2 maja na PGE Narodowym Górnik Zabrze zagra z Rakowem Częstochowa o Puchar Polski. Ale zanim piłkarze wyjdą na murawę, warto wiedzieć, na czym stoją. Pod ich stopami leży historia. Dosłownie. Bo ten stadion zbudowano na kościach innego, a tamten – z gruzów zniszczonej Warszawy.
Są miejsca, które przeżyły więcej niż jedno życie. Stadion nad Wisłą – ten przy Zielenieckiej, między Saską Kępą a Pragą – jest takim miejscem. W ciągu siedemdziesięciu lat był areną komunistycznej propagandy, sceną piłkarskich triumfów, miejscem aktu najwyższego heroizmu, ołtarzem papieskiej mszy, największym bazarem Europy i – w końcu – nowoczesnym stadionem na miarę XXI wieku.
W sobotę 2 maja o godzinie szesnastej na murawę PGE Narodowego wyjdą piłkarze Górnika Zabrze i Rakowa Częstochowa – finaliści Pucharu Polski 2026. Górnik czekał na ten moment dwadzieścia pięć lat. Nigdy w historii nie grał na tym stadionie. Ale historia tego miejsca – ta sprzed ich narodzin, sprzed Narodowego, sprzed wszystkiego – jest większa niż jakikolwiek mecz.
Akt pierwszy: gruzy (1954–1955)
Wszystko zaczęło się od decyzji prezydium rządu Józefa Cyrankiewicza z 2 sierpnia 1954 roku: w Warszawie powstanie „stadion sportowy”. Nie byle jaki – olimpijski, reprezentacyjny, godny „stolicy socjalistycznego państwa”.
Miejsce wybrano między Wisłą a ulicą Zieleniecką – na prawym brzegu, na terenach, które przed wojną były częściowo zabudowane drewnianymi domkami, a po wojnie pokrywała pustka. Konkurs architektoniczny wygrał zespół: Jerzy Hryniewiecki, Zbigniew Ihnatowicz i Jerzy Sołtan – wybitni architekci, których wizja była jednocześnie nowoczesna i pragmatyczna.
Pragmatyzm polegał na tym, że fundamentem stadionu miały być gruzy. Warszawa, zniszczona w 85 procentach podczas wojny i powstania, wciąż leżała w ruinach. Miliony ton cegieł, betonu, kamienia, zalegające na całym lewym brzegu. Zamiast je wywozić – postanowiono z nich zbudować.
Sto pięćdziesiąt ciężarówek dziennie zwoziło gruz na plac budowy. Około 4 500 metrów sześciennych dziennie. Z tego gruzu usypano siedmiometrowe wały – koronę stadionu, fundamenty pod trybuny, nasypy, na których miało siedzieć sto tysięcy ludzi. Stadion Dziesięciolecia został dosłownie zbudowany z kości Warszawy – z resztek kamienic, w których ktoś mieszkał, z murów kościołów, w których ktoś się modlił, ze ścian szpitali, w których ktoś umierał.
Budowa trwała jedenaście miesięcy – rekord światowy jak na obiekt tej wielkości. Setki tysięcy roboczogodzin, „czyn społeczny” (czyli przymusowa praca „wolontariacka” robotników i studentów), tempo narzucone z góry – bo Warszawa dostała prawo organizacji V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, i stadion musiał być gotowy.
22 lipca 1955 roku – w jedenastą rocznicę ogłoszenia Manifestu PKWN, najważniejsze „święto” Polski Ludowej – stadion otwarto. Huczna gala w „typowo ludowym stylu”. Mecz piłkarski Warszawa – Katowice (wówczas: Stalinogród), wynik 1:2 dla gości. Trybuny pełne – siedemdziesiąt jeden tysięcy miejsc, choć w praktyce wpuszczano znacznie więcej.
Jego pełna nazwa brzmiała: Stadion Dziesięciolecia Manifestu Lipcowego. Nazwa sama w sobie była propagandą, bo „Manifest Lipcowy” to dokument, który wyszedł spod pióra Stalina.
Akt drugi: chwała i krew (1955–1983)
Przez trzy dekady Stadion Dziesięciolecia był sercem polskiego sportu. Tu grała reprezentacja Polski – dwadzieścia pięć oficjalnych meczów (czternaście zwycięstw, sześć porażek, pięć remisów). Tu finiszował Wyścig Pokoju – najważniejszy wyścig kolarski bloku wschodniego – przy ogłuszającym dopingu stutysięcznej publiczności. Tu odbywały się memoriały Janusza Kusocińskiego, finały Pucharu Polski, Derby Warszawy.
Jak wspominał Andrzej Strejlau, legendarny trener i komentator: „zawsze był nadkomplet ludzi. Siedzieli w przejściach, gdzie normalnie nie wolno siedzieć. Ale ludzie wtedy kochali sport, bo to był inny sport niż dzisiaj”.
Stadion był też areną propagandy. Festyny „Trybuny Ludu”, dożynki, defilady, obchody rocznic – wszystko, co władza ludowa potrzebowała pokazać masom, pokazywała tutaj. W dokumentach z epoki budowy wspomina się wprost o „placu masowych zbiórek”.
„Nawet w nocy samochody z gruzem jechały w to miejsce, żeby na wytyczonym terenie pod główne trybuny rzucać gruz.”
– prof. Robert Gawkowski, historyk sportu
I tu – 8 września 1968 roku – doszło do wydarzenia, które jest jednym z najważniejszych aktów heroizmu w powojennej historii Polski. Ryszard Siwiec – pięćdziesięciodziewięcioletni księgowy z Przemyśla, były żołnierz Armii Krajowej – przyszedł na Stadion Dziesięciolecia podczas ogólnokrajowych dożynek. O godzinie 12:15 oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił. Płonąc, krzyczał: „Protestuję!” i „Niech żyje wolna Polska!” Wcześniej rzucił w tłum ulotki potępiające inwazję wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację – dokonaną dwa tygodnie wcześniej.
Był to pierwszy akt samospalenia w bloku wschodnim – przed Janem Palachem w Pradze (styczeń 1969), przed Ryszardem Siwcem nikt tego nie zrobił. Służba Bezpieczeństwa skonfiskowała materiały filmowe, oczerniła Siwca jako alkoholika i chorego psychicznie. Władze nie przerwały uroczystości. Siwiec zmarł po czterech dniach w Szpitalu Praskim. Przez dwadzieścia jeden lat nikt nie wiedział, co się naprawdę wydarzyło.Piętnaście lat później – 17 czerwca 1983 roku – na tym samym stadionie papież Jan Paweł II odprawił mszę świętą. Trwał stan wojenny. Na trybunach, płycie boiska i okolicznych błoniach zgromadziło się około półtora miliona ludzi. Profesor Robert Gawkowski wspominał: „Wokół stadionu wytworzyła się atmosfera wolności. W promieniu kilometra od murawy żaden zomowiec nie mógł interweniować”.
To była ostatnia wielka chwila Stadionu Dziesięciolecia. Ostatni mecz piłkarski rozegrano w kwietniu 1983 roku – Polska–Finlandia 1:1. Obie bramki strzelili Polacy: Włodzimierz Smolarek i samobójczą – Paweł Janas. Potem stadion zaczął umierać.
Akt trzeci: bazar (1989–2007)
W 1989 roku – roku upadku komunizmu – Warszawa wydzierżawiła podupadający stadion firmie Damis. Na koronie obiektu, na trybunach, w przejściach, na parkingach wyrósł „Jarmark Europa”. Największy bazar w Europie.
„Szybko okazało się, że jarmark stał się czymś więcej niż zwykłym bazarem” – mówiła varsavianistka Maria Paszyńska. Bo na Stadionie Dziesięciolecia można było kupić dosłownie wszystko. Ubrania z Turcji i Chin. Elektronikę z Niemiec. Pirackie kasety VHS. Podrobione perfumy. Ale też, jak mówił przewodnik Łukasz Ostoja-Kasprzycki „broń, narkotyki, dokumenty, zwierzęta”.
Jarmark Europa był mikrokosmosem polskiej transformacji – jej piękna i jej brzydoty. Był miejscem, gdzie Wietnamczycy, Ukraińcy, Rosjanie, Rumuni i Polacy handlowali obok siebie w pokoju, jakiego żadna polityka integracyjna nie potrafiła osiągnąć. I był miejscem, gdzie szara strefa kwitła jak nigdzie indziej z mafijnymi strukturami, wymuszeniami, przemytem i praniem brudnych pieniędzy.
Przez osiemnaście lat Stadion Dziesięciolecia – ten sam, który zbudowano z gruzów Warszawy, na którym Siwiec się podpalił, na którym papież odprawił mszę – był targowiskiem. Gruzy, propaganda, heroizm, wiara, handel – wszystko na tych samych siedmiometrowych wałach ziemnych.
30 września 2007 roku Jarmark Europa został zamknięty. Umowa dzierżawy wygasła. Handel przeniesiono na inne targowiska. Stadion stał pusty. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu dwóch lat.
6 września 2008 roku na stadionie – już rozkopanym, w trakcie rozbiórki – odbyła się ostatnia impreza: finał serii motocyklowej Red Bull X-Fighters. Minister sportu Mirosław Drzewiecki oficjalnie zamknął obiekt słowami: „Nadszedł czas, aby napisać nową historię stadionu”.
Akt czwarty: Narodowy (2008–dziś)
Nowa historia zaczęła się od decyzji UEFA z 18 kwietnia 2007 roku: Polska i Ukraina organizują Mistrzostwa Europy w piłce nożnej 2012. Główną areną turnieju będzie nowy stadion w Warszawie, zbudowany na miejscu Stadionu Dziesięciolecia.
Budowa trwała od 2008 do 2011 roku. Projekt – biuro architektoniczne JSK i gmp z Hamburga. Koszt: 1,97 miliarda złotych. Efekt: stadion na 58 580 miejsc, z zamykanym dachem (jedyny taki w Polsce), z nowoczesną infrastrukturą, z widokiem na Wisłę i panoramę Warszawy.
29 stycznia 2012 roku uroczyste otwarcie, koncert „Oto jestem”. Kilka miesięcy później – Euro 2012: trzy mecze grupowe (w tym Polska–Rosja 1:1, mecz, który przeszedł do historii nie tylko z powodu wyniku, ale i zamieszek kibiców) oraz półfinał (Niemcy–Włochy 1:2, jeden z najlepszych meczów turnieju).
Od 2014 roku PGE Narodowy jest tradycyjną areną finału Pucharu Polski – zawsze 2 maja, zawsze o godzinie szesnastej. Przez lata grali tu wszyscy wielcy polskiej piłki: Legia, Lech, Raków, Wisła Kraków, Pogoń. W 2023 roku Legia pokonała Raków po rzutach karnych. W 2024 – Wisła Kraków celebrowała triumf. W 2025 – Legia pokonała Pogoń Szczecin.
Stadion nosi imię Kazimierza Górskiego. Trenera, który poprowadził Polskę do trzeciego miejsca na mundialu w 1974 roku. Na elewacji biało-czerwone barwy. Na trybunach do 58 tysięcy kibiców. Pod stopami gruzy Warszawy, które wciąż tam leżą, głęboko, pod betonowymi fundamentami nowego obiektu.
2 maja 2026: Górnik–Raków
I w tę sobotę – drugiego maja, w Dzień Flagi Rzeczypospolitej – na murawę PGE Narodowego wyjdą piłkarze Górnika Zabrze i Rakowa Częstochowa.
Górnik Zabrze, klub z sześcioma Pucharami Polski w historii, ale z ostatnim w 1972 roku – wraca na wielką scenę po dwudziestu pięciu latach. Nigdy nie grał na PGE Narodowym. Dla kibiców z Zabrza – a spodziewanych jest piętnaście do dwudziestu tysięcy – to będzie dzień, na który czekali ćwierć wieku. Trener Michal Gasparik, Słowak, który wygrał trzy puchary krajowe ze Spartakiem Trnava wie, jak się gra finały.
Raków Częstochowa, klub, który w ciągu pięciu lat przeszedł z pierwszej ligi do dwukrotnego mistrzostwa Polski i dwukrotnego Pucharu. Częstochowa – miasto znane z Jasnej Góry, nie z piłki nożnej – nagle stała się potęgą polskiej Ekstraklasy. Raków zna smak finałów na Narodowym i zna smak zwycięstwa.
Stawka: trofeum, pięć milionów złotych premii i prawo gry w eliminacjach Ligi Europy 2026/2027. Ale stawka jest też symboliczna. Bo ten mecz rozgrywa się na stadionie, który stoi na gruzach. Na gruzach Warszawy, która została zniszczona, odbudowana, zdradzona przez propagandę, uświęcona przez papieża i w końcu – odrodzona.
Stadion Dziesięciolecia: zbudowany z gruzów Warszawy w 11 miesięcy (1954–1955). 71 008 miejsc. Otwarty w rocznicę Manifestu PKWN. Ryszard Siwiec – samospalenie 8 września 1968. Jan Paweł II – msza 17 czerwca 1983, 1,5 miliona wiernych. Jarmark Europa – 1989-2007, największy bazar Europy. Zamknięty 2008, rozebrany.PGE Narodowy: zbudowany 2008-2011. 58 580 miejsc. Zamykany dach. Euro 2012. Koszt: 1,97 miliarda złotych. Imię: Kazimierz Górski.2 maja 2026, godzina 16:00. Górnik Zabrze – Raków Częstochowa. Finał Pucharu Polski. Na stadionie zbudowanym na gruzach. W kraju zbudowanym na pamięci.
I gdy w sobotę o szesnastej sędzia gwizdnie, a pięćdziesiąt osiem tysięcy ludzi krzyknie – niech ktoś pomyśli przez chwilę o tym, co jest pod murawą. O gruzach kamienic, w których ktoś kiedyś mieszkał. O Ryszardzie Siwcu, który na tym miejscu płonął, krzycząc „Niech żyje wolna Polska”. O półtora miliona ludzi, którzy na tym miejscu słuchali papieża. O Wietnamczykach, którzy na tym miejscu sprzedawali podrobione dżinsy.
To jest jedno miejsce. I to jest cała Polska – w jednym miejscu.

