Ani apokalipsa, ani bzdura. Co naprawdę mówią polskie termometry o zmianach klimatu

Od 1951 roku średnia temperatura w Polsce wzrosła o 2,4 stopnia Celsjusza. Dni upalnych jest czterokrotnie więcej niż czterdzieści lat temu. Ale zima 2025/2026 dała się we znaki mrozami, jak zimy sprzed trzydziestu lat. I lato 2025 było „normalne”, bez rekordów. Więc gdzie jest prawda? W danych IMGW. Nie w tweetach polityków. I te dane mówią coś, czego żadna ze stron nie chce usłyszeć: zmiany klimatu są realne, mierzalne i poważne, ale nie wyglądają tak, jak je malują aktywiści. I nie są fikcją, jak twierdzą sceptycy.

Zacznijmy od czegoś, co każdy obserwator polskiej debaty publicznej wie, ale rzadko mówi na głos: klimat stał się bronią polityczną. Nie tematem naukowym. Bronią.

Na lewej flance: każdy upał to „dowód katastrofy klimatycznej”, każda susza to „koniec świata”, każdy pożar lasu to „wina bogatych krajów i korporacji”. Rozwiązanie? Natychmiast zamknąć kopalnie, zlikwidować samochody spalinowe, przejść na sto procent OZE – najlepiej na wczoraj. Kto pyta o koszty, o fizykę, o bezpieczeństwo energetyczne jest „negacjonistą” i „wrogiem planety”.

Na prawej flance: „nie ma żadnych zmian klimatycznych”, „to naturalne cykle”, „dwadzieścia lat temu też były upały”, „tej zimy był mróz minus dwadzieścia – gdzie to wasze globalne ocieplenie?”. Rozwiązanie? Ignorować „ekoterrorystów”, palić węgiel, żyć normalnie. Kto pokazuje dane jest „naiwnym ekologiem” albo „agentem Brukseli”.

Obie strony mają jedną cechę wspólną: ignorują dane. Bo dane, te prawdziwe, z termometrów, z IMGW, z satelitów nie pasują do żadnej z tych narracji. Są zbyt poważne dla sceptyków. I zbyt złożone dla alarmistów.

Co mówią termometry? 2,4 stopnia w siedemdziesiąt lat

Zacznijmy od fundamentu, od tego, co polskie termometry faktycznie zmierzyły. Nie modele. Nie prognozy. Nie „scenariusze”. Pomiary.

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej – polska państwowa instytucja naukowa, prowadząca pomiary od ponad stu lat – opublikował w styczniu 2026 roku raport podsumowujący klimat Polski w 2025 roku. I dane są jednoznaczne.

Średnia roczna temperatura w Polsce od 1951 roku wzrosła o 2,4 stopnia Celsjusza. To nie jest opinia. To nie jest model. To jest pomiar, z setek stacji meteorologicznych, z dekady na dekadę, z roku na rok.

W okresie 1961-1990 średnia roczna temperatura Polski wynosiła 7,5°C. W dekadzie 2011–2020 – 9,1°C. Rok 2024 był najcieplejszym w historii pomiarów – 10,9°C. Rok 2025 – dziewiąty najcieplejszy – 9,5°C. Najzimniejszy rok od 1951 – 1956, ze średnią 6,1°C.

Między 6,1°C a 10,9°C przepaść prawie pięciu stopni. To jest zakres, w którym mieści się cała zmienność polskiego klimatu od połowy XX wieku. I trend, zmierzony, nie prognozowany jest jednoznacznie wzrostowy.

Ale i tu trend nie oznacza, że każdy rok jest cieplejszy od poprzedniego. Rok 2025 był chłodniejszy od 2024. Lato 2025 było „normalne” (18,2°C – zaledwie 0,2°C ponad normę). Zima 2025/2026 przyniosła epizody solidnych mrozów. To są fakty i sceptycy je podnoszą: „Widzicie? Nie ma żadnego ocieplenia!”

Ale to jest błąd logiczny, i to fundamentalny. Bo klimat to nie jest pogoda.

Klimat to nie pogoda

To rozróżnienie jest tak proste, że aż żenujące a mimo to większość debaty publicznej go ignoruje.

Pogoda to jest to, co dzieje się za oknem: dziś pada, jutro świeci, pojutrze mróz. Pogoda zmienia się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Jest chaotyczna, nieprzewidywalna w szczegółach, zaskakująca.

Od 1951 roku średnia temperatura w Polsce wzrosła o 2,4°C (IMGW, raport 2025). Dni upalnych: z 3,5/rok (1961–1990) do 14-15/rok (2011–2020) – czterokrotnie więcej. Rok 2024: najcieplejszy w historii pomiarów (10,9°C). Rok 2025: 9. najcieplejszy (9,5°C), rok suchy (89% normy opadowej). Trend wzrostowy: liniowy, przyspieszający, statystycznie istotny. Ale: lato 2025 było „normalne”. Zima 2025/2026 miała epizody solidnych mrozów. Bo klimat to nie pogoda. Trend to nie pojedynczy rok. I termometr nie głosuje – mierzy.


Klimat to jest statystyka pogody na przestrzeni dekad. To jest średnia temperatur, sum opadów, liczby dni upalnych. Nie z jednego roku, lecz z trzydziestu. Klimat nie mówi „jutro będzie gorąco”. Mówi: „w ciągu ostatnich trzydziestu lat gorących dni było dwa razy więcej niż w poprzednich trzydziestu.”

I tu leży odpowiedź na pytanie: „Ale przecież dwadzieścia lat temu też były upały!” Tak – były. I trzydzieści lat temu były. I czterdzieści. Ale ile ich było? IMGW odpowiada precyzyjnie.

W okresie 1961–1990 średnia roczna liczba dni upalnych (z temperaturą powyżej 30°C) w Polsce wynosiła 3,5. Trzy i pół dnia w roku. Na Podlasiu i Suwalszczyźnie – jeden do dwóch. Na zachodzie – około sześciu.

W dekadzie 2011 – 2020 w południowo-zachodniej Polsce notowano średnio 14-15 dni upalnych rocznie. Czterokrotnie więcej niż czterdzieści lat wcześniej. Upały były „zawsze”. Tak. Ale nie było ich tyle. To jest różnica, której nie widać z perspektywy pojedynczego lata, ale widać wyraźnie z perspektywy dekad.

„Ale ta zima była mroźna!”

Zima 2025/2026 (a raczej jej fragmenty) dała się we znaki. Był epizod kilkudniowych mrozów w lutym, z temperaturami nocnymi sięgającymi minus kilkunastu stopni. Ludzie mówili: „Gdzie to wasze ocieplenie?” Dane IMGW odpowiadają i na to pytanie.

Na większości obszaru Polski obserwuje się tendencję spadkową liczby dni mroźnych (z temperaturą poniżej zera przez cały dzień) i dni bardzo mroźnych (poniżej minus dziesięciu). Tendencja jest statystycznie istotna, co oznacza, że nie jest przypadkiem.

Ale – i tu jest niuans, którego alarmisi nie lubią – tendencja spadkowa nie oznacza zniknięcia mrozów. Oznacza, że mrozów jest mniej i trwają krócej. Nie że ich nie ma wcale. Zima w klimacie umiarkowanym, nawet ocieplonym o 2,4 stopnia nadal jest zimą. Nadal może przynieść mróz, śnieg, lód. Tylko rzadziej i krócej.

Porównajmy: w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych mroźne zimy trwały tygodniami – ciągły mróz poniżej minus dziesięciu, zaspy śniegu, zamarznięte jeziora. Dziś taki epizod trwa kilka dni i jest „wydarzeniem”. To jest zmiana, ale zmiana statystyczna, nie absolutna. Mróz minus piętnaście w lutym 2026 nie obala trendu ocieplenia. Tak, jak jeden ciepły dzień w styczniu nie dowodzi katastrofy. Jeden punkt danych nie jest trendem.

Profesor Ryszard Szczygieł z Instytutu Badawczego Leśnictwa ujmuje to obrazowo: pogoda to jest to, co nosisz rano wychodząc z domu. Klimat to jest to, co masz w szafie. Jeśli w szafie masz coraz mniej grubych kurtek i coraz więcej letnich koszulek – klimat się ociepla. Nawet jeśli któregoś ranka potrzebujesz tej grubej kurtki.

Co się naprawdę zmienia? 

Odłóżmy narracje – lewicowe i prawicowe – na bok. Spójrzmy wyłącznie na to, co IMGW zmierzył. Pięć faktów, których żadna polityka nie zmieni.

Fakt pierwszy: jest cieplej. Średnia roczna temperatura w Polsce wzrosła o 2,4°C od 1951 roku. Trend jest liniowy i przyspieszający – najsilniejszy wzrost obserwowany jest od lat dziewięćdziesiątych. Najcieplejszym regionem jest Podkarpacie (+2,5°C), najsłabszy wzrost – w Sudetach (+2,1°C). Rok 2025 był 2,5°C cieplejszy od średniej z lat 1850-1900 (okres przedindustrialny).

Dugi – więcej upałów. Liczba dni upalnych wzrosła z 3,5 rocznie (1961-1990) do 14-15 na południowym zachodzie (2011-2020). Fale upałów – wielodniowe okresy z temperaturą powyżej 30°C – stały się częstsze, dłuższe i bardziej intensywne. IMGW: „Tendencja wyraźnie wzrostowa.”

Rośnie liczba dni upalnych, mniej jest mrozów. Liczba dni mroźnych i bardzo mroźnych spada na większości terytorium. Zimy są krótsze i łagodniejsze, choć wciąż zdarzają się epizody silnych mrozów (jak luty 2026). Sezon grzewczy skraca się o kilka dni na dekadę.

Zmienia się struktura opadów. Ogólna suma roczna opadów nie zmienia się dramatycznie, ale zmienia się ich rozkład. Więcej opadów nawalnych (krótkich, intensywnych – te, które powodują powodzie błyskawiczne i podtopienia). Mniej opadów długotrwałych, równomiernych (tych, które nawadniają glebę). Rok 2025 był rokiem suchym – 89 procent normy opadowej. Deficyt wody rośnie, a to ma bezpośrednie konsekwencje dla rolnictwa, leśnictwa i bezpieczeństwa pożarowego (Puszcza Solska – właśnie o tym pisaliśmy).

Fakt piąty – więcej usłonecznienia. Liczba godzin słonecznych rośnie, co brzmi przyjemnie, ale ma konsekwencje: więcej parowania, szybsze wysychanie gleby, wyższe zapotrzebowanie roślin na wodę. W połączeniu z mniejszą ilością opadów równomiernych to jest przepis na suszę.

Czego dane nie mówią i co obie strony przemilczają

Tu dochodzimy do punktu, który jest kluczowy i którego żadna ze stron nie lubi.

Dane IMGW nie mówią, że lato 2025 było rekordowo gorące. Nie było, było „normalne” (18. pozycja w rankingu od 1951). Sierpień był „lekko chłodny”. Czerwiec „ciepły”, ale bez przekroczenia rekordów. To jest fakt, który alarmiści pomijają, bo nie pasuje do narracji o „kolejnym rekordowym roku”.

Dane nie mówią, że zimy zniknęły. Zima 2025/2026 miała epizod solidnych mrozów. Dane nie mówią, że Polska zamieni się w Saharę – prognozy na najbliższe dekady mówią o ociepleniu o kolejne 1–2°C, co oznacza klimat bardziej zbliżony do dzisiejszej Francji niż do Afryki Północnej.

Ale dane również nie mówią – i tu sceptycy muszą to usłyszeć – że „nic się nie dzieje”. 2,4°C wzrostu od 1951 to jest fakt. Czterokrotnie więcej dni upalnych to jest fakt. Rosnący deficyt wody to jest fakt. Lasy płonące łatwiej i częściej to jest fakt. Mamy Puszczę Solską jako dowód sprzed dwóch dni.

Prawda jest taka – klimat się zmienia. Zmienia się mierzalnie, dokumentowalnie, jednoznacznie. Ale zmienia się powoli – w skali dekad, nie dni. I zmienia się nierównomiernie. Jedne lata są cieplejsze, inne chłodniejsze, jedne zimy mroźne, inne łagodne. Trend jest jasny. Ale szum – wahania z roku na rok – jest duży. I w tym szumie obie strony debaty znajdują „dowody” na swoje tezy, ignorując trend.

Dlaczego obie strony kłamią

Lewica klimatyczna kłamie, gdy mówi, że „każdy upał to katastrofa” i że „mamy dwanaście lat do końca świata” (hasło z 2018 roku, powtarzane do dziś mimo upływu ośmiu z tych dwunastu lat). Kłamie, gdy sugeruje, że zamknięcie polskich kopalń zatrzyma globalne ocieplenie (Polska odpowiada za 0,9 procenta globalnych emisji, nawet gdybyśmy zniknęli z mapy, globalny klimat tego nie zauważy). Kłamie, gdy przedstawia dekarbonizację jako bezbolesny proces, który „da nowe miejsca pracy i tańszą energię”, bo pisaliśmy, ile kosztuje Polskę brak atomu i drogi prąd z węgla. Transformacja jest konieczna, ale jest też bolesna, droga i pełna ryzyka.

Prawica klimatyczna kłamie, gdy mówi „nie ma zmian klimatycznych”. Są. IMGW je mierzy od stu lat. Kłamie, gdy mówi „to naturalne cykle”, bo tempo obecnego ocieplenia (2,4°C w 70 lat w Polsce, 1,3°C globalnie od XIX wieku) nie ma odpowiednika w żadnym „naturalnym cyklu” z ostatnich kilku tysięcy lat. Kłamie, gdy mówi „kiedyś też były upały”, bo pomija, ile ich było kiedyś (3,5 dnia) i ile jest dziś (14–15 dni). I kłamie, gdy sugeruje, że ignorowanie problemu jest bezpieczne, bo deficyt wody, pożary lasów, susze rolnicze i powodzie błyskawiczne to nie są „straszaki ekologów”. To są realne koszty, które już dziś ponosimy.

Gdzie jest prawda? 

Prawda jest tam, gdzie zawsze. W danych. I dane mówią trzy rzeczy.

Zmiany klimatu są realne. Nie „możliwe”, nie „prawdopodobne” – realne. Zmierzone. Udokumentowane. Przez IMGW, przez NASA, przez WMO, przez każdą poważną instytucję naukową na świecie. Temperatura rośnie. Upałów jest więcej. Wody jest mniej. Las się pali łatwiej. To nie jest kwestia wiary, to jest kwestia odczytu z termometru.

„Eksperci IMGW jednoznacznie wskazują, że silny trend wzrostowy temperatury powietrza w Polsce jest kontynuowany. Od 1951 roku wzrost średniej temperatury w skali roku szacowany jest na 2,4°C.”

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej, raport „Klimat Polski 2025″

Po drugie: tempo zmian jest poważne, ale nie apokaliptyczne. Polska nie zamieni się w pustynię za dziesięć lat. Ale za trzydzieści lat – przy kontynuacji trendu – będziemy mieli klimat południowych Niemiec, z temperaturami letnimi regularnie przekraczającymi 35°C, z suszami trwającymi miesiącami i z pożarami lasów, przy których Puszcza Solska będzie wydawać się epizodem. To nie jest „koniec świata”, to jest poważna zmiana warunków życia, rolnictwa, gospodarki wodnej i bezpieczeństwa.

Po trzecie: adaptacja jest ważniejsza niż deklaracje. Polska musi się przygotować na klimat, który nadchodzi. Niezależnie od tego, ile CO₂ wyemitujemy lub nie wyemitujemy. Retencja wody (bo będzie jej mniej i będzie padać gwałtowniej). Przebudowa lasów (z sosnowych monokultur na odporne lasy mieszane). System wczesnego ostrzegania przed upałami (bo fale upałów zabijają, szczególnie starszych). Infrastruktura odporna na nawalne opady (bo kanalizacja projektowana pod opady z lat siedemdziesiątych nie wytrzyma opadów z lat dwutysiącznych trzydziestych). To są konkretne, mierzalne, apolityczne działania, i są potrzebne niezależnie od tego, czy głosujesz na lewicę, czy na prawicę.Termometr nie głosuje. Nie ma opinii. Nie ogląda TVN-u ani TVP, ani Republiki. Mierzy temperaturę i zapisuje. I ten termometr – od siedemdziesięciu lat – mówi jedno: jest cieplej. Nie „może jest”. Nie „wydaje się”. Jest.Co z tą informacją zrobimy, to jest pytanie polityczne. Ale sama informacja nie jest. Jest naukowa. I zasługuje na to, by ją traktować poważnie. Bez histerii i bez zaprzeczania.Bo prawda o klimacie nie leży „pośrodku” między alarmizmem a negacjonizmem. Leży tam, gdzie zawsze leży prawda – w danych. A dane mówią: jest cieplej, jest suszej, jest niebezpieczniej. Nie apokaliptycznie, ale poważnie. I poważnie trzeba na to odpowiedzieć.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: