Polska prowincja przeszła przez ostatnie dekady niesamowitą transformację, stając się atrakcyjnym miejscem do życia, z którego coraz więcej z nas czerpie autentyczną dumę. Choć mniejsze miejscowości wciąż borykają się z wykluczeniem transportowym i potrzebują inwestycji w edukację czy odnawialne źródła energii, drzemie w nich gigantyczny kapitał społeczny. O powrocie do korzeni, nowoczesnej spółdzielczości i misji przywracania godności mieszkańcom wsi opowiada dyrektor Instytutu Witosa, Piotr Kosiak.
PROSTE ROZMOWY: Panie dyrektorze, jaka jest rola Instytutu Witosa?
Piotr Kosiak: Instytut Witosa został powołany pod koniec ubiegłego roku. Jesteśmy instytucją naukowo-badawczą, ale także kulturalną, zajmującą się kulturą pisaną przez duże „K”, jednak z perspektywy małych miejscowości. Wincenty Witos, trzykrotny premier Polski, to postać niezwykle ważna w naszych dziejach. Dzisiaj narzekamy na trudne czasy, ale okres od 1920 roku do wybuchu II wojny światowej to były lata pełne radykalnych zmian i ogromnego dynamizmu.
Witos kojarzy się Polakom dobrze. To przede wszystkim dowód na to, że można: że da się wyjść z małej miejscowości, z Wierzchosławic, i zostać premierem. I to nie po to, żeby tylko sprawować urząd, ale by stanąć na czele Polski w momencie, gdy naród miał przed sobą bardzo potężnego wroga – sowiecką Rosję. Bitwa Warszawska to zasługa generała Rozwadowskiego, ale też ogromna rola Wincentego Witosa i jego słynnej odezwy do chłopów. Chcemy wykorzystać siłę tej postaci, by przywrócić Polakom godność wynikającą z pochodzenia. Badania pokazują, że aż 90 procent z nas ma korzenie w małych miejscowościach, że płynie w nas krew chłopsko-robotnicza. Taka jest prawda o nas wszystkich.
Przez pewien czas to nasze wiejskie pochodzenie było wyśmiewane.
PK: Niestety tak, wstydziliśmy się tego. Przyjeżdżaliśmy na studia do wielkich ośrodków miejskich i maskowaliśmy fakt, że my lub nasi rodzice pochodzimy z małych miejscowości. Chcemy odczarować to pochodzenie i udowodnić, że powinniśmy być z niego dumni. Podobne przemiany zaszły już w Skandynawii czy w państwach Europy Zachodniej, gdzie takie dziedzictwo stało się wielkim atutem. Widzimy, że to zjawisko staje się ogromnym plusem także dla nas, Polaków.
Jako instytut wspieramy te inicjatywy. Obejmujemy młodzież i dzieci programami stypendialnymi, organizujemy inicjatywy kulturalne i wspieramy kobiety poprzez ch chociażby kongresy. Z perspektywy dużych miast to bywają tematy niezauważalne, ale prawda jest taka, że wszystko, co najważniejsze w naszym państwie, rodzi się na polskiej wsi.
Jacy dzisiaj są mieszkańcy mniejszych miejscowości? Czy są aktywni, chcą działać i angażować się w lokalną społeczność?
PK: Polska wieś się zmieniła i co ważne – nie jest jednorodna. Przeszła absolutną transformację przez ostatnie 30 lat wolnej Polski, po 1989 roku. Dziś nie musimy się jej wstydzić. Jest pięknie zagospodarowana architektonicznie, zmieniły się ludzkie obejścia i pozbyliśmy się kompleksów względem Europy Zachodniej. Zyskaliśmy nowoczesną infrastrukturę i wspaniałe świetlice. Najważniejszy jest jednak kapitał ludzki – mamy w Polsce mnóstwo autentycznie zaangażowanych ludzi.
Podam kilka przykładów. Możemy być niezwykle dumni z ochotniczej straży pożarnej, to projekt, który wyszedł nam chyba najlepiej w nowożytnej historii kraju. Eksperci z całej Europy przyjeżdżają podpatrywać, jak genialnie zorganizowaliśmy jednostki oparte na samopomocy, w których obywatele poświęcają swój wolny czas. O tym zresztą mówił Witos: o samorządności i współpracy.
Kolejny przykład to koła gospodyń wiejskich. Choćby tutaj, na terenie gminy Serock, działa ich kilkanaście. Są niesamowicie aktywne, zrzeszają kobiety w różnym wieku, a coraz częściej dołączają do nich także mężczyźni. Widzimy wyraźnie, że prowincja staje się potężnie aktywna.
Obserwujemy też nowy trend socjologiczny – migrację z miast na wieś.
PK: To bardzo ciekawe zjawisko. Coraz więcej ludzi szuka spokoju i wyprowadza się do małych miejscowości. Kiedyś powtarzano wyświechtane hasło, by „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”, a dzisiaj staje się to powszechną normą. Życie 20-30 kilometrów pod dużym miastem to dla wielu bardzo atrakcyjna opcja. Obserwujemy wspaniały rozwój rękodzieła i pomysłów na biznes, które zaskakują nas samych, bo wreszcie przestaliśmy się wstydzić naszych ludowych korzeni. Nagle góralska parzenica staje się elementem nowoczesnej mody prezentowanej na fashion weeku w Mediolanie. Proszę spojrzeć, jaki gigantyczny sukces odniosła muzyka folkowa – zespoły takie jak Enej, Rokiczanka czy twórczość Cleo. My, jako Instytut Witosa, chcemy wspierać tę wyrosłą na wsi siłę i dobrze ją zagospodarować.
Nawet z perspektywy mojej pracy jako wykładowca akademicki widzę, że najbardziej aktywnymi studentami często są ci wywodzący się z mniejszych ośrodków. To urodzeni społecznicy tworzący samorządy na naszych uczelniach. Ciężka praca na roli, gdzie obowiązki nie pytają o to, czy jest sobota, czy niedziela, świetnie kształtuje charakter. Tacy ludzie wyrastają później na genialnych menedżerów. Często zapominamy, że sukces miast opiera się na kapitale ludzkim zaczerpniętym ze wsi.
Istotnym elementem jest jednak kwestia edukacji. Często pojawia się argument, że poziom kształcenia w mniejszych miejscowościach bywa niższy niż w wielkich ośrodkach miejskich.
PK: Edukacja to potężne wyzwanie dla wsi i małych miasteczek. Sam Witos jest w tym temacie wspaniałym przykładem samouka – ukończył zaledwie cztery semestry zimowe, a dzisiaj niejeden profesor nie powstydziłby się jego pism. Sięgał po wspaniałą literaturę europejską, doskonale ją rozumiał i potrafił swobodnie cytować. To dowód, że kształcąc się przy lampie naftowej, można dojść do wybitnego poziomu intelektualnego bez nieustannej, instytucjonalnej edukacji.
Stworzyliśmy programy stypendialne, by wspierać młode talenty z prowincji. Podróżuję po licznych konkursach z jasnym przekazem: drodzy uczniowie, nie macie żadnych powodów do wstydu, a cały świat stoi przed wami otworem. Zachód już to rozumie – Skandynawowie czerpią ogromną dumę z faktu posiadania wiejskich domków letniskowych, podczas gdy my wciąż próbowaliśmy takie dziedzictwo ukrywać. Dzisiaj chcemy zniwelować te różnice poprzez cyfryzację i zachęcać młodzież do korzystania z kursów online i międzynarodowych programów stypendialnych. Oczywiście konieczne jest zlikwidowanie wykluczenia cyfrowego, by szybki internet światłowodowy dotarł do każdej gminy.
Jeśli jesteśmy przy wykluczeniu – gigantycznym problemem mniejszych miejscowości wciąż jest wykluczenie komunikacyjne, zarówno w dojazdach do wielkich miast, jak i w transporcie sąsiedzkim, na krótkich dystansach kilku kilometrów.
PK: To jedno z naszych największych, nierzadko pomijanych w debacie publicznej wyzwań. Spędzam rocznie około 120 dni na mazurskiej wsi i doskonale wiem, że pokonanie 20 kilometrów do miasta powiatowego to dla wielu przeszkoda nie do przejścia. Dowóz młodzieży na dodatkowy angielski czy hiszpański graniczy z cudem. Na szczęście miasta powiatowe mają dzisiaj świetną ofertę, musimy tylko zapewnić ludziom jak tam bezpiecznie dotrzeć.
Nie wolno nam też zapominać o samotnych seniorach, którzy nie mają jak dotrzeć po leki do apteki, a często brakuje im przed domem nawet bezpiecznego chodnika. Z punktu widzenia wielkich aglomeracji, wyposażonych w ośrodki zdrowia i przychodnie na każdym rogu, o takich dramatach po prostu się nie myśli. Gdyby Witos to widział, na pewno nakazałby nam wziąć się natychmiast do ciężkiej pracy. Wykluczenie transportowe wymaga pilnego współdziałania państwa, samorządów i biznesu. Cieszy powrót starych, dobrych koncepcji – chociażby tego, że zakłady pracy same organizują i opłacają linie autobusowe dla swoich pracowników czy zakładają przyzakładowe przedszkola.
Wspomniał pan o spółdzielczości. To model kluczowy także dzisiaj, w dyskusji na temat odnawialnych źródeł energii w mniejszych miejscowościach. Jak przekonać mieszkańców do biogazowni czy wiatraków, jeśli w lokalnych społecznościach wciąż pojawiają się ogromne protesty?
PK: Wincenty Witos, który przez ponad 20 lat był wójtem swojej gminy, był ogromnym orędownikiem właśnie spółdzielczości. Wprowadzał innowacje budzące ogromne opory społeczne. Przekonywał ludzi, że jeden wspólny, wydajny młyn zapewni im o wiele większe bezpieczeństwo niż kilkadziesiąt małych instalacji przydomowych. I choć miał twardych przeciwników, potrafił z nimi rozmawiać i zdobywać zaufanie, bo przemawiał prostym językiem i był „jednym z nich”.
Dzisiaj Instytut Witosa stara się kontynuować tę edukacyjną misję. Mamy niesamowity, kompletnie niewykorzystany potencjał w biogazowniach, które w Niemczech czy w Danii zaspokajają nawet połowę lokalnych potrzeb energetycznych. Zauważam jednak, że z oporem wobec OZE i spalarni można wygrać. Sprytni samorządowcy potrafią zabrać protestujących mieszkańców np. do Kopenhagi czy do Wiednia. Kiedy przeciwnicy na własne oczy zobaczą działającą w centrum europejskiej stolicy, ultranowoczesną i nieemitującą przykrych zapachów spalarnię śmieci – z kawiarniami w środku i stokiem narciarskim na dachu – błyskawicznie zmieniają zdanie.
Często jeden stary domowy kominek zatruwa środowisko silniej, niż taka wielka, w pełni filtrowana instalacja komunalna. Wszystko to opiera się jednak na konkretnych badaniach naukowych, a kluczem do powszechnej akceptacji jest, była i zawsze będzie rzetelna edukacja. Polska wieś udowadniała już swój rewolucyjny zapał chociażby niemal sto lat temu, w postaci ludowych uniwersytetów czy niezwykłych innowacji wprowadzanych przez rodzinę Ulmów. Potencjał drzemie w naszych małych ojczyznach, musimy go tylko odpowiednio pielęgnować.