtórnym polskie wierzytelności były warte grosze – około 20–22 centów za każdego dolara wartości nominalnej. Innymi słowy: dług o wartości miliona dolarów można było kupić za dwieście tysięcy.
W 1989 roku – na mocy ustawy z 15 lutego – powołano Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Oficjalny cel był genialny w swojej prostocie: wykorzystać niską rynkową wycenę polskiego długu i skupować go po cenach rynkowych (20 centów za dolara), redukując w ten sposób ciężar zadłużenia za ułamek wartości nominalnej. Za każde wydane 200 milionów dolarów Polska mogła umorzyć miliard długu.
Na papierze rewelacja. W praktyce – jedna z największych defraudacji w historii powojennej Europy.
Żemek, czyli człowiek wywiadu na czele miliardów
Dyrektorem generalnym FOZZ został Grzegorz Żemek. Człowiek, który w toku procesu w 2003 roku przyznał się do współpracy z Zarządem II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, czyli wojskowym wywiadem PRL. Jego zastępczynią została Janina Chim. W radzie nadzorczej funduszu zasiedli między innymi wiceminister finansów Janusz Sawicki oraz Grzegorz Wójtowicz, późniejszy prezes Narodowego Banku Polskiego. Obaj zostali wymienieni na liście Antoniego Macierewicza jako tajni współpracownicy służb.
FOZZ otrzymał na swoje zadania środki równoważne około 1,7 miliarda dolarów. Za te pieniądze mógł – przy ówczesnej cenie długu – wykupić wierzytelności o wartości nominalnej 7,6 miliarda dolarów. Innymi słowy: mógł zredukować polski dług o jedną piątą.
Ile faktycznie wykupił? Tego do dziś nikt dokładnie nie wie. Kontrola Ministerstwa Finansów z 1990 roku wykazała „niekompletność materiału dowodowego” i „niekonwencjonalny, tak zwany cichy charakter transakcji, bez uzewnętrzniania ich w formie pisanych dokumentów”. FOZZ nie zastosował się do zaleceń pokontrolnych. A protokół z kontroli zaginął.
Modus operandi – jak kraść miliardy
Schemat działania FOZZ-u był – jak to ujmują autorzy książki „Via bank i FOZZ” – „aferą służb specjalnych i polityków”. Pieniądze publiczne trafiały do funduszu, stamtąd – poprzez sieć spółek, pośredników i zagranicznych rachunków bankowych – wypływały za granicę. Część trafiała do prywatnych kieszeni. Część, według raportu sporządzonego w 1992 roku na zlecenie premiera Jana Olszewskiego mogła zasilać fundusze operacyjne komunistycznych służb specjalnych, zabezpieczając ich pozycję na wypadek zmiany systemu.
Szczególną rolę odgrywała spółka Universal, kierowana przez Dariusza Przywieczerskiego, figurującego w dokumentach SB jako tajny współpracownik o pseudonimie „Grabiński”. FOZZ i Universal zawarły między sobą blisko osiemdziesiąt porozumień finansowych. Ich szczegóły w większości nie są znane do dziś.
W 1990 roku, gdy FOZZ był już w stanie likwidacji Żemek, Chim i Przywieczerski pożyczyli jako osoby prywatne pół miliona dolarów w Bank of Scotland i założyli spółkę Trast. Publiczne pieniądze, prywatne zyski – w czystej, bezwstydnej postaci.
Falzmann. Człowiek, który wiedział
Na trop afery wpadł Michał Falzmann, inspektor Najwyższej Izby Kontroli. Był młody (37 lat), zdeterminowany i – jak się miało okazać – nieostrożny w swoim bohaterstwie. We wrześniu 1990 roku Falzmann opublikował w „Głosie Wolnego Robotnika” tekst zatytułowany „Kradzież systemu w systemie” – o bezprawnych transferach pieniędzy z Polski. To był początek lawiny. W styczniu 1991 roku NIK rozpoczął formalną kontrolę FOZZ-u. Falzmann dołączył do zespołu kontrolerów.
W swoich notatkach, odnalezionych po śmierci napisał zdanie, które mrozi krew: „Władza jest nadal w rękach KGB w Polsce. Dalsza praca to osobiste śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych”. Otrzymywał pogróżki dotyczące jego życia i życia jego rodziny, w tym małych dzieci.
17 lipca 1991 roku Falzmann wysłał wniosek do NBP o udostępnienie informacji o transakcjach FOZZ-u. Tego samego dnia został odsunięty od sprawy – oficjalny powód: „przekazanie wiedzy osobom spoza NIK”. 18 lipca 1991 roku – następnego dnia – Michał Falzmann nie żył. Miał 37 lat. Oficjalna przyczyna zgonu: zawał serca. Sekcji zwłok nie przeprowadzono. Żona Falzmanna, Izabela Brodacka-Falzmann relacjonowała później, że ordynator szpitala „nakłaniał ją do odstąpienia od sekcji”. Jak mówiła: „na ogół jest inaczej – to lekarze chcą sekcji, a rodzina prosi o odstąpienie. Tu porządek był dziwny”.
Pańko: dwa dni przed raportem
Trzy miesiące później, 7 października 1991 roku prezes NIK profesor Walerian Pańko jechał służbową lancią na posiedzenie Sejmu. Na 8 października zaplanowane było jego wystąpienie, podczas którego miał przedstawić wyniki kontroli FOZZ-u.
Na dawnej „gierkówce”, czyli trasie Katowice-Warszawa lancia gwałtownie zjechała w lewo i uderzyła w nadjeżdżające z naprzeciwka BMW. Samochód rozpadł się na dwie części. Walerian Pańko i Janusz Zaporowski, dyrektor Biura Informacji Kancelarii Sejmu, który jechał z nim zginęli na miejscu. Pańko miał 50 lat.
Kierowca – funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu z trzydziestoletnim stażem – przeżył. Sąd w Piotrkowie Trybunalskim skazał go za spowodowanie wypadku. Został ułaskawiony przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wkrótce potem popełnił samobójstwo.
Żona profesora Pańko, która podróżowała z nim i przeżyła wypadek, relacjonowała, że słyszała „dziwne dźwięki” lub „wybuch” tuż przed utratą kontroli nad pojazdem. Świadkowie mówili o torbie z „wypaloną dziurą” przy wraku. Z sejfu Pańki w NIK zniknęły ważne dokumenty dotyczące FOZZ-u.
Lista: ludzie, którzy wiedzieli za dużo
To, co wydarzyło się po śmierci Pańki, przekracza granicę przypadku – przynajmniej w odczuciu ludzi, którzy śledzili sprawę. Dwaj policjanci, którzy jako pierwsi dotarli na miejsce wypadku na „gierkówce”, zmarli w ciągu kilku miesięcy. Oficjalna przyczyna: utonięcie podczas łowienia ryb. Według niektórych relacji woda, w której łowili, sięgała kolan. Według innych byli dobrymi pływakami.
„Władza jest nadal w rękach KGB w Polsce. Dalsza praca to osobiste śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych.”
– Michał Falzmann, inspektor Najwyższej Izby Kontroli, z notatek roboczych. Kilka tygodni później nie żył
Biegły sądowy, który miał przygotować ekspertyzę wypadku dla prokuratury również zmarł. Marcin Dybowski – dziennikarz PAP, który tropił aferę FOZZ – został pobity w nocy 6 lipca 1992 roku na trasie Warszawa – Białystok, gdy jechał na spotkanie z informatorem. Wcześniej kilku innych dziennikarzy zainteresowanych sprawą zostało zaatakowanych.
Anatol Lawina, bezpośredni przełożony Falzmanna w NIK, dyrektor Zespołu Analiz Systemowych, jeden z głównych świadków w procesie FOZZ został śmiertelnie pobity przez nieznanych sprawców w 2006 roku. Miał 66 lat. Sprawców nie wykryto. Jak mówił Jarosław Kaczyński: „Pan Lawina opowiadał, że obrońcami FOZZ byli bardzo prominentni politycy tamtego czasu”.
Podsumujmy: kontroler NIK, który wykrył aferę – nie żyje. Prezes NIK, który miał przedstawić raport – nie żyje. Kierowca prezesa – nie żyje. Policjanci z miejsca wypadku – nie żyją. Biegły sądowy – nie żyje. Bezpośredni przełożony kontrolera – nie żyje. Przypadek? Statystycznie – skrajnie nieprawdopodobny.
Proces: osiemnaście lat na farsę
Śledztwo w sprawie FOZZ rozpoczęło się 7 maja 1991 roku, na podstawie doniesienia obywatela Niemiec Josepha Tkaczicka. Trwało latami. Akt oskarżenia dotyczył kilku osób – przede wszystkim Żemka, Chim i Przywieczerskiego. Proces – najdłuższy proces karny w historii III RP – ciągnął się osiemnaście lat. Osiemnaście. W jego trakcie zmieniali się sędziowie, prokuratorzy, rządy. Akta liczyły setki tomów. Świadkowie umierali (dosłownie). Dowody ginęły.
W 2005 roku Żemek został skazany na 3 lata i 3 miesiące pozbawienia wolności oraz 10 tysięcy złotych grzywny. Chim na 2 lata i 6 miesięcy w zawieszeniu. Przywieczerski na 3,5 roku, ale uciekł za granicę i kary nie odbył (został zatrzymany na Florydzie dopiero później, ekstradycja nastąpiła po latach).
Trzy lata. Za defraudację miliardów. Za aferę, w której zginęli ludzie. Za okradanie państwa w momencie, gdy Polska najbardziej potrzebowała każdego dolara.
Profesor Jerzy Przystawa, współautor książki „Via bank i FOZZ” skomentował w dniu ogłoszenia wyroku: „to afera służb specjalnych i polityków. Proces nie dotyczył istoty sprawy, te kary nie mają żadnego znaczenia”.
Pytania bez odpowiedzi
Trzydzieści pięć lat po powstaniu FOZZ-u i piętnaście lat po zakończeniu procesu fundamentalne pytania pozostają bez odpowiedzi.
Gdzie są pieniądze? FOZZ otrzymał równowartość 1,7 miliarda dolarów. Ile z tego faktycznie poszło na wykup długu? Ile wypłynęło za granicę? Ile trafiło do prywatnych kieszeni? Ile zasilało fundusze operacyjne służb specjalnych, które przygotowywały się na zmianę ustroju? Nikt nie wie, bo dokumentacja zaginęła, świadkowie zginęli, a proces dotyczył fragmentu, nie całości.
Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego otrzymał równowartość 1,7 miliarda dolarów. Proces trwał 18 lat. Wyroki: 3 lata dla dyrektora, 2,5 roku w zawieszeniu dla zastępczyni. Ludzie, którzy próbowali wyjaśnić aferę: kontroler NIK zmarł dzień po odsunięciu od sprawy. Prezes NIK zginął 2 dni przed raportem. Policjanci z miejsca wypadku „utonęli na rybach”. Przełożony kontrolera śmiertelnie pobity 15 lat później. Sprawców nie wykryto.
Kto stał za operacją? Raport z 1992 roku wskazywał na Zarząd II Sztabu Generalnego i Departament I MSW. Żemek potwierdził współpracę z wywiadem wojskowym. Ale kto wydawał rozkazy? Kto koordynował? Kto chronił? Kto – na najwyższych szczeblach władzy – wiedział i milczał?
Czy śmierci były przypadkowe? Nikt nigdy nie został oskarżony o zabójstwo Falzmanna, Pańki ani żadnej z pozostałych osób z „listy FOZZ”. Prokuratura konsekwentnie traktowała te zgony jako nieszczęśliwe wypadki lub przyczyny naturalne. Ale ciąg zdarzeń – kontroler umiera dzień po odsunięciu od sprawy, prezes NIK ginie dwa dni przed raportem, policjanci „toną” na rybach – tworzy wzorzec, którego nie da się zignorować.
Dlaczego to jest ważne dziś
FOZZ nie jest zamkniętym rozdziałem historii. Jest otwartym pytaniem o charakter polskiej transformacji. Jeśli prawdą jest – a wiele na to wskazuje – że komunistyczne służby specjalne wykorzystały moment zmiany ustroju do transferu publicznych pieniędzy w prywatne ręce, to znaczy, że część fortun zbudowanych w latach dziewięćdziesiątych ma fundament w kradzieży. Że „polscy biznesmeni”, którzy wyłonili się z transformacji jako „self-made men”, w rzeczywistości byli beneficjentami operacji wywiadowczej. Że „dziki kapitalizm” nie był taki dziki – był zaplanowany.
To nie jest teoria spiskowa. To jest teza, którą postawił raport sporządzony na zlecenie rządu Jana Olszewskiego. Rządu, który został obalony w nocnym głosowaniu w Sejmie kilka tygodni po jego zamówieniu. To jest teza, którą potwierdzają wyroki sądowe, zeznania Żemka i dokumenty NIK.
Polska nigdy się z tym nie rozliczyła. Proces trwał osiemnaście lat i skończył się karami, które były żartem. Komisja weryfikacyjna, komisja śledcza, IPN – nic nie doprowadziło do pełnego rozliczenia. „Omerta”, „zmowa milczenia” – te słowa padają w kontekście FOZZ-u od trzydziestu pięciu lat.
Michał Falzmann miał 37 lat, żonę i małe dzieci. Napisał w notesie: „Dalsza praca to osobiste śmiertelne niebezpieczeństwo”. I dalej pracował. Następnego dnia po odsunięciu od sprawy nie żył. Walerian Pańko miał 50 lat i raport, który miał zmienić Polskę. Dwa dni przed jego wygłoszeniem nie żył. Anatol Lawina miał 66 lat i wiedzę, której nie miał nikt inny. Został pobity na śmierć przez nieznanych sprawców.To nie są postacie z serialu kryminalnego. To są prawdziwi ludzie, którzy próbowali zrobić to, za co im płacono – kontrolować, jak państwo wydaje pieniądze obywateli. I za to zapłacili najwyższą cenę.FOZZ to nie jest „stara afera”. To jest otwarta rana. I dopóki nie zostanie zbadana do końca – dopóty Polska nie będzie mogła uczciwie powiedzieć, że rozliczyła się ze swoją przeszłością.

