1 września 1939 roku, o godzinie 4:45, w tej samej minucie, w której pancernik Schleswig-Holstein otworzył ogień do Westerplatte pięćdziesięciu siedmiu polskich pocztowców stanęło do obrony gmachu przy Heveliusplatz w Wolnym Mieście Gdańsku. Mieli trzy karabiny maszynowe, kilka pistoletów, garść granatów i obietnicę, że za sześć godzin nadejdzie odsiecz. Odsiecz nie nadeszła. Walczyli czternaście godzin. Trzydziestu ośmiu z nich Niemcy rozstrzelali pięć tygodni później, jako „partyzantów”. Ich grób odnaleziono przypadkiem w 1991 roku, podczas budowy osiedla. 

Wszyscy znają Westerplatte. Major Sucharski, siedem dni obrony, „Nie ma takiego miasta Gdańsk” – te słowa i obrazy są częścią polskiej pamięci zbiorowej, wpisane w podręczniki, pomniki, filmy.

Ale niewielu Polaków wie, że tego samego ranka – dosłownie w tej samej minucie – kilka kilometrów od Westerplatte, w samym sercu Gdańska, rozgrywał się inny dramat. Mniejszy skalą, ale nie mniejszy heroizmem. I zakończony nie jeńcem wojennym, lecz plutonem egzekucyjnym.

To jest historia obrony Poczty Polskiej w Gdańsku. Historia ludzi, którzy nie byli żołnierzami – byli listonoszami, telegrafistami, urzędnikami. I którzy pierwszego dnia wojny udowodnili, że bohaterstwo nie wymaga munduru.

Poczta Polska w Wolnym Mieście. Placówka, symbol, cel

Żeby zrozumieć, dlaczego Niemcy zaatakowali pocztę i dlaczego Polacy jej bronili, trzeba cofnąć się do 1920 roku.

Traktat wersalski, kończący I wojnę światową, utworzył Wolne Miasto Gdańsk – twór quasi-państwowy, formalnie niezależny, ale pod opieką Ligi Narodów, z silnymi wpływami zarówno Niemiec, jak i Polski. Polska miała w Gdańsku prawo do korzystania z portu, prowadzenia dyplomacji i – co kluczowe – własnej poczty.

Poczta Polska w Wolnym Mieście Gdańsku, z siedzibą przy Heveliusplatz (dzisiejszy plac Obrońców Poczty Polskiej), była więcej niż urzędem pocztowym. Była symbolem polskiej obecności w mieście, które Niemcy uważali za „swoje”. Tu pracowali Polacy. Ponad stu osób, listonoszy, telegrafistów, telefonistek, kierowców. Tu znajdowała się centrala telefoniczna z bezpośrednim połączeniem do Polski. Tu – w piwnicy – przechowywano broń. Bo władze polskie od wiosny 1939 roku wiedziały, że Gdańsk będzie jednym z pierwszych celów niemieckiej agresji. Pocztowcy – wielu z nich członkowie Związku Strzeleckiego – przechodzili szkolenie wojskowe na kursach w Polsce. W ich rękach znalazły się trzy lekkie karabiny maszynowe Browning wz. 1928, pistolety, karabiny i granaty ręczne. Dowódcą samoobrony był podporucznik rezerwy Konrad Guderski.

Pocztowcy mieli jasną instrukcję: w razie ataku – bronić placówki przez sześć godzin. Po sześciu godzinach nadejdzie odsiecz – oddziały Armii Pomorze, Korpus Interwencyjny, polskie wojsko. Instrukcja nie wspominała o jednym – co robić, gdy odsiecz nie nadejdzie.

1 września, 4:45

O godzinie 4:45 rano, minutę po tym, jak Schleswig-Holstein otworzył ogień do Westerplatte  Niemcy odcięli prąd i telefony w gmachu poczty. Jednocześnie kordon policji gdańskiej (Schutzpolizei) otoczył budynek, blokując wejścia. Pracownicy, którzy mieli przyjść na poranną zmianę o ósmej, zostali zatrzymani na ulicy.

W budynku było pięćdziesiąt siedem osób. Czterdziestu trzech pocztowców gdańskiego oddziału. Dziesięciu przysłanych z Bydgoszczy i Gdyni jako wzmocnienie – kawalerów, bez rodzin, wybranych celowo, by mieli mniej do stracenia. Jeden kolejarz. Dozorca Jan Pipka z żoną Małgorzatą i dziesięcioletnią wychowanicą Erwiną Barzychowską.

Atak rozpoczął się od trzech stron jednocześnie. Oddziały SS Heimwehr Danzig i gdańskiej policji – łącznie około stu osiemdziesięciu ludzi, wspieranych trzema wozami pancernymi i artylerią – uderzyły na gmach od frontu, od podwórza i przez ścianę sąsiadującego budynku Krajowego Urzędu Pracy. Pocztowcy odpowiedzieli ogniem. Pierwsza fala ataku załamała się.

Czternaście godzin

To, co wydarzyło się przez następne czternaście godzin, jest jednym z najbardziej nierównych starć w historii II wojny światowej.

Pięćdziesięciu siedmiu pocztowców – uzbrojonych w trzy karabiny maszynowe, kilka karabinów, pistolety i granaty – odpierało szturm stu osiemdziesięciu żołnierzy i policjantów z bronią ciężką, wozami pancernymi i artylerią. Dysproporcja sił była porównywalna z Westerplatte, z jedną różnicą: na Westerplatte bronili się wyszkoleni żołnierze w umocnieniach polowych. Na Heveliusplatz urzędnicy w budynku biurowym.

Pierwsza fala – poranna – została odparta z dużymi stratami dla atakujących: dwóch zabitych, siedmiu rannych. Ale Polacy też ponieśli straty. Zginął podporucznik Konrad Guderski, dowódca obrony. Zastąpił go Alfons Flisykowski, który przejął dowodzenie i utrzymał morale.

Około trzynastej Niemcy przypuścili drugi szturm. Silniejszy, z użyciem ciężkiej broni. Pocztowcy odparli go ponownie. Niemcy zaproponowali kapitulację. Polacy odmówili. Bo instrukcja mówiła: trzymać sześć godzin. Minęło osiem i wciąż walczyli.

O siedemnastej Niemcy zmienili taktykę. Wysadzili ładunek wybuchowy w ścianie od strony Urzędu Pracy, tworząc wyłom, przez który wtargnęli do części budynku. Polacy wycofali się do piwnic i stamtąd kontynuowali obronę. Niemcy sprowadzili motopompy strażackie. I przez węże strażackie zaczęli wpompowywać do piwnic benzynę. O osiemnastej podpalili ją miotaczami ognia.

Piwnice stanęły w płomieniach. Pocztowcy – poparzeni, duszący się dymem, w ciemnościach – podjęli decyzję o kapitulacji. O dziewiętnastej ogień ustał.

Biała flaga i strzał

Pierwszym, który wyszedł z płonącego budynku z białą flagą, był dyrektor Jan Michoń. Najwyższy rangą urzędnik poczty w Gdańsku, który przyjechał tego dnia z Gdyni. Wyszedł z rękami w górze, niosąc białe płótno. Niemcy otworzyli do niego ogień. Michoń padł martwy.

Za nim wyszedł naczelnik poczty Józef Wąsik. Też zginął, zastrzelony mimo białej flagi.

Pozostali wychodzili z budynku jeden po drugim. Poparzeni, zakrwawieni, z rękami w górze. Część była tak ciężko poparzona, że nie mogła stać. Niemcy aresztowali czterdzieści cztery osoby. Szesnastu rannych trafiło do szpitala – sześcioro z nich zmarło w kolejnych dniach, głównie z powodu rozległych oparzeń. Wśród zmarłych była dziesięcioletnia Erwina Barzychowska, wychowanica dozorcy, najmłodsza ofiara obrony Poczty Polskiej.

Sześciu pocztowcom udało się uciec w zamieszaniu. Dwóch z nich – Franciszka Mionskowskiego i Alfonsa Flisykowskiego – Niemcy schwytali następnego dnia. Czterem pozostałym udało się przeżyć wojnę. Przeżyła też Małgorzata Pipka, dozorczyni, przetrzymywana w więzieniach gdańskich do 1943 roku.

Zbrodnia sądowa

To, co nastąpiło po kapitulacji, jest jedną z najciemniejszych kart pierwszych dni wojny. Schwytanych pocztowców osadzono w kazamatach na Biskupiej Górce. 8 września, tydzień po walce sąd polowy pod przewodnictwem sędziego Kurta Bode skazał dwudziestu ośmiu z nich na karę śmierci. 29 września pozostałych dziesięciu.

Zarzut: „partyzantka”. Niemcy uznali, że obrońcy poczty nie byli żołnierzami, bo nie nosili mundurów wojskowych, nie należeli formalnie do armii i dlatego ich opór był „nielegalny”. Skazano ich na podstawie rozporządzenia z 26 sierpnia 1939 roku o Specjalnym Prawie Karnym Czasu Wojny, które przewidywało karę śmierci dla „partyzantów”.

*„Nawet w świetle wówczas obowiązującego prawa nazistowskiego, jeśli w ogóle można je nazwać prawem, obrońcy poczty nie powinni być skazani.” 

– Dieter Schenk, niemiecki prawnik i publicysta

To była zbrodnia sądowa i uznano ją za taką oficjalnie. Niemiecki prawnik Dieter Schenk, który po wojnie badał sprawę, stwierdził: „Nawet w świetle wówczas obowiązującego prawa nazistowskiego obrońcy poczty nie powinni być skazani”. Wskazał, że pocztowcy bronili budynku podległego suwerennej władzy Rzeczypospolitej, byli zorganizowanym oddziałem z dowódcą, a atakujące ich formacje (policja, SS) nie były jednostkami wojskowymi w rozumieniu prawa wojennego.

5 października 1939 roku, o godzinie 6:15 rano na strzelnicy policyjnej na gdańskiej Zaspie  rozstrzelano trzydziestu ośmiu obrońców Poczty Polskiej.

Przed egzekucją przygotowywał ich na śmierć ksiądz Paul Preuss, gdański duchowny, który pozostał z nimi do końca.

Grób, którego szukano pięćdziesiąt dwa lata

Po egzekucji ciała wrzucono do zbiorowej mogiły i miejsce pochówku utajniono. Szukano go zaraz po wojnie – w 1946 i 1947 roku – bezskutecznie. Przez następne dekady nikt nie wiedział, gdzie leżą obrońcy.

Dopiero 26 sierpnia 1991 roku, pięćdziesiąt dwa lata po egzekucji, podczas prac budowlanych na gdańskim osiedlu Zaspa, przy alei Jana Pawła II, robotnicy natrafili na zbiorową mogiłę. Badania antropologiczne potwierdziły: to byli oni.

4 kwietnia 1992 roku prochy wystawiono na widok publiczny w kościele Świętej Brygidy. Tym samym kościele, w którym modlił się Lech Wałęsa i robotnicy Stoczni Gdańskiej. Następnego dnia uroczyście złożono je na Cmentarzu Ofiar Hitleryzmu na Zaspie. 29 sierpnia 1993 roku odsłonięto nagrobek-pomnik.

25 maja 1998 roku, niemal sześćdziesiąt lat po egzekucji Sąd Krajowy w Lubece formalnie uniewinnił i zrehabilitował wszystkich obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku. Uznał wyrok z 1939 roku za „zbrodnię sądową”. Stworzył precedens: nawet prawo nazistowskie, jeśli w ogóle można je nazwać prawem nie dawało podstaw do skazania tych ludzi. Tego samego roku, 21 maja 1998 wszystkim obrońcom nadano honorowe obywatelstwo miasta Gdańska.

Kim byli

To jest pytanie, które przez dekady nie miało pełnej odpowiedzi. Jak zauważa dr Jan Daniluk, historyk z Muzeum Gdańska do niedawna brakowało nawet podstawowych danych biograficznych o większości obrońców. Dopiero benedyktyńska praca kierownika Muzeum Poczty Polskiej, Marka Adamkowicza, pozwoliła odtworzyć – życiorys po życiorysie – kim byli ludzie, którzy zginęli na Zaspie.

1 września 1939 roku, godzina 4:45. Gmach Poczty Polskiej w Gdańsku, Heveliusplatz. 57 obrońców – pocztowcy, nie żołnierze. 3 karabiny maszynowe, kilka pistoletów, garść granatów. Przeciwko nim: 180 żołnierzy SS i policji, 3 wozy pancerne, artyleria. Obrona trwała 14 godzin – 8 dłużej niż wymagała instrukcja. 8 poległo w walce. 6 zmarło z ran i poparzeń. 38 rozstrzelano 5 października 1939 jako „partyzantów”. Grób odnaleziono w 1991 roku, 52 lata później. Sąd w Lubece uniewinnił ich w 1998 roku – 59 lat po egzekucji. Honorowe obywatelstwo Gdańska – 1998. Dziś w gmachu poczty działa muzeum. Na placu – pomnik. W pamięci – listonosze, urzędnicy, którzy nie uciekli.

Byli listonoszami. Telegrafistami. Kierowcami. Urzędnikami. Jednym z nich był sześćdziesięciosiedmioletni dozorca. Jedną z ofiar – dziesięcioletnia Erwina. Większość miała dwadzieścia kilka, trzydzieści kilka lat. Byli młodzi. Mieli plany. Mieli rodziny, albo ich nie mieli, bo zostali wybrani jako kawalerowie, „mający mniej do stracenia”.

Nie byli żołnierzami. Nie przechodzili wielomiesięcznego szkolenia bojowego. Nie mieli doświadczenia wojennego. Byli urzędnikami, którzy w piątki po pracy szli na piwo, w niedzielę do kościoła, a w poniedziałek rano na pocztę sortować listy.

1 września 1939 roku stanęli do walki. Z trzema karabinami maszynowymi, garścią granatów i obietnicą odsieczy, która nie nadeszła.

Günter Grass i „Blaszany bębenek”

Jest w historii Poczty Polskiej w Gdańsku wątek literacki, który warto odnotować, bo łączy polską tragedię z wielką literaturą europejską.

Günter Grass, urodzony w Gdańsku noblista, autor „Blaszanego bębenka” – umieścił obronę Poczty Polskiej jako jeden z kluczowych epizodów swojej powieści. Narrator – Oskar Matzerath, chłopiec, który odmawia dorastania – obserwuje atak na pocztę z perspektywy dziecka: absurdalny, brutalny, niezrozumiały. Postać wujka Jana Bronskiego, polskiego urzędnika pocztowego, który ginie w obronie jest jedną z najbardziej poruszających w powieści.

Grass – Niemiec, urodzony w Gdańsku – oddał w ten sposób hołd polskim pocztowcom, których historia była przez dekady przemilczana w Niemczech. „Blaszany bębenek” uczynił obronę Poczty Polskiej częścią europejskiej pamięci literackiej, nie tylko polskiej.

Muzeum i pamięć

Dziś w odbudowanym gmachu przy placu Obrońców Poczty Polskiej mieści się Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku, oddział Muzeum Gdańska. Przed budynkiem stoi pomnik odsłonięty 1 września 1979 roku – czterdziestą rocznicę obrony.

Co roku – 1 września i 5 października – odbywają się uroczystości upamiętniające obrońców. Na Cmentarzu Ofiar Hitleryzmu na Zaspie zapalane są znicze. Składane są kwiaty. Przemawiają politycy.

Ale prawdziwa pamięć – ta, która nie potrzebuje mikrofonu – żyje w ciszy. W muzeum, w którym można zobaczyć fotografie młodych mężczyzn w pocztowych mundurach. W dokumentach, które odtwarzają ich biografie. Godzina po godzinie, list po liście. W tablicach na murze budynku, odsłoniętych 11 listopada 2018 roku, z poprawionymi wreszcie, po latach, błędami w nazwiskach.

Bo nawet w pamięci obrońcy Poczty Polskiej musieli czekać na sprawiedliwość. Na prawidłowe spisanie nazwisk. Na odnalezienie grobu. Na uniewinnienie przez sąd. Na honorowe obywatelstwo miasta, w którym zginęli.

Pięćdziesiąt dwa lata na grób. Pięćdziesiąt dziewięć na uniewinnienie. I wciąż pytania bez odpowiedzi: ilu ich naprawdę było? Kto wydał rozkaz obrony? Kto z nich strzelał, a kto sortował listy do ostatniej chwili?

Listonosze. Telegrafisty. Kierowcy. Urzędnicy pocztowi. Ludzie, których zawód polega na dostarczaniu listów, nie na prowadzeniu wojen.

1 września 1939 roku ci ludzie mieli prawo uciec. Nikt by ich nie osądził. Nikt by ich nie potępił. Byli cywilami, nie mieli obowiązku walczyć. Mogli wyjść z budynku rano, zanim zaczął się ostrzał. Mogli schować się w piwnicy i czekać. Mogli poddać się po pierwszej godzinie i przeżyć.

Nie uciekli. Nie schowali się. Nie poddali się. Walczyli czternaście godzin. Osiem godzin dłużej, niż ktokolwiek od nich wymagał. I zginęli. Nie w walce, lecz od kul plutonu egzekucyjnego. Bo bronili budynku. Bo sortowali listy dla Polski. Bo ktoś musiał.

Dziś na placu ich imienia, w budynku, który bronili, działa muzeum. Na Zaspie leży ich grób, odnaleziony po pięćdziesięciu dwóch latach. Na tablicach ich nazwiska, wreszcie poprawnie zapisane. I w Lubece wyrok sądu, który mówi to, co powinno być powiedziane w 1939 roku: byli niewinni.

Listonosze, którzy stawili czoło Wehrmachtowi. I którzy, po osiemdziesięciu sześciu latach wciąż dostarczają jedno przesłanie: że honor nie wymaga munduru.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *