Polacy i języki. Powyżej średniej europejskiej, rewolucja pokoleniowa

67 procent Polaków deklaruje znajomość przynajmniej jednego języka obcego – powyżej średniej UE. Polscy uczniowie uczą się 1,7 języka – ósmy wynik w Unii. W rankingu znajomości angielskiego jesteśmy na trzynastym miejscu w Europie i na piętnastym na świecie. A mimo to powtarzamy, że „Polacy nie znają języków”. Skąd ten kompleks — i czy jest uzasadniony?

Jest w polskiej świadomości przekonanie, które powtarzamy jak mantrę: „Polacy nie znają języków obcych”. Powtarzamy je na spotkaniach rodzinnych, w mediach, w komentarzach pod artykułami o emigracji. Powtarzamy z mieszaniną wstydu i rezygnacji, jakby nieznajomość angielskiego była częścią narodowego DNA, tuż obok narzekania na pogodę i stania w kolejkach. Tymczasem dane mówią coś zupełnie innego. Nie mówią, że jesteśmy mistrzami lingwistyki – nie jesteśmy. Ale mówią, że jesteśmy powyżej europejskiej średniej, że nasze szkoły uczą więcej języków niż szkoły w większości krajów UE i że dokonaliśmy rewolucji pokoleniowej, jakiej nie zna żaden inny kraj postkomunistyczny.

Według danych Eurostatu 67 procent Polaków deklaruje, że mówi biegle w przynajmniej jednym języku innym niż polski. Średnia unijna to 64,6 procent. Jesteśmy powyżej. Nieznacznie, ale powyżej. To jest fakt, który zaskakuje większość Polaków, bo nie pasuje do narracji o „językowej zapaści”. Ale zanim otworzymy szampana, spójrzmy na szczegóły.

67 procent Polaków zna przynajmniej jeden język obcy – powyżej średniej UE (64,6 procent). Polscy uczniowie uczą się 1,7 języka – ósmy wynik w Unii. W rankingu EF English Proficiency Index Polska zajmuje 15. miejsce na świecie. 75 procent Polaków deklaruje znajomość angielskiego. Wśród studentów – 69 procent zna dwa lub więcej języków. Rosyjski spada (geopolityka). Koreański rośnie (k-pop). Węgierski jest najdroższy do nauki (120 zł/godz.). A kompleks językowy? Był uzasadniony trzydzieści lat temu. Dziś – coraz mniej.

Znajomość jednego języka obcego deklaruje nieco ponad połowa dorosłych Polaków. Dwóch języków – 19 procent. Trzech – niecałe 3 procent. I tu zaczyna się dystans do europejskich liderów. W Luksemburgu trzy języki obce zna ponad połowa populacji. W Holandii, Danii, Szwecji, Finlandii – ponad 70 procent ludzi mówi w co najmniej dwóch językach. W tych krajach jednym językiem nikogo nie zadziwisz, to jest minimum.

Polska jest więc w środku europejskiej stawki: lepiej niż Francja (gdzie paradoksalnie jednego z „wielkich” języków świata ludzie nie widzą potrzeby uzupełniać innymi), lepiej niż Hiszpania, Włochy, Węgry czy Rumunia. Gorzej niż Skandynawia, kraje Beneluksu i kraje bałtyckie.  Ale – i to jest kluczowe – ta średnia kryje w sobie przepaść pokoleniową.

Przepaść pokoleniowa, dwa narody w jednym kraju

Tu dochodzimy do najciekawszej części polskiej historii językowej. Polska lat dziewięćdziesiątych była krajem, w którym jedynym powszechnie nauczanym językiem obcym był rosyjski. Pokolenie dzisiejszych pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatków uczyło się go przez osiem, dziesięć lat, często niechętnie, bo kojarzył się z narzuconą ideologią. Efekt był taki, że wielu Polaków „umiało po rosyjsku” ale nie chciało tym językiem mówić. A angielskiego, niemieckiego czy francuskiego nie znało wcale.

Transformacja 1989 roku zmieniła wszystko. W ciągu jednej dekady angielski zastąpił rosyjski jako dominujący język obcy w szkołach. Pokolenie urodzone po 1985 roku – dzisiejsi trzydziesto- i czterdziestolatkowie – jest pierwszym w historii Polski, które uczyło się angielskiego od podstawówki. I efekty są spektakularne.

Według raportu EF English Proficiency Index Polska zajmuje piętnaste miejsce na świecie i trzynaste w Europie pod względem znajomości angielskiego z oceną „high proficiency” (wysoka biegłość). Wyprzedzamy Francję, Hiszpanię, Włochy, Japonię i Koreę Południową. Przegrywamy ze Skandynawią, Holandią, Singapurem – krajami, w których angielski jest de facto drugim językiem.

Ale to jest średnia, a średnia maskuje pokoleniową przepaść. Wśród dwudziestolatków znajomość angielskiego jest niemal powszechna – ponad 90 procent uczy się go w szkole, większość ogląda filmy i seriale po angielsku, gra w gry, czyta internet. Wśród sześćdziesięciolatków angielski zna może co dziesiąty.

To oznacza, że za dziesięć, piętnaście lat – gdy pokolenie PRL-u odejdzie z rynku pracy – Polska będzie jednym z najlepiej anglojęzycznych krajów w Europie kontynentalnej. Rewolucja już się dokonała. Jeszcze nie widać jej w statystykach, bo statystyki uśredniają babcię, która zna rosyjski, z wnuczką, która ogląda TikToka po angielsku.Ranking najpopularniejszych języków obcych w Polsce zaskakuje.Angielski, bezapelacyjny lider. 57 procent wszystkich uczących się języków obcych. 75 procent Polaków deklaruje znajomość na poziomie komunikatywnym. W szkołach – 94 procent uczniów uczy się angielskiego. To już nie jest „język obcy”, to jest narzędzie pracy, komunikacji i rozrywki.Niemiecki, druga pozycja, ale z wyraźnym trendem spadkowym w szkołach (choć rośnie na kursach prywatnych). 17 procent Polaków deklaruje znajomość. Popularny w zachodnich województwach – bliskość granicy, rynek pracy, tradycje. Kurs prywatny: średnio 80-90 złotych za godzinę.

„Znać inny język to jak posiadać drugą duszę.” 

– Karol Wielki

Rosyjski, 24 procent Polaków deklaruje znajomość, ale to głównie pokolenie 45+, które uczyło się go w PRL-u. Wśród młodych zainteresowanie bliskie zeru. Od inwazji na Ukrainę rosyjski wypadł z pierwszej dziesiątki najpopularniejszych języków do nauki na platformach korepetytorskich. Geopolityka zabiła językowy popyt.

Język hiszpański, to rosnąca gwiazda. Trzeci lub czwarty najchętniej wybierany język do nauki prywatnej. Popularność napędzana turystyką (Hiszpania to jeden z ulubionych kierunków wakacyjnych Polaków), kulturą latynoską (seriale, muzyka) i perspektywami zawodowymi (450 milionów native speakerów na świecie).Francuski i włoski. Stabilne zainteresowanie, choć niszowe. Francuski trzyma się dzięki tradycji i rynkowi pracy (Belgia, Luksemburg, Szwajcaria). Włoski – dzięki kulturze, kuchni i turystyce.I tu pojawia się niespodzianka: języki dalekowschodnie. Koreański, japoński, chiński – łącznie 2,63 procent uczących się na platformach korepetytorskich. Niewiele w liczbach bezwzględnych ale trendzik zauważalny i napędzany popkulturą. K-pop, anime, dramy koreańskie. To są motory, które ciągną młodych Polaków do nauki języków, o których ich rodzice nie słyszeli.

Zaskakująca nieobecność – ukraiński. Mimo miliona Ukraińców w Polsce Polacy nie uczą się ukraińskiego. Prawdopodobnie dlatego, że do codziennej komunikacji wystarczy „dobra wola i wymowne gesty” – jak pisze jeden z komentatorów – a wielu Ukraińców mówi po polsku lepiej niż Polacy po ukraińsku.

Szkoła: dobrze na papierze, gorzej w praktyce

Polskie szkoły uczą języków obcych intensywnie, przynajmniej w porównaniu z resztą Europy. Statystyczny polski uczeń uczy się 1,7 języka obcego w szkole. To ósmy wynik w UE. 94 procent uczniów uczy się co najmniej dwóch języków (angielski plus niemiecki, rosyjski, francuski lub hiszpański). Na papierze – rewelacja. W praktyce – gorzej.

Problem numer jeden: jakość nauczania. Można uczyć się języka przez dwanaście lat (sześć lat podstawówki plus cztery lata liceum plus dwa lata na studiach) i wyjść ze szkoły z bierną znajomością na poziomie A2. Bo lekcje języka w polskiej szkole to często czytanie dialogów z podręcznika, wypełnianie luk w zdaniach i przygotowywanie się do testu. Nie rozmowa, nie słuchanie, nie żywe użycie języka.

Drugi język obcy jest traktowany po macoszemu. Angielski – trzy, cztery godziny tygodniowo. Niemiecki lub rosyjski – dwie. Przy dwóch godzinach tygodniowo przez sześć lat uczeń ma łącznie około 500 godzin kontaktu z językiem. To zbyt mało, by osiągnąć płynność. Efekt: „uczyłem się niemieckiego sześć lat i nie potrafię zamówić kawy w Berlinie”.

Kolejny problem, to brak immersji. W Skandynawii dzieci od małego oglądają anglojęzyczne filmy bez dubbingu (z napisami). W Polsce dubbinguje się wszystko. Dziecko szwedzkie słyszy angielski w telewizji codziennie. Dziecko polskie słyszy polski głos lektora. Ta różnica – pozornie banalna – przekłada się na tysiące godzin biernej ekspozycji na język, których polskie dzieci nie mają.

Ale – i tu jest dobra wiadomość – internet zmienia tę sytuację radykalnie. Młodzi Polacy nie uczą się angielskiego z podręcznika. Uczą się z YouTube’a, z Netflixa, z gier, z TikToka, z Discorda. „Immersja cyfrowa” zastępuje brak immersji szkolnej. I efekty widać: pokolenie Z mówi po angielsku lepiej niż jakiekolwiek wcześniejsze pokolenie Polaków. Mimo że szkoła niewiele się zmieniła.

Ile to kosztuje i kto może sobie pozwolić

Nauka języka obcego w Polsce to też kwestia pieniędzy. I tu pojawia się nierówność, o której warto mówić. Godzina korepetycji z angielskiego kosztuje średnio 70-90 złotych. Z niemieckiego 80-90. Z francuskiego 90-00. Z japońskiego 100-110. Z węgierskiego (najdroższy język w Polsce!) – 120 złotych za godzinę.

Przy dwóch lekcjach tygodniowo to 600-800 złotych miesięcznie. Dla rodziny z dochodem 10 000 złotych netto do udźwignięcia. Dla rodziny z dochodem 4 000 – nierealne. A to jest właśnie ta rodzina, której dziecko najbardziej potrzebowałoby korepetycji, bo szkoła uczy za mało, a internetu po angielsku w domu nikt nie ogląda.

Nierówność językowa jest częścią nierówności społecznej. Dziecko z dużego miasta, z wykształconej rodziny, z dostępem do Netflixa i korepetycji mówi po angielsku płynnie w wieku piętnastu lat. Dziecko z małej wsi, z rodziny o niskich dochodach, bez korepetycji kończy szkołę z biernością na poziomie A2 i kompleksem, że „nie umie w języki”. To nie jest wina dziecka. To jest wina systemu, który uzależnia kompetencje językowe od portfela rodziców.

Polacy a języki: kompleks czy realizm?

Wróćmy do pytania z początku: czy polski kompleks językowy jest uzasadniony? Odpowiedź: był – trzydzieści lat temu. Dziś – coraz mniej.

Polska lat dziewięćdziesiątych była krajem, w którym dorosły człowiek na ulicy nie potrafił powiedzieć „excuse me” do obcokrajowca. To był realny problem i budził uzasadniony wstyd. Ale Polska 2026 roku to zupełnie inny kraj. Młodzi Polacy mówią po angielsku na poziomie porównywalnym z rówieśnikami z Niemiec, Francji czy Włoch a często lepiej. Starsi nadrabiają, choć wolniej.

Kompleks trwa, bo pamięć jest dłuższa niż rzeczywistość. Polacy pamiętają czasy, gdy „nie umieli w języki” i projektują tę pamięć na teraźniejszość, która wygląda inaczej. 

Jednocześnie nie ma powodu do samozachwytu. Skandynawia, Holandia, kraje bałtyckie są daleko przed nami. Dwujęzyczność (nie mówiąc o trójjęzyczności) jest w Polsce wciąż rzadkością. Drugi język obcy po angielskim kuleje. I utrzymuje się nierówność: Polska wielkomiejska mówi po angielsku, Polska prowincjonalna znacznie mniej.Ale kierunek jest dobry. I tempo imponujące. W ciągu jednego pokolenia Polska przeszła z „kraju, który zna rosyjski, bo musiał” do „kraju, który zna angielski, bo chce”. To jest rewolucja – cicha, organiczna, oddolna. I warto ją docenić.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: