Maj pachnie bzem. Na polskich wsiach – od Podlasia po Kaszuby, od Kielecczyzny po Ziemię Kaliską kobiety wychodzą wieczorem z domów, niosąc śpiewniki, stołeczki i bukiety polnych kwiatów. Idą pod kapliczkę. Śpiewają. Modlą się. I podtrzymują tradycję, która ma sto pięćdziesiąt lat, ale której korzenie sięgają średniowiecza.
Jest ciepły majowy wieczór. Słońce schodzi za linię drzew. Powietrze pachnie świeżo skoszoną trawą i bzem. Na skraju wsi – tam, gdzie droga rozwidla się w stronę sąsiedniej parafii – stoi kapliczka. Ceglana kolumna, na niej figura Matki Boskiej w błękitnym płaszczu. U stóp świeże kwiaty, znicze, bibułowe girlandy. Na tabliczce napis: „O Jezu, O Marjo, zmiłujcie się nad nami – 1937″.
Pod kapliczką zbiera się grupka ludzi. Głównie kobiety. Starsze, w chustkach, z książeczkami do nabożeństwa. Ale też młodsze, z dziećmi, ze stołeczkami, z termosem herbaty na potem. Ktoś rozkłada drewniane ławki. Ktoś zapala świece. I zaczyna się śpiew. „Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone. Chwalcie, cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki!”
To jest nabożeństwo majowe. „Majówka”, choć to słowo dziś kojarzy się z grilem i długim weekendem, na polskiej wsi od stu pięćdziesięciu lat oznacza coś zupełnie innego. Oznacza wieczorną modlitwę przy kapliczce, ku czci Maryi, w najpiękniejszym miesiącu roku. I jest jedną z najstarszych, najbardziej wzruszających i – powiedzmy to wprost – najbardziej zagrożonych polskich tradycji.
Skąd się wzięły majowe nabożeństwa
Poświęcenie maja Matce Bożej nie jest polskim “wymysłem”, ale Polacy uczynili z niego coś unikalnego.
Korzenie sięgają średniowiecza. Na Wschodzie pieśni ku czci Maryi śpiewano już w V wieku. Na Zachodzie tradycja poświęcania majowego miesiąca Bożej Rodzicielce pojawiła się na przełomie XIII i XIV wieku, za sprawą hiszpańskiego króla Alfonsa X, który zachęcał, by wieczorami gromadzić się na modlitwie przed figurami Maryi. W XVII-wiecznych Włoszech, w sanktuarium w Loreto, powstała Litania Loretańska – kilkadziesiąt krótkich wezwań do Matki Bożej, które do dziś stanowią serce nabożeństwa majowego.
W Polsce nabożeństwa majowe po raz pierwszy odprawili jezuici w Tarnopolu w 1838 roku, w czasach rozbiorów, gdy Kościół był jedną z niewielu instytucji, które łączyły podzielonych Polaków. W 1852 roku misjonarze wprowadzili je w warszawskim kościele Świętego Krzyża. W 1856 roku ojciec Golian zaczął je odprawiać w Krakowie. Ogromną rolę w rozpowszechnieniu tradycji odegrał ojciec Karol Antoniewicz, który w 1850 roku wydał zbiór siedemnastu pieśni maryjnych zatytułowany „Wianeczek majowy”. To w nim znajduje się „Chwalcie łąki umajone”, śpiewana do dziś w każdej polskiej parafii.
Ale prawdziwa rewolucja nastąpiła w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku, gdy nabożeństwa majowe wyszły z kościołów i przeniosły się pod kapliczki. Na wsiach, gdzie do kościoła bywało kilka, a nawet kilkanaście kilometrów, ludzie zaczęli spotykać się wieczorami przy najbliższej figurze Maryi. Nie czekali na księdza. Modlili się sami. Prowadzące modlitwę były najczęściej kobiety i tak jest do dziś.
To jest istota polskiej „majówki”: nabożeństwo ludowe, oddolne, spontaniczne. Nie wymaga kapłana. Nie wymaga kościoła. Wymaga tylko kapliczki, świeczki, śpiewnika i ludzi, którzy chcą się modlić razem.
Kapliczki. Dlaczego je stawiamy
Żeby zrozumieć nabożeństwa majowe, trzeba zrozumieć kapliczki, bo to one są ich sceną, ich punktem skupienia, ich sercem. Przydrożne kapliczki i krzyże to najcharakterystyczniejszy element polskiego krajobrazu wiejskiego. Są wszędzie – na rozstajach dróg, na skrajach wsi, na miedzach, przy mostach, na wzgórzach. Są drewniane, murowane, ceglane, kamienne, metalowe. Niektóre mają dwieście, trzysta lat. Inne powstały w zeszłym roku. Polska jest jednym z krajów o najgęstszej sieci kapliczek przydrożnych w Europie – obok Bawarii, Tyrolu i Bretanii.
Dlaczego je stawiamy? Powody były – i są – różne, ale wszystkie łączy jedno: potrzeba zaznaczenia obecności sacrum w krajobrazie.
Kapliczki stawiano jako wota. Podziękowanie za ocalenie z choroby, powrót z wojny, uratowanie plonów przed gradem. Gajowy pod Kaliszem postawił kapliczkę na początku XX wieku jako pokutę za grzech morderstwa – historia tragiczna, ale prawdziwa i przekazywana w rodzinach do dziś. Kapliczkę w Brzezinach ufundowała rodzina, która „nie posiadała potomstwa i chciała pozostawić po sobie ślad” – gest rozpaczy i nadziei jednocześnie.
Stawiano je na granicach wsi – jako ochronę przed „obcym, nieznanym i groźnym światem”. Etnolog Michał Świercz tłumaczy: „Jeszcze w XIX wieku mieszkańcy wsi nie znali świata poza najbliższą okolicą, więc krzyże i kapliczki na rozstajach dróg miały chronić przed tym, co poza ich światem”. To była sakralna granica – za kapliczką zaczynało się „obce”, przed nią było „nasze”.
Stawiano je przy drogach, jako orientacyjne punkty dla podróżnych. W świecie bez drogowskazów i GPS-u kapliczka na rozdrożu mówiła: „jesteś na właściwej drodze”. Albo: „tu się zatrzymaj i pomódl, zanim ruszysz dalej”.
Stawiano je dwory i pałace, jako akt wiary pana wobec poddanych, ale też jako element prestiżu. Środowiska dworskie odegrały ważną rolę w rozpowszechnianiu kapliczek i nabożeństw majowych. I stawiano je – po prostu – z wiary. Z potrzeby, by w miejscu, w którym się żyje, stał widoczny znak tego, w co się wierzy. Kapliczka na skraju pola mówi: ta ziemia jest pod opieką. Kapliczka przy domu mówi: tu mieszkają ludzie, którzy się modlą.
Jak wygląda majowe nabożeństwo
Nabożeństwo majowe przy kapliczce jest proste i w tej prostocie tkwi jego piękno. Ludzie zbierają się wieczorem – najczęściej o dziewiętnastej. Kapliczka jest wcześniej przygotowana: umyta, pomalowana (jeśli trzeba), przybrana świeżymi kwiatami – łąkowymi, ogrodowymi, a czasem bibułowymi, wykonanymi ręcznie przez kobiety. Dekoracje są w kolorach maryjnych: biały i niebieski. Gałęzie brzozy lub bzu wplatane w konstrukcję kapliczki. Świece i znicze rozstawione u stóp figury.
Modlitwę prowadzi najczęściej najstarsza kobieta we wsi – ta, która zna wszystkie pieśni na pamięć, która ma książeczkę po babce, która śpiewa najczystszym głosem. W Jałówce na Podlasiu, wsi liczącej sześćdziesiąt domów mieszkańcy zbierają się codziennie o dziewiętnastej. Rozstawiają drewniane ławki. Przychodzą z własnymi stołeczkami. Odmawiają Litanię Loretańską. Śpiewają pieśni maryjne. Siedemdziesięciopięcioletnia Stanisława Bakun mówi, że tradycję pamięta z dzieciństwa – i że jej babka pamiętała ją ze swojego.
Nabożeństwa majowe przy kapliczkach odprawiane są w Polsce od lat sześćdziesiątych XIX wieku. Pierwszą „majówkę” na ziemiach polskich zorganizowali jezuici w Tarnopolu w 1838 roku. Litania Loretańska – serce nabożeństwa – pochodzi z XII-wiecznej Francji. „Chwalcie łąki umajone” – napisał ojciec Antoniewicz w 1850 roku. Na Podlasiu, Kielecczyźnie i Kaszubach tradycja żyje do dziś – codziennie o dziewiętnastej, przy kapliczkach przyozdobionych kwiatami i bibułowymi wstążkami, kobiety śpiewają pieśni, które śpiewały ich babki. I babki ich babek.
Centralną częścią nabożeństwa jest Litania Loretańska. Kilkadziesiąt wezwań do Maryi, z odpowiedzią „módl się za nami”. Po niej antyfona „Pod Twoją obronę”, najstarsza modlitwa maryjna w chrześcijaństwie (datowana na III wiek). Potem pieśni: „Chwalcie łąki umajone”, „Wszystkie nasze dzienne sprawy” (Franciszek Karpiński, XVIII wiek) i inne, zależne od regionu.
Na Kaszubach śpiewa się po kaszubsku. Na Grodzieńszczyźnie – wielogłosowo, z harmonią charakterystyczną dla Białorusi. W Łódzkiem – z akcentem, który etnolodzy rozpoznają natychmiast. Każdy region ma swoje warianty, swoje melodie, swoje tradycje i to jest bogactwo, którego żadna centralizacja nie jest w stanie zastąpić.
Nabożeństwo trwa dwadzieścia, trzydzieści minut. Potem rozmowy. Pani Rozalia ze Złotej Pod Borem pamięta, że „po majowym” kobiety stały jeszcze długo, gadając o dzieciach, o pogodzie, o sąsiadach. Dawniej, jak podkreślają etnolodzy majowe nabożeństwa pełniły też funkcję matrymonialną: młodzi ludzie przychodzili nie tylko po modlitwę, lecz także po spojrzenia. Ciepły wieczór, śpiew, świece, zapach bzu – lepszej scenerii do zalotów trudno sobie wyobrazić.
Kapliczka pod okupacją
Jest w historii polskich kapliczek wątek, który mówi więcej o ich znaczeniu niż jakikolwiek etnograficzny opis.W Brzezinach pod Kaliszem kapliczkę z figurą Maryi opiekował się przed wojną Ernest Schloesser. Niemiec, ewangelik. W wierze ewangelicko-augsburskiej nie czci się Matki Bożej, ale Schloesser traktował kapliczkę jako część krajobrazu, który kochał. Jego oddanie zjednało mu przychylność polskich sąsiadów.
Gdy przyszła wojna i gdy niemiecki okupant wydał rozkaz zniszczenia wszystkich przydrożnych znaków wiary Schloesser odmówił. Sprzeciwił się własnym rodakom. Ustąpił dopiero, gdy stawką stało się jego życie. W 1945 roku, przy odwrocie spod Moskwy. Niemcy rozbili kapliczkę. Ale figurkę wcześniej ściągnęli polscy mieszkańcy i ukryli do końca wojny.
Przetrwała. Stoi do dziś. W nowej kapliczce, na tym samym miejscu. A historia ewangelika, który bronił katolickiej figury przed własnym narodem, przekazywana jest z pokolenia na pokolenie.
To nie jest wyjątek. W całej Polsce, pod wszystkimi trzema zaborami, pod obiema okupacjami kapliczki niszczono i odbudowywano, burzono i stawiano na nowo. Każde kolejne zniszczenie wzmacniało przywiązanie. Kapliczka, która przetrwała wojnę, stawała się nie tylko znakiem wiary. Stawała się pomnikiem oporu.
Kapliczki pod PRL-em
Komuniści nie burzyli kapliczek, przynajmniej nie masowo. Ale robili coś innego: ignorowali je. W polityce planowania przestrzennego kapliczki nie istniały. Przy budowie dróg przesuwano je lub niszczono bez sentymentów. W oficjalnej kulturze były reliktem „zacofania”.
A mimo to trwały. I nabożeństwa majowe przy nich trwały. Nawet w czasach, gdy Kościół był szykanowany, gdy księży inwigilowano, gdy uczestnictwo w praktykach religijnych mogło kosztować awans w pracy. Na wsi, gdzie kontrola partii była słabsza niż w mieście majowe nabożeństwa przy kapliczkach były aktem wolności. Nie demonstracyjnym, nie politycznym ale realnym. Ludzie modlili się, bo chcieli. I nikt im tego nie mógł zabronić, bo kapliczka stoi na polu, nie w kościele, i żaden funkcjonariusz nie będzie stał w żyle przy figurze Maryi o dziewiętnastej wieczorem.
Czy tradycja przetrwa?
To jest pytanie, które zadają etnolodzy i które powinni zadawać konserwatyści. Odpowiedź jest złożona. Z jednej strony tradycja żyje. Na Podlasiu, na Kielecczyźnie, na Kaszubach, w Centralnej Polsce wciąż można spotkać wieczorami grupy ludzi śpiewających przy kapliczkach. Proboszcz w Majewie na Podlasiu mówi, że w jego parafii, obejmującej dziewięć wsi oddalonych o kilka do kilkunastu kilometrów od kościoła nabożeństwa majowe przy kapliczkach są codziennością. Uczestniczą w nich całe rodziny, w tym młodzi ludzie. Maria Jacewicz z Trzcinki mówi: „To nie jest jakaś umowa, że modlimy się, dlatego, że coś otrzymamy. Po prostu tak trzeba. Taka jest nasza tradycja”.
„Świeczkę świeciliśmy i śpiewało się, a ludzi było dookoła masa. I to nie w ławkach, ale na trawie się siadało. Dokoła kapliczki i jeszcze na rowie przy szosie.”
– pani Rozalia ze Złotej Pod Borem, wspomnienie z dzieciństwa
Z drugiej strony tradycja się kurczy. Wieś się wyludnia (pisaliśmy o tym wielokrotnie). Młodzi wyjeżdżają do miast. Starsze kobiety – te, które prowadzą nabożeństwa, które znają pieśni na pamięć, które pamiętają babki i ich śpiewniki – odchodzą. Kapliczki stoją, ale ludzi pod nimi ubywa.
Arcybiskup Tadeusz Wojda – metropolita białostocki, pochodzący z Kowali na Kielecczyźnie – przyznał, że sam w dzieciństwie uczestniczył w „majówkach” przy przydrożnym krzyżu, bo kościół był oddalony o trzy kilometry. Dziś „tradycja jest szczególnie silnie zakorzeniona w Polsce” i „chyba nie ma kraju, gdzie są chrześcijanie, a gdzie by nie było sanktuarium maryjnego”. Ale dodaje kontekst, który jest ważny: tradycja żyje tam, gdzie żyją ludzie, którzy ją podtrzymują.
Cieszy jedno: podczas pandemii COVID-19, gdy kościoły były zamknięte nabożeństwa majowe przy kapliczkach przeżyły renesans. Ludzie wyszli z domów i zaczęli modlić się tam, gdzie ich przodkowie modlili się od pokoleń: na powietrzu, przy figurze, w kręgu sąsiadów. Młodsi dołączali, czasem z gitarą zamiast organów. Sens i cel pozostał ten sam: „chwalić Maryję, dzięki której na świat przyszedł Zbawiciel”.
Dlaczego to jest ważne
Można powiedzieć: to jest artykuł o religii, a religia to sprawa prywatna. Ale kapliczki i nabożeństwa majowe to nie jest tylko religia. To jest kultura. To jest tożsamość. To jest spoiwo, które przez półtora wieku łączyło polską wieś. Ponad podziałami, ponad polityką, ponad biedą i bogactwem.
Kapliczka na rozstaju dróg to nie jest „element krajobrazu”. To jest świadectwo tego, że ktoś tutaj żył, wierzył, kochał, bał się i miał nadzieję. Że ktoś postawił kamienny słup z figurą, bo chciał powiedzieć: „to jest moje miejsce i jest pod opieką”. Że ktoś przystroił tę figurę w kwiaty i bibułowe wstążki, bo chciał powiedzieć: „pamiętam”.
A nabożeństwo majowe – ten ciepły wieczór, ten śpiew, te kobiety ze stołeczkami i śpiewnikami – to jest coś, czego żadna aplikacja, żadne media społecznościowe, żaden algorytm nie jest w stanie zastąpić: spotkanie. Prawdziwe, fizyczne, w jednym miejscu, w jednym czasie, w jednym celu. Ludzie stojący obok siebie i śpiewający razem nie dla widowni, nie dla lajków, nie dla nikogo oprócz Tej, do której śpiewają.
W maju idźcie pod kapliczkę. Nawet jeśli nie jesteście wierzący. Nawet jeśli nie znacie słów litanii. Stańcie, posłuchajcie, popatrzcie. Na kobiety, które śpiewają. Na świece, które się palą. Na figurę, która stoi tu od pokoleń i będzie stała, gdy nas już nie będzie.
Bo to jest Polska. Nie ta z parlamentu, nie ta z telewizji, nie ta z X. Ta prawdziwa. Ta, która stoi na rozstaju dróg, przystrojona kwiatami, oświetlona świecami i śpiewa.

