Stefan Żeromski stworzył jedną z najważniejszych postaci polskiej literatury – lekarza, który wyrzekł się kariery i szczęścia, by leczyć najuboższych. Ale Tomasz Judym nie był wymysłem. Miał pierwowzór z krwi i kości. Nazywał się Aleksander Widera, pracował w fabrykach Zagłębia Dąbrowskiego i zmarł w 1901 roku, mając trzydzieści pięć lat. Jego grób na cmentarzu w Sosnowcu-Zagórzu przez dekady popadał w zapomnienie. A historia, którą opowiada, jest ważniejsza niż jakakolwiek lektura szkolna
Na cmentarzu parafialnym przy kościele świętego Joachima w Sosnowcu-Zagórzu, wśród starych nagrobków, krzyży i zarośniętych ścieżek, stoi grobowiec z piaskowca. Wysoki granitowy prostopadłościan, zwieńczony krzyżem – przez lata zrzuconym przez wandali, potem odrestaurowanym dzięki sosnowieckiemu kołu Polskiego Towarzystwa Lekarskiego.
Na granicie napis: „Aleksander Widera, lekarz Zakładu Towarzystwa Sosnowickiego, zmarł 29 maja 1901, lat 35″. Poniżej, mniejszymi literami: „Janina Widera, zmarła 1897, lat 19″.Brat i siostra. On – lekarz, który leczył robotników fabryk Zagłębia za grosze. Ona – dziewczyna utalentowana muzycznie, która nie dożyła dwudziestych urodzin. Oboje pochowani w jednym grobowcu, na cmentarzu, o którym większość mieszkańców Sosnowca nie wie.
A na tablicy, dodanej w 1997 roku – dziewięćdziesiąt sześć lat po śmierci Widery – słowa, które są jednocześnie epitafium i wyznaniem wiary: „Dobro człowieka najwyższym dobrem. Doktorowi Judymowi – ku pamięci potomnych.”
Doktorowi Judymowi. Nie Widerze – Judymowi. Bo to Judym – literacka postać stworzona przez Stefana Żeromskiego – uczynił Widerę nieśmiertelnym. Bez powieści „Ludzie bezdomni” nikt by o nim nie pamiętał. Bez Widery powieść nie miałaby duszy.
>> PRZECZYTAJ TAKŻE <<
Spotkanie. 1897
Stefan Żeromski, wówczas trzydziestosiedmioletni pisarz, autor „Syzyfowych prac”, znany w kręgach literackich, ale jeszcze nie sławny przyjechał do Zagłębia Dąbrowskiego w 1897 roku. Przyjechał nie jako turysta. Przyjechał zobaczyć, jak żyją robotnicy w jednym z najbardziej uprzemysłowionych regionów Imperium Rosyjskiego (bo Zagłębie było wtedy częścią zaboru rosyjskiego).
Przewodnikiem Żeromskiego po fabrykach, hutach, kopalniach i robotniczych osiedlach został młody lekarz – doktor Aleksander Widera, lekarz zakładowy Towarzystwa Kopalń i Zakładów Hutniczych Sosnowieckich. Widera – dwojga imion Seweryn Aleksander – miał wówczas trzydzieści jeden lat. Pracował na stanowisku, które brzmiało dostojnie, a wyglądało koszmarnie: jeden lekarz na osiem fabryk. Jeden na tysiące robotników.
Widera oprowadzał Żeromskiego po ambulatorium na Niwce. Przychodni, w której przyjmował pacjentów. Zabierał go do nędznych mieszkań robotniczych – izb, w których w jednym pomieszczeniu spało po kilkanaście osób. Pokazywał mu ludzi chorych na gruźlicę, krzywicę, zatrucia ołowiem, poparzenia kwasami. Ludzi, których fabryki zużywały jak węgiel i wyrzucały, gdy się spalili.
Żeromski patrzył. I zapamiętał.
„Ludzie bezdomni”. Powieść z krwiPowieść „Ludzie bezdomni” ukazała się w 1899 roku, dwa lata po wizycie w Zagłębiu. Bohaterem jest doktor Tomasz Judym. Młody lekarz z ubogiej rodziny (syn szewca-alkoholika), który dzięki uporowi zdobył wykształcenie w Paryżu i wrócił do Polski z jednym pragnieniem: leczyć najuboższych i walczyć z przyczynami ich chorób – nędzą, brudem, wyzyskiem.
Judym odrzuca karierę w Warszawie (bo nie chce leczyć bogatych hipochondryków). Odrzuca wygodne życie w uzdrowisku Cisy – literackim odpowiedniku Nałęczowa. Odrzuca wreszcie miłość – Joannę Podborską, kobietę, którą kocha – bo uznaje, że nie ma prawa do osobistego szczęścia, dopóki „motłoch, ostatnia hołota” cierpi.
„Wynaturzone okazy gatunku ludzkiego, przedwcześni starcy z obliczami trupów i wzrokiem, który woła o pomstę do nieba.”
– Stefan Żeromski, „Ludzie bezdomni”, 1899 – opis robotników, których Żeromski zobaczył oczami doktora Widery
Finał powieści jest jednym z najsłynniejszych w polskiej literaturze: Judym zostaje sam, na Śląsku, wśród robotników. Joanna odchodzi. Judym patrzy na „rozdartą sosnę” i nie wie, kto płacze: czy on, czy ona, czy „grobowe lochy kopalni”.
Ta historia, choć przetworzona literacko, choć wzbogacona o wątki z innych źródeł (Żeromski czerpał też z biografii swojego szwagra, doktora Rafała Radziwiłłowicza, i z doktora Wiktora Janiszewskiego z Zakopanego) w swoim rdzeniu jest historią Aleksandra Widery. Lekarza, który mógł pracować w wygodnym gabinecie a wybrał ambulatorium na Niwce. Który mógł leczyć bogatych a leczył biednych. Który mógł żyć długo a umarł w wieku trzystu pięciu lat.
Widera. Co o nim wiemy
O Aleksandrze Widerze wiemy niewiele i to jest część tragedii. Nie zostawił pamiętników. Nie miał rodziny (nie ożenił się, nie miał dzieci). Nie zachowały się jego listy. Wszystko, co o nim wiemy, pochodzi ze źródeł pośrednich: z powieści Żeromskiego, ze wspomnień współczesnych lekarzy (głównie doktora Neufelda z Sosnowca) i z dokumentów archiwalnych – aktów metrykalnych, które odkryto dopiero w XXI wieku.
Wiemy, że nosił imiona Seweryn Aleksander, i że w Zagłębiu znany był pod imieniem Seweryn. Wiemy, że był lekarzem zakładowym Towarzystwa Kopalń i Zakładów Hutniczych Sosnowieckich – jednej z największych firm przemysłowych w regionie. Wiemy, że leczył nie tylko pracowników fabryk, ale także ich rodziny i biednych, którzy nie mieli żadnego ubezpieczenia. Wiemy, że w opinii współczesnych był „lekarzem z powołania” – człowiekiem, który traktował medycynę nie jako zawód, lecz jako misję.
Doktor Aleksander Widera (1866–1901), lekarz zakładowy Towarzystwa Kopalń i Zakładów Hutniczych Sosnowieckich. Pierwowzór doktora Tomasza Judyma z „Ludzi bezdomnych” Stefana Żeromskiego. W 1897 roku oprowadzał Żeromskiego po fabrykach i nędznych osiedlach Zagłębia Dąbrowskiego. Leczył robotników, ich rodziny i biednych – jako jedyny lekarz na osiem fabryk. Zmarł 29 maja 1901 roku, w wieku trzydziestu pięciu lat. Nie miał rodziny. Akt zgonu spisano cztery lata po śmierci. Grób na cmentarzu w Sosnowcu-Zagórzu przez dekady popadał w zapomnienie. Na odnowionym grobowcu napis: „Dobro człowieka najwyższym dobrem.”
Wiemy, że zmarł 29 maja 1901 roku. Miał trzydzieści pięć lat. Przyczyna śmierci nie jest jednoznacznie udokumentowana, ale w warunkach, w jakich pracował (kontakt z chorymi na gruźlicę, przemęczenie, brak higieny w fabrykach), śmierć w tak młodym wieku nie była niczym wyjątkowym. Lekarze fabryczni umierali młodo, bo żyli wśród chorób, których nie mogli wyleczyć, i wśród warunków, których nie mogli zmienić.
Wiemy wreszcie, że pochowano go pośpiesznie, „bez wystawiania aktu zgonu”, jak odnotowali badacze. Akt zgonu spisano dopiero w 1905 roku – cztery lata po śmierci. To jest fakt, który mówi wiele o statusie lekarza fabrycznego na przełomie wieków: człowiek, który leczył tysiące, sam został pochowany tak, jakby nikt nie zauważył jego odejścia.
Obok niego, w tym samym grobowcu, spoczywa jego młodsza siostra Janina – „dziewczyna bardzo utalentowana muzycznie” – zmarła w 1897 roku, w wieku dziewiętnastu lat. Dwa młode życia. Jeden grobowiec. I cisza na prawie sto lat.
Grób, który popadł w zapomnienie
Gdyby nie powieść Żeromskiego grób Aleksandra Widery zniknąłby na dobre. Cmentarz w Zagórzu. Grobowce z przełomu wieków – te, które przetrwały dwie wojny, PRL i postsocjalistyczny brak pieniędzy na konserwację – stoją pochylone, popękane, z nieczytelnym napisem.
Grobowiec Widery stał przez dekady zaniedbany. Wandale zrzucili ciężki kamienny krzyż – pękła okazała płyta piaskowca. Cztery kolumny w narożnikach – zniszczone. Nikt nie przychodził. Nikt nie zapalał znicza.
Dopiero w latach dziewięćdziesiątych, dzięki proboszczowi zagórskiej parafii, księdzu kanonikowi Stanisławowi Kocotowi, i inżynierowi Jerzemu Bielskiemu, oraz zabiegom Sosnowieckiego Koła Polskiego Towarzystwa Lekarskiego dokonano renowacji grobowca. W 1997 roku, w dziewięćdziesięciolecie Towarzystwa Lekarskiego Zagłębia Dąbrowskiego umieszczono na nim nową tablicę z napisem: „Dobro człowieka najwyższym dobrem. Doktorowi Judymowi – ku pamięci potomnych.”
To jest gest piękny i jednocześnie smutny. Bo nawet na grobie prawdziwego człowieka – Aleksandra Widery – napisano imię fikcyjnej postaci – Judyma. Jakby prawdziwy lekarz nie zasługiwał na pamięć pod własnym nazwiskiem. Jakby literatura była ważniejsza od życia.
A może tak właśnie jest. Może Żeromski, pisząc „Ludzi bezdomnych”, dał Widerze to, czego życie mu odmówiło: nieśmiertelność. Aleksander Widera umarł w wieku trzydziestu pięciu lat, bez żony, bez dzieci, bez aktu zgonu. Tomasz Judym żyje od stu dwudziestu sześciu lat i będzie żył, dopóki ludzie czytają.
Dlaczego to jest wciąż ważne
Można zapytać: po co pisać o lekarzu, który umarł w 1901 roku? Co ma wspólnego z Polską roku 2026? Więcej, niż się wydaje.
Pisaliśmy o brakujących onkologach — 39 chętnych na 200 miejsc rezydenckich. O geriatrii – 578 geriatrów na 10 milionów seniorów. O systemie, który nie docenia lekarzy, niedopłaca im i wypala ich do cna. O ludziach, którzy wybierają medycynę z powołania i którzy za to powołanie płacą zdrowiem, życiem osobistym, a czasem życiem.
Aleksander Widera był pierwszym z nich. Lekarze „z powołania”. Ci, którzy idą tam, gdzie nikt nie chce iść, i leczą tych, których nikt nie chce leczyć. Istnieją w każdym pokoleniu. I w każdym pokoleniu system traktuje ich tak samo: wykorzystuje ich idealnie, nie dopłaca im i zapomina o nich, gdy umrą.
Judym jest archetypem. Nie dlatego, że jest fikcyjny, lecz dlatego, że jest prawdziwy. Prawdziwy w każdym lekarzu, który dyżuruje trzydzieści sześć godzin z rzędu na SOR-ze za grosze. W każdej pielęgniarce, która wstaje w nocy do pacjenta, bo nikt inny nie wstanie. W każdym ratowniku medycznym, który jedzie na wezwanie, wiedząc, że następne wezwanie przyjdzie za piętnaście minut.
Ci ludzie nie mają grobowców z piaskowca. Nie mają tablic „ku pamięci potomnych”. Nie mają powieści, które uczynią ich nieśmiertelnymi. Mają 215 złotych zasiłku pielęgnacyjnego, 578 kolegów geriatrów na cały kraj i system, który karze za leczenie starszych.
Aleksander Widera umarł w 1901 roku, bo system go zużył. Sto dwadzieścia pięć lat później system wciąż zużywa takich jak on.Jeśli kiedyś będziecie w Sosnowcu, na cmentarzu w Zagórzu poszukajcie grobowca z piaskowca. Jest stary, popękany, ale stoi. Na granicie przeczytacie: „Aleksander Widera, lekarz Zakładu Towarzystwa Sosnowickiego, zmarł 29 maja 1901, lat 35″.Trzydzieści pięć lat. Tyle żył człowiek, który dał Żeromskiemu Judyma. Tyle żył lekarz, który leczył „motłoch, ostatnią hołotę”, bo ktoś musiał. Tyle żył brat dziewiętnastoletniej Janiny, która leży obok niego i która nigdy nie zagrała tego, co mogła zagrać.Zapalcie mu znicz. Nie Judymowi – Widerze. Bo Judym jest nieśmiertelny. Widera nie. Widera był człowiekiem. I zasługuje na to, by ktoś o nim pamiętał pod jego własnym imieniem.

