Zrywają z mitem lepienia pierogów i trzęsą wiejską gospodarką. Koła Gospodyń Wiejskich najpotężniejs

Przez lata patrzono na nie głównie przez pryzmat bibułkowych wycinanek, kolorowych ludowych strojów i lokalnych dożynek, traktując jako barwny, lecz nieco archaiczny element wiejskiego krajobrazu. Dziś to absolutna rynkowa i społeczna potęga, zrzeszająca setki tysięcy kobiet, które z ogromnym sukcesem piszą unijne wnioski, zakładają prężnie działające lokalne biznesy i bez kompleksów sięgają po najwyższe stanowiska w samorządach. 

Fenomen Kół Gospodyń Wiejskich (KGW) nie ma swojego odpowiednika w żadnym innym europejskim kraju, a gigantyczne, idące w setki milionów złotych dotacje z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa tylko potwierdzają, że państwo polskie wreszcie dostrzegło w nich realnego, twardego partnera gospodarczego. Czas ostatecznie zerwać z mocno krzywdzącym stereotypem i przyjrzeć się z bliska zorganizowanej strukturze, która z dala od wielkomiejskich strajków i kamer, przeprowadza właśnie największą emancypacyjną rewolucję w historii naszej prowincji.

Setki milionów złotych i tysiące nowych organizacji dowodzą skali tego potężnego zjawiska 

Aby w pełni zrozumieć, z jak potężnym mechanizmem mamy do czynienia, należy bezwzględnie porzucić sentymenty i spojrzeć na twarde, bezlitosne dane statystyczne. Według oficjalnych rejestrów prowadzonych przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, w Polsce funkcjonuje obecnie blisko 14 tysięcy sformalizowanych Kół Gospodyń Wiejskich. Ten niesamowity boom organizacyjny to w dużej mierze efekt zmian prawnych z 2018 roku, przeprowadzonych przez rząd Zjednoczonej Prawicy,, które nadały kołom osobowość prawną, zrównując je w wielu aspektach z pełnoprawnymi stowarzyszeniami czy fundacjami. To właśnie wtedy przed polskimi kobietami na wsi otworzyły się wrota do gigantycznych, państwowych pieniędzy. 

Z roku na rok pule dotacji rosną lawinowo – pakiety wsparcia oferowane przez ministerstwo rolnictwa wynoszą od 8 do 10 tysięcy złotych na jedno koło w zależności od liczby jego członków. Jeśli pomnożymy to przez kilkanaście tysięcy aktywnych organizacji, otrzymujemy obraz strumienia setek milionów złotych pompowanych bezpośrednio w lokalne społeczności. Co jednak najważniejsze, to wcale nie są pieniądze przeznaczane na konsumpcję, lecz kapitał inwestycyjny, za który wójt czy lokalny dyrektor ośrodka kultury nigdy nie kupiłby tak potrzebnego sprzętu. Nowoczesne piece konwekcyjne, laptopy do zarządzania budżetem, sprzęt nagłośnieniowy na wydarzenia charytatywne czy specjalistyczne kursy IT – tak dziś wyglądają faktury rozliczane przez kobiety, które wzięły sprawy swoich wsi we własne ręce.

Nowoczesne liderki zrywają z wizerunkiem gospodyń zamkniętych w ciasnych kuchniach 

Wielkomiejskie elity i publicyści z warszawskich redakcji często popełniają fatalny w skutkach błąd, marginalizując działania KGW i sprowadzając je wyłącznie do kulinarnych festiwali czy konkursów na najsmaczniejszy regionalny chleb. Oczywiście, dbałość o lokalne dziedzictwo gastronomiczne pozostaje dla nich niezwykle ważna, jednak współczesne działaczki to często kobiety o wyższym wykształceniu, dysponujące potężnym kapitałem społecznym. Dzisiejsza przewodnicząca przeciętnego koła to nierzadko wykwalifikowana księgowa, prężna rolniczka prowadząca wielohektarowe gospodarstwo albo dyrektor lokalnej szkoły. 

Organizowane przez nie warsztaty coraz rzadziej dotyczą szydełkowania, a coraz częściej opierają się na szkoleniach z zakresu księgowości, pisania wniosków o granty unijne, budowania marki osobistej w mediach społecznościowych czy radzenia sobie z kryzysami zdrowia psychicznego na prowincji. Koła Gospodyń Wiejskich stały się pierwszą i najskuteczniejszą linią obrony przed wykluczeniem społecznym. To one organizują transport dla seniorów do lekarzy specjalistów, tworzą zajęcia z programowania dla wiejskich dzieci, a w czasie pandemii lub powodzi to ich świetlice błyskawicznie zamieniały się w doskonale naoliwione, oddolne centra zarządzania kryzysowego, zawstydzając skutecznością niejednego urzędnika państwowego.

Polityczna siła i doskonała odskocznia do kariery w strukturach lokalnego samorządu

Nie da się ukryć, że ta ogromna mobilizacja społeczna zaczęła przynosić również bardzo wymierne skutki na szczeblu lokalnej polityki. Dla wielu kobiet działalność w zarządzie koła stanowi perfekcyjny i bezpieczny poligon doświadczalny przed wejściem w brutalny, męski świat samorządu. Nabywają tam kompetencji przywódczych, uczą się sztuki negocjacji z trudnymi urzędnikami, a przede wszystkim budują niesamowicie mocną rozpoznawalność wśród swoich sąsiadów. Kiedy przychodzi czas wyborów, przeciętny obywatel chętniej odda głos na kobietę, która skutecznie wyremontowała świetlicę i zorganizowała zbiórkę charytatywną, niż na anonimowego kandydata z partyjnego nadania. 

W efekcie, coraz częściej stanowisko takie jak sołtys, radna gminna, a nawet wójt czy burmistrz, obejmowane jest właśnie przez dawne lub obecne liderki KGW. Politycy z Wiejskiej doskonale zdają sobie sprawę z tego gigantycznego potencjału elektoralnego. Każdy poseł, senator czy przebywający z wizytą w regionie minister stara się usilnie wkupić w łaski tych środowisk, pojawiając się na lokalnych jubileuszach, ponieważ to właśnie w tych wiejskich świetlicach formułuje się dziś autentyczna, oddolna opinia publiczna, która potrafi decydować o wygranej lub porażce w wyborach parlamentarnych.

Męski pierwiastek w kobiecym świecie udowadnia zmianę tradycyjnego postrzegania ról 

W tym fascynującym, kobiecym żywiole pojawia się również niezwykle interesujący, socjologiczny fenomen, o którym wciąż mówi się zdecydowanie zbyt cicho. Zgodnie z obowiązującym prawem, członkami Kół Gospodyń Wiejskich mogą być także mężczyźni i jak pokazują najnowsze statystyki, coraz chętniej z tego przywileju korzystają. Choć na czele organizacji w zdecydowanej większości wciąż stoją charyzmatyczne kobiety, to męscy członkowie – lokalni rolnicy, mechanicy czy emerytowani strażacy —odnajdują w strukturach kół cenne miejsce do realizacji własnych, społecznych ambicji. Pomagają w trudnych pracach logistycznych przy organizacji wielkich imprez plenerowych, angażują się w sekcje muzyczne, a nierzadko sami uczą się tradycyjnych, regionalnych rzemiosł. 

Ta postępująca, cicha inkluzywność brutalnie obala jeszcze jeden krzywdzący mit o zaściankowej i podzielonej polskiej wsi. Współczesne KGW to świetnie prosperujące i doskonale zorganizowane mikro-przedsiębiorstwa, w których płeć ma znaczenie drugorzędne, a o wartości członka decyduje jego zaangażowanie i chęć do pracy na rzecz wspólnoty. To fenomen, który budzi ogromny podziw zagranicznych badaczy socjologii, udowadniając dobitnie, że polska prowincja nie potrzebuje pouczających wykładów z wielkich miast na temat emancypacji, ponieważ dawno już wypracowała swój własny, szalenie skuteczny model działania.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: