Od lumpeksu do Vinteda. Polacy pokochali kupowanie z drugiej ręki

82 procent Polaków kupuje lub sprzedaje używane rzeczy online. Co trzeci element garderoby kupiony w Polsce będzie wkrótce z drugiej ręki. Rynek rośnie o 26 procent rocznie. Szybciej niż we Francji czy Wielkiej Brytanii. A w domach Polaków leżą nieużywane rzeczy warte średnio 1 800 złotych na rodzinę. Rewolucja, która zaczęła się od oszczędności a skończyła na zmianie kultury.

Jest w polskiej pamięci zbiorowej obraz, który każdy zna: sobotni poranek, hala targowa, rzędy metalowych wieszaków obwieszonych ubraniami przywiezionymi z Zachodu w wielkich balach. Zapach naftaliny, tłok, łokcie. Pani w średnim wieku przegrzebuje stertę swetrów, szukając tego jednego – markowego, w dobrym stanie, za dziesięć złotych. To jest lumpeks – polski second hand w wersji analogowej.

Przez dekady lumpeks był synonimem biedy. Kto tam chodził nie chwalił się. Kto nosił ubrania z drugiej ręki wolał, żeby nikt nie wiedział. „Lumpeksowa” kurtka na szkolnym korytarzu mogła być powodem drwin. Kupowanie używanych rzeczy było koniecznością, nie wyborem i nosiło piętno wstydu. A potem coś się zmieniło. I zmieniło się szybciej, niż ktokolwiek przewidywał.

12,3 miliarda złotych. Rynek, którego nikt nie planował

Według najnowszych danych wartość polskiego rynku second hand w 2026 roku wynosi 12,3 miliarda złotych. Wzrost rok do roku: 26,4 procent. Udział w całym rynku odzieżowym: 14,8 procent. Prawie co siódma złotówka wydana na ubrania w Polsce idzie na rzeczy używane.

Rynek re-commerce online, bo to internet jest motorem wzrostu osiągnął w 2025 roku wartość 7,9 miliarda złotych, rosnąc o 25,3 procent rocznie. W ciągu ostatnich sześciu lat średni roczny wzrost wynosił 34 procent. Trzydzieści cztery procent, rok po roku, przez sześć lat z rzędu.

Dla porównania: cały polski handel detaliczny rośnie o 3-5 procent rocznie. Re-commerce rośnie siedem razy szybciej. To nie jest trend, to jest rewolucja. Cicha, oddolna, napędzana nie przez rząd czy regulacje, lecz przez miliony ludzi, którzy odkryli, że używane nie znaczy gorsze.

Prognozy OC&C Strategy Consultants mówią jasno: do 2029 roku wartość polskiego rynku online odzieży używanej podwoi się do ponad 3 miliardów euro. Do 2030 roku cały rynek second hand może przekroczyć 25 miliardów złotych. A co trzeci kupowany w Polsce element garderoby będzie pochodzić z drugiej ręki.

Nie bieda. Wybór

Tu dochodzimy do najważniejszej zmiany. Zmiany kulturowej, nie ekonomicznej.

Według raportu OC&C używane ubrania kupuje online 62 procent Polaków w wieku 26-45 lat i 54 procent w wieku 18-25 lat. To nie są ludzie, których „nie stać na nowe” – to są ludzie, którzy świadomie wybierają używane. Z kilku powodów.

Po pierwsze – cena. To wciąż najsilniejszy motywator. Badanie Visa pokazuje, że 61 procent Polaków twierdzi, że oszczędza dzięki kupowaniu z drugiej ręki. Średnia deklarowana oszczędność: 200 złotych miesięcznie. Przy płacy minimalnej 3 606 złotych netto to jest 5,5 procent budżetu domowego. Nie grosze.

Wartość polskiego rynku second hand w 2026 roku: 12,3 miliarda złotych (+26,4% r/r). Rynek online: 7,9 mld zł (+25,3%). Vinted: 5,2 miliona aktywnych sprzedających, 14 milionów transakcji miesięcznie, 68 procent rynku re-commerce. 62 procent Polaków w wieku 26-45 lat kupuje używane ubrania online. 82 procent robiących zakupy online kupuje i sprzedaje używane. Najszybciej rosnący segment: elektronika refurbished (+42%). Prognoza: do 2029 roku co trzeci element garderoby kupiony w Polsce będzie z drugiej ręki. Do 2030 roku rynek przekroczy 25 miliardów złotych. W polskich szafach leżą nieużywane rzeczy warte średnio 1 800 zł na rodzinę. I wstyd – ten zniknął.

Unikatowość. To kolejny ale istotny powód. Pokolenie Z nie chce wyglądać jak wszyscy. Vintage Levi’s z lat dziewięćdziesiątych, kurtka The North Face z zeszłej kolekcji, torebka Coach, której nie ma już w sklepie. To są rzeczy, które dają poczucie indywidualności. „Polowanie na okazje” stało się formą rozrywki – scrollowanie Vinteda wieczorem, na kanapie, z kubkiem herbaty, to jest nowy rytuał zakupowy milionów Polaków.

Ekologia. Po trzecie. 61 procent kupujących deklaruje, że wybiera second hand ze względów środowiskowych. Czy naprawdę kierują się ekologią, czy raczej racjonalizują oszczędność szlachetnym motywem? Prawdopodobnie jedno i drugie. Ale efekt jest ten sam. Mniej ubrań na wysypiskach, mniej produkcji, mniej emisji.

Po czwarte – i to jest nowe – status. Badanie z 2023 roku pokazało, że 41 procent konsumentów uważa, że zakupy z drugiej ręki są symbolem statusu. Czterdzieści jeden procent. Kupowanie używanego przestało być wstydliwe. Stało się cool. Influencerzy na TikToku chwalą się „thrift haul” (łupami z lumpeksów i Vinteda). „Vintage” jest na szczycie hierarchii mody, powyżej sieciówek, na równi z designerami.

Vinted. Litewski jednorożec, który podbił Polskę

Nie da się opowiedzieć historii polskiego re-commerce’u bez Vinteda – litewskiej platformy, która zmieniła reguły gry.

Vinted działa na prostej zasadzie: sprzedający wystawia ubranie, kupujący kupuje, platforma nie pobiera prowizji od sprzedawcy (płaci kupujący – niewielką opłatę ochronną). To odróżnia Vinteda od OLX czy Allegro, gdzie sprzedawca często musi zapłacić za wyróżnienie ogłoszenia.

Efekt? W 2025 roku na Vinted w Polsce było 5,2 miliona aktywnych sprzedających. Miesięcznie platforma obsługiwała 14 milionów transakcji. Vinted kontroluje 68 procent polskiego rynku re-commerce – dwa razy więcej niż wszyscy konkurenci razem wzięci.

Najpopularniejsze marki na polskim Vinted? Nie Gucci i Prada, lecz H&M, Reserved i Sinsay. To jest wymowne: Polacy kupują na Vinted to, co kupowaliby w sieciówce ale taniej. Fast fashion z drugiej ręki. Koszulka za 15 złotych zamiast 49. Sukienka za 30 zamiast 89. To nie jest luksus, to jest pragmatyzm.

Ale rośnie też segment premium. W 2025 roku 30 procent Polaków kupiło co najmniej jedną luksusową rzecz z drugiej ręki, płacąc za nią nawet ponad 500 euro. Louis Vuitton, Chanel, Gucci – królowie rynku wtórnego, gdzie torebka z drugiej ręki kosztuje połowę ceny nowej, a wygląda tak samo.

OLX: meble, elektronika i „odbiór osobisty”

Vinted dominuje w modzie ale polski re-commerce to nie tylko ubrania.

OLX – najstarsza i najbardziej rozpoznawalna polska platforma ogłoszeniowa – jest liderem w kategoriach, w których Vinted nie działa: meble, elektronika, AGD/RTV, rowery, narzędzia. Na OLX transakcja jest lokalna. Kupujesz sofę od sąsiada, jedziesz busem i zabierasz. Bez wysyłki, bez kuriera, bez opakowania. To jest re-commerce w wersji analogowej ale z cyfrowym interfejsem.

Liczba ogłoszeń oznaczonych jako „używane” na OLX wzrosła o 23 procent. Kupujących przybyło 7 procent. Kategorię „muzyka i edukacja” (instrumenty, książki, podręczniki) napędza wzrost o 40 procent.

Allegro z sekcją „Allegro Lokalnie” i „Allegro Używane” generuje 1,8 miliarda złotych obrotu w segmencie używanych. Facebook Marketplace, rosnący gracz, szczególnie w mniejszych miastach, gdzie Vinted jest mniej popularny.

A IKEA? Tak, IKEA też weszła w re-commerce. Platforma sprzedaży używanych mebli IKEA, uruchomiona w Hiszpanii i Norwegii, planuje ekspansję na całą Europę. System AI automatycznie uzupełnia dane w ogłoszeniu na podstawie zdjęcia mebla. To jest przyszłość i Polska jest na liście.

Lumpeksy – schyłek czy transformacja?

A co z tradycyjnymi lumpeksami, tymi halami z wieszakami i zapachem naftaliny?

Dane Dun & Bradstreet nie pozostawiają złudzeń: w ciągu piętnastu lat liczba stacjonarnych second handów w Polsce spadła niemal o połowę. W samym 2022 roku zamknięto około 600 punktów. Powody: rosnące czynsze, koszty energii i – przede wszystkim – konkurencja internetu. Po co jechać do hali na obrzeżach, skoro na Vinted masz miliony ofert z dostawą do paczkomatu?

Ale – paradoksalnie – te lumpeksy, które przetrwały, przechodzą transformację. Z chaotycznych hal z balami ubrań w butiki vintage. Ze „sklepów dla biednych” w miejsca, gdzie studenci szukają unikalnych ciuchów, a designerzy inspiracji. W Warszawie, Krakowie, Wrocławiu powstają „concept lumpeksy” z wyselekcjonowanym asortymentem, ładnym wnętrzem, przymierzalnią i Instagramem.

To nie jest schyłek lumpeksu, to jest jego ewolucja. Z konieczności w lifestyle.

1 800 złotych w szafie

Jest w polskich domach fortuna, o której nikt nie myśli.

Badanie Atomic Research na zlecenie Vinteda (październik 2025, 2 001 dorosłych Polaków) pokazuje, że ponad 42 procent respondentów szacuje wartość nieużywanych rzeczy w swoich domach na około 400 euro, czyli ponad 1 800 złotych. Kolejne 12 procent ocenia ją na ponad 1 000 euro.

Ekstrapolując – w polskich szafach, piwnicach i garażach leżą nieużywane rzeczy warte łącznie miliardy złotych. Ubrania, które nie pasują. Buty, które wyszły z mody. Elektronika, którą zastąpił nowszy model. Meble, które nie zmieściły się po przeprowadzce. Każda z tych rzeczy ma wartość i każda może znaleźć nowego właściciela.

To jest potencjał, który dopiero zaczyna się uwalniać. Platformy re-commerce robią dokładnie to: zamieniają „śmieć w szafie” w „produkt na platformie”. I pobierają za to prowizję. Małą, ale od miliardów transakcji.

Elektronika. Najszybciej rosnący segment

Moda dominuje. 82–85 procent sprzedaży w segmencie second hand to ubrania. Ale najszybciej rośnie inny segment: elektronika refurbished (odnowiona). Wzrost w 2025/2026: 42 procent rok do roku. Szybciej niż cokolwiek innego.

Smartfon Apple iPhone odświeżony przez certyfikowanego sprzedawcę, z gwarancją, za 60 procent ceny nowego. Laptop Dell z poleasingowej partii, przetestowany, z nową baterią. Konsola PlayStation z drugiej ręki, w pudełku, z dwoma padami. To nie jest „kupowanie starego sprzętu”. To jest kupowanie sprawdzonego sprzętu za ułamek ceny.

Rynek elektroniki refurbished ma jedną barierę, której moda nie ma: zaufanie. Kupując koszulkę za 20 złotych, ryzykujesz 20 złotych. Kupując laptopa za 2 000 złotych ryzykujesz 2 000. Dlatego w elektronice kluczową rolę odgrywają gwarancje, certyfikacje i systemy weryfikacji. Platformy, które je oferują rosną. Te, które nie oferują pozostają niszowe.

Polska vs. świat. Szybciej niż Zachód

I tu pojawia się fakt, który powinien być powodem do dumy: polski rynek re-commerce rośnie szybciej niż francuski, brytyjski czy niemiecki. Raport OC&C: „Polski rynek zakupów odzieży z drugiego obiegu rósł w ostatnich latach znacznie szybciej niż rynki w Europie Zachodniej”. Średnio 34 procent rocznie wobec 15-20 procent w UK i Francji.

Dlaczego? Bo Polska startowała z niższej bazy ale też dlatego, że polscy konsumenci są bardziej wrażliwi cenowo (siła nabywcza niższa niż na Zachodzie, więc oszczędność ma większe znaczenie) i bardziej otwarci na nowe platformy (Polacy są jednymi z najaktywniejszych użytkowników e-commerce w Europie Środkowej).

Jest w tym pewna ironia. Polska, kraj, w którym lumpeks był symbolem biedy staje się jednym z najszybciej rosnących rynków re-commerce w Europie. Bo to, co kiedyś było wstydem, stało się przewagą: umiejętność znajdowania okazji, pragmatyzm zakupowy, brak snobizmu wobec „używanego”.

Re-commerce to nie jest ciekawostka konsumencka. To jest zmiana systemowa z konsekwencjami dla handlu, środowiska, kultury i gospodarki.

Dla handlu, bo sieciówki tracą klientów. Jeśli co trzeci element garderoby będzie z drugiej ręki, to jedna trzecia mniej sprzedaży dla H&M, Reserved, Zary. Fast fashion, model oparty na ciągłej produkcji tanich ubrań, noszonych raz i wyrzucanych traci sens, gdy ubranie można odsprzedać za połowę ceny.

Dla środowiska, bo przemysł odzieżowy odpowiada za około 10 procent globalnych emisji CO₂ – więcej niż lotnictwo i żegluga razem wzięte. Każde ubranie, które trafia na rynek wtórny zamiast na wysypisko, to mniej produkcji, mniej emisji, mniej zużycia wody (produkcja jednej bawełnianej koszulki wymaga 2 700 litrów wody).

„Kupowanie produktów z drugiej ręki nie jest już niczym wstydliwym, a wręcz modą i trendem.” 

– raport OC&C Strategy Consultants, 2025

Zmiana oznacza koniec mitu „nowe = lepsze”. Pokolenie, które dorastało w kulturze nadmiernej konsumpcji, odkrywa, że mniej może być więcej. Że ubranie nosi się, a nie wyrzuca po sezonie. Że meble można odmalować, a nie wymieniać co trzy lata. To jest zmiana wartości. Powolna, ale realna.

To także zmiana dla gospodarki: 12,3 miliarda złotych to jest rynek, który tworzy miejsca pracy (kurierzy, platformy, butiki vintage), generuje podatki (VAT od transakcji online) i zmniejsza import (mniej nowych ubrań z Chin = lepsza bilansowość handlowa).I pomyśleć, że gdzieś w Polsce, na kanapie, z telefonem w ręce siedzi dwudziestoparolatka. Scrolluje Vinteda. Szuka kurtki na jesień. Nie dlatego, że jej nie stać na nową. Stać ją. Lecz dlatego, że na Vinted znajdzie kurtę The North Face za 120 złotych zamiast 599. Że ta kurtka jest w doskonałym stanie. Że ktoś nosił ją jeden sezon i odsprzedał, bo zmienił styl, bo schudł, bo po prostu się znudził. Kupuje. Płaci. Kurtka przyjeżdża paczkomatem. Jest idealna.Jej babcia, ta, która trzydzieści lat temu stała w hali targowej, przegrzebując sterty swetrów  uśmiechnęłaby się. Bo w gruncie rzeczy robią to samo. Tylko narzędzia się zmieniły.I wstyd – ten zniknął.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: