„Bałtyk jest zaorany”. Unijne regulacje, niemieckie interesy i flota paszowa zabijają rybołóstwo

Od 2020 roku na Bałtyku obowiązuje całkowity zakaz połowu dorsza. Dopuszczalny przyłów: 430 ton dla stada wschodniego, 266 ton dla zachodniego. W 2024 roku z Bałtyku wyłowiono 75,5 tysięcy ton ryb. O jedną piątą mniej niż rok wcześniej. Polska flota rybacka kurczy się z roku na rok. Mali rybacy z Helu, Ustki i Władysławowa mówią wprost: „system faworyzuje dużych i Niemców, a nas likwiduje.” Sprawdziliśmy i prawda jest bardziej złożona niż krzyk. Ale krzyk jest uzasadniony.

Na Helu, tym wąskim, piaszczystym palcu wsuniętym w Zatokę Gdańską stoi port rybacki. Kiedyś tętnił życiem: kutry wracały o świcie z dorsza, śledzie wieszano na sznurach, kobiety w fartuchach patroszyli w halach, a nad wszystkim unosił się zapach morza i soli. Dziś port jest cichy. Kutry stoją przy nabrzeżu. Nie dlatego, że jest zła pogoda, lecz dlatego, że nie ma co łowić. Albo raczej – nie wolno łowić.

Henryk Pozorski, rybak z Helu, jeden z ostatnich, którzy jeszcze próbują mówi zdanie, które powinno wisieć nad drzwiami każdego ministerstwa rolnictwa w Unii Europejskiej: „Bałtyk jest zaorany.” I dodaje: „Kiedyś łowiło się dla ludzi. Dzisiaj łowi się dla paszarni. Liczy się tylko białko. To jest przemysł, a nie rybołówstwo.”

Czy Pozorski ma rację? Częściowo tak. Ale historia polskiego rybołówstwa na Bałtyku jest bardziej złożona niż krzyk rozpaczy jednego rybaka. Jest w niej nauka (która mówi, że dorsz naprawdę wymiera), jest polityka (która faworyzuje jednych kosztem drugich), jest ekologia (która stawia pytania bez łatwych odpowiedzi) i jest dramat ludzki (który nie mieści się w żadnym raporcie).

Stan Bałtyku, czyli co mówi nauka

Zacznijmy od tego, co mierzalne, bo bez tego debata jest jałowa.

Międzynarodowa Rada Badań Morza (ICES), najwyższy autorytet naukowy w sprawach zasobów rybnych od lat alarmuje: populacja dorsza bałtyckiego jest w stanie krytycznym. Stado wschodnie (od Bornholmu po Finlandię) praktycznie w zapaści. Stado zachodnie (od Cieśnin Duńskich po Bornholm) w nieco lepszym stanie, ale wciąż poniżej bezpiecznych poziomów.

Przyczyny są złożone. I tu zaczyna się spór, bo różne strony podkreślają różne czynniki.

ICES wskazuje na przełowienie w poprzednich dekadach. Lata dziewięćdziesiąte i dwutysięczne, gdy łowiono więcej, niż populacja mogła odtworzyć. Wskazuje na brak wlewów słonej wody z Morza Północnego. Dorsz potrzebuje zasolonej, natlenionej wody do tarła, a takie wlewy zdarzają się coraz rzadziej (ostatni duży wlew w 2014 roku). Wskazuje na eutrofizację. Nadmiar azotu i fosforu z rolnictwa, który powoduje zakwity glonów, zużywa tlen i tworzy na dnie „martwe strefy”, w których nic nie żyje.

Rybacy wskazują na coś innego: foki. Bartłomiej Gościniak ze Stowarzyszenia Armatorów Łodziowych mówi, że populacja fok szarych na Bałtyku eksplodowała. Z kilku tysięcy w latach dziewięćdziesiątych do ponad pięćdziesięciu tysięcy dziś. „Foki zjadają setki ton ryb dziennie” – mówi. I dodaje, że to nie przełowienie, lecz „zmiany klimatyczne i foki” doprowadziły dorsza do zapaści.

Kto ma rację? Prawdopodobnie wszyscy po trochu. Dorsz bałtycki jest ofiarą kilku czynników jednocześnie: historycznego przełowienia, zmian środowiskowych (ocieplenie, brak wlewów, eutrofizacja), rosnącej populacji fok i – jak twierdzą mali rybacy – floty paszowej, która wyciąga z morza pokarm dorsza (szprot i śledź) na paszę.

Zakaz od 2020 roku. Kto zyskuje, kto traci?

W 2020 roku Rada Unii Europejskiej wprowadziła całkowity zakaz ukierunkowanych połowów dorsza na Bałtyku. Dopuszczono jedynie tak zwany „przyłów przypadkowy” – dorsza, który wpadnie do sieci podczas łowienia innych gatunków. Limity na 2026 rok: 430 ton dla stada wschodniego i 266 ton dla zachodniego. Łącznie – 696 ton. Dla porównania: jeszcze w 2015 roku Polska łowiła ponad 10 000 ton dorsza rocznie.

Zakaz ma sens ekologiczny. ICES jednoznacznie rekomenduje zerowe połowy do czasu odbudowy populacji. Ale zakaz ma też konsekwencje społeczne i ekonomiczne. I tu zaczynają się pytania, na które Bruksela nie ma dobrych odpowiedzi.

Dla kogo zakaz jest najbardziej dotkliwy? Dla małych rybaków, tych z łodziami do dwunastu metrów, łowiących na Bałtyku od pokoleń. Dla nich dorsz był podstawą dochodu. Pozorski z Helu: „My mamy po 100-150 kilo dorsza rocznie jako przyłów, a duże kutry wyciągają dziesiątki ton szprota jednym zaciągiem.” Mali rybacy stracili główne źródło utrzymania i nie mają czym go zastąpić.

A kto na zakazie traci najmniej? Duże jednostki paszowe. Te, które łowią szprota i śledzia na paszę dla zwierząt, nie na ludzki stół. One nigdy nie łowiły dorsza jako główny gatunek,  więc zakaz ich nie dotknął. Co więcej – kwoty na szprota wzrosły o 45 procent na 2026 rok, a na śledzia o 15 procent. Duże kutry mają więcej do łowienia. Mali mniej.

Pozorski mówi to bez ogródek: „Jeden armator ma siedem kutrów, a łowią dwa. Z pozostałych biorą kwoty połowowe, przekładają między sobą i w papierach wszystko gra. A w morzu nie ma ryby.” To jest zjawisko „handlu kwotami”. Legalne, ale w oczach małych rybaków patologiczne. Duży armator kupuje lub dzierżawi kwoty od mniejszych, kumuluje je na kilku jednostkach i łowi intensywnie. W papierach wszystko się zgadza – siedem kutrów ma kwoty. W rzeczywistości łowią dwa, a pięć stoi w porcie.

Czy Niemcy grają nie fair?

Polscy rybacy twierdzą, że regulacje unijne faworyzują Niemców. Czy mają rację? Odpowiedź jest złożona, ale w niektórych aspektach: tak.

Po pierwsze – podział kwot historycznych. Kwoty połowowe w UE są dzielone między państwa członkowskie na podstawie „historycznych wzorców połowowych”, czyli tego, kto ile łowił w przeszłości. System ten, ustalony dekady temu, faworyzuje kraje z dużymi flotami historycznymi. Niemcy, mimo mniejszej floty niż Polska mają proporcjonalnie korzystniejsze kwoty na niektóre gatunki w zachodniej części Bałtyku, bo historycznie tam dominowali.

„Flota paszowa zniszczyła Bałtyk. Kiedyś dorsz zaczynał się odradzać, był w niezłej kondycji. Ale jak ma się odrodzić, skoro nie ma czym się pożywić? Cały narybek – szprot i śledź – idzie na paszę. To tak, jakby człowieka postawić przy stole szwedzkim i nie dać mu zjeść.” 

– Henryk Pozorski, rybak z Helu

Po drugie geografia. Dorsz zachodni, ten w nieco lepszym stanie żyje głównie w zachodniej części Bałtyku, bliżej Niemiec i Danii. Dorsz wschodni – ten w zapaści – żyje w części wschodniej, bliżej Polski, Litwy i Łotwy. Zakaz dotyczy obu stad, ale konsekwencje są bardziej dotkliwe dla krajów zależnych od stada wschodniego.

Po trzecie spór wewnątrz Niemiec. I tu pojawia się fascynujący wątek, o którym polskie media mówią za mało. W samych Niemczech trwa ostry spór między naukowcami i rybakami.

Rainer Froese z Geomar Helmholtz-Zentrum w Kilonii, wpływowy naukowiec wzywa do pełnego zakazu połowów dorsza I śledzia na Bałtyku. Na co najmniej rok, najlepiej dwa do trzech lat. Żadnych przyłowów. Żadnych wyjątków. Totalne moratorium. „Rybacy powinni otrzymać rekompensaty” – mówi, ale połowy muszą ustać.

Christopher Zimmermann z Thünen-Institut für Ostseefischerei – równie poważny naukowiec – odpowiada: zniesienie wyjątków dla śledzia zachodniego byłoby „katastrofą dla miejscowych firm.” Innymi słowy: nawet niemieccy naukowcy nie są zgodni. Jedni chcą chronić rybę za wszelką cenę. Drudzy chcą chronić rybaka za wszelką cenę.

I tu leży sedno problemu: niemieccy rybacy z Meklemburgii i Szlezwika-Holsztynu mają silniejsze lobby w Berlinie niż polscy rybacy z Helu i Ustki w Warszawie. A Berlin ma silniejszy głos w Brukseli niż Warszawa. To nie jest „spisek”, to jest realpolitik. I polscy rybacy płacą za niego cenę.

Flota paszowa: słoń w pokoju

Jest w debacie o Bałtyku temat, o którym mówi się za mało, bo dotyczy interesów dużych graczy, nie małych rybaków.

Rybołówstwo paszowe to połowy na dużą skalę – szprot i śledź łowione nie na ludzki stół, lecz na paszę dla zwierząt (głównie łososia hodowlanego i drobiu). Duże kutry z jednorazowym zaciągiem wyciągają dziesiątki ton ryby, która trafia do przetwórni i jest mielona na mączkę rybną.

Pozorski mówi wprost: „Rybołówstwo paszowe powinno zostać całkowicie zakazane, a połowy ograniczone wyłącznie do celów konsumpcyjnych. Niech łowią tyle, ile można zjeść, a nie tyle, ile da się sprzedać na białko.”

Argument jest prosty i logiczny. Dorsz żywi się szprotem i śledziem. Jeśli flota paszowa wyłowi szprot i śledź na paszę dorsz nie ma czym się żywić. Zakaz połowów dorsza nie pomoże, jeśli jednocześnie łowi się jego pokarm. „Jak ma się odrodzić, skoro nie ma czym się pożywić?” — pyta Henryk Pozorski. I trudno mu odmówić racji.

Kwoty na szprota na 2026 rok wzrosły o 45 procent – do ponad 200 000 ton. To jest decyzja, która cieszy flotę paszową i powinna niepokoić każdego, kto chce odbudowy dorsza. Bo więcej szprota w sieciach paszowców, to mniej szprota w morzu. A mniej szprota w morzu,  to mniej jedzenia dla dorsza.

Bałtyk się kurczy

Liczby mówią same za siebie. W 2024 roku z Bałtyku wyłowiono 75,5 tysięcy ton ryb, o 20,5 procent mniej niż rok wcześniej. Polska flota rybacka – kiedyś jedna z największych na Bałtyku, odpowiadająca za około 20 procent wszystkich połowów w regionie – kurczy się z roku na rok.

Jeszcze przed wprowadzeniem zakazu połowów dorsza ponad 7 000 statków rybackich ze wszystkich ośmiu państw bałtyckich UE poławiało dorsza. Dla 182 statków z Litwy i Polski połowy dorsza stanowiły ponad 50 procent ich całkowitych połowów. Te 182 statki – w większości małe, rodzinne łodzie – straciły połowę dochodów z dnia na dzień.

W miastach portowych – Władysławowie, Ustce, Kołobrzegu, Darłowie, Łebie, Helu – skutki są widoczne gołym okiem. Mniej kutrów przy nabrzeżu. Mniej rybaków na ulicach. Mniej smażalni z lokalnym dorszem, bo dorsz w smażalniach jest teraz mrożony, importowany z Norwegii lub Islandii. Pisaliśmy w artykule o turystyce, że polskie wybrzeże ma swoje atuty, ale jednym z nich od wieków był świeży dorsz prosto z kutra. Ten atut znika.

Pieniądze, które nie naprawiły systemu

Rząd PiS, a po nim rząd Tuska próbowały łagodzić skutki zakazu pieniędzmi. Łączna kwota wsparcia, która trafiła do sektora rybactwa morskiego: 515 milionów złotych. Z tego 270 milionów  dla rybaków drobnoskalowych (łodzie do 12 metrów). 151 milionów – za „tymczasowe zaprzestanie działalności” (czyli za stanie w porcie).

Zakaz połowów dorsza na Bałtyku obowiązuje od 2020 roku. Przyłów: 430 ton (stado wschodnie) + 266 ton (zachodnie) – łącznie 696 ton. Przed zakazem Polska łowiła ponad 10 000 ton rocznie. W 2024 roku z Bałtyku wyłowiono 75,5 tys. ton ryb (-20,5% r/r). Kwoty na szprota na 2026: +45% (na paszę). Kwoty na śledzia: +15%. 515 mln zł wsparcia dla rybaków od 2020 roku – w tym 151 mln za „stanie w porcie.” Polska flota = ok. 20% połowów w regionie. 182 statki z Litwy i Polski straciły ponad 50% dochodów. W Niemczech spór naukowców: Froese chce pełnego zakazu, Zimmermann ostrzega przed „katastrofą dla firm.” Rosja łowi bez ograniczeń UE. A Henryk Pozorski z Helu mówi: „W smażalniach zostanie odmrażany dorsz i hodowlany łosoś.”

Rybacy mówią: pieniądze pomogły przetrwać, ale nie naprawiły problemu. Bo problem nie polega na tym, że rybak nie ma pieniędzy na czynsz. Problem polega na tym, że rybak nie ma ryby. Pieniądze za stanie w porcie to nie jest „rozwiązanie”. To jest zasiłek dla bezrobotnych, tyle że morskich. I rybak – człowiek, który całe życie pracował na morzu – nie chce zasiłku. Chce łowić.

Były wiceminister Krzysztof Ciecióra mówił: „Szukaliśmy furtki i możliwości na to, aby wypłacić, wspomóc rybaków.” Ale furtka – jak sam przyznawał – nie istnieje, bo „prawo w tym zakresie jest tworzone na szczeblu unijnym, a Komisja Europejska podtrzymuje zakaz.”

Rybacy kontra naukowcy: dwa światy na jednym morzu

Jest w tej historii fundamentalne napięcie – między rybakami, którzy widzą morze codziennie, a naukowcami, którzy widzą je w danych.

Rybacy mówią: „Dorsz wraca. Widzimy go w sieciach, jest go więcej niż rok temu. Jest w lepszej kondycji. Badania naukowe publikowane są z opóźnieniem, my widzimy to na bieżąco.” Stowarzyszenie Armatorów Łodziowych: „Jako praktycy zauważamy wyraźną poprawę kondycji biologicznej dorsza w morzu bałtyckim.”

Naukowcy z ICES mówią: „Nie mamy wystarczających danych, by potwierdzić odbudowę stada. Moratorium musi trwać, dopóki dane nie pokażą trwałej poprawy.”

Kto ma rację? Możliwe, że obaj. Rybacy widzą to, co widzą – pojedyncze dorsze w sieciach, lepszą kondycję ryb w przyłowie. Ale naukowcy patrzą na populację jako całość – na biomasę tarłową, na rekrutację młodych osobników, na trendy wieloletnie. I te dane, wciąż nie są optymistyczne.

Problem polega na tym, że nauka potrzebuje czasu. Zbieranie danych, analiza, peer review, publikacja – to trwa lata. A rybak na Helu nie ma lat. Ma sezon. Ma czynsz. Ma rodzinę. I ma sieć, która wisi na kołkach, bo nie wolno jej zarzucić.

Rosja, czyli gracz, którego nikt nie kontroluje

Jest jeszcze jeden element, i to element, który szczególnie irytuje polskich rybaków.

Rosja – jako kraj spoza UE – nie podlega unijnym regulacjom połowowym. Rosyjskie kutry łowią na Bałtyku bez ograniczeń narzuconych przez Brukselę. Nie dotyczą ich kwoty, nie dotyczą ich zakazy, nie dotyczą ich moratorium.

To jest w oczach polskich rybaków podwójna niesprawiedliwość. Polski rybak stoi w porcie, bo Unia zakazała mu łowić dorsza. Rosyjski rybak łowi, bo Unia nie ma nad nim władzy. A dorsz nie zna granic. Pływa tam, gdzie chce.

Ile Rosja łowi na Bałtyku? Trudno precyzyjnie ustalić, bo rosyjskie dane są niepełne i niewiarygodne. Ale fakt, że jeden z głównych graczy na Bałtyku jest całkowicie poza systemem regulacji, podważa sens moratorium, które obowiązuje tylko połowę łowiących.

Co powinno się zmienić

Tu dochodzimy do postulatów. Są one zaskakująco spójne, niezależnie od tego, czy pytamy rybaków, naukowców czy polityków.

Chodzi, przede wszystkim o zakaz rybołówstwa paszowego na Bałtyku. Jeśli celem jest odbudowa dorsza. Trzeba chronić nie tylko dorsza, lecz także jego pokarm. Łowienie setek tysięcy ton szprota na paszę, jednocześnie zakazując łowienia dorsza jest sprzecznością, którą widzi każdy rybak, ale której nie widzi Bruksela.

Po drugie – sprawiedliwszy podział kwot. Historyczne wzorce połowowe sprzed dekad nie powinny determinować podziału kwot na zawsze. Polska, z jedną z najdłuższych linii brzegowych na Bałtyku powinna mieć kwoty proporcjonalne do swojego wybrzeża, nie do tego, ile łowiła w 1985 roku.

Konieczna jest ochrona małych rybaków kosztem dużych. System, w którym armator z siedmioma kutrami handluje kwotami, a rybak z jedną łodzią traci środki do życia jest patologiczny. Kwoty dla łodzi do dwunastu metrów powinny być niezbywalne. Nie do sprzedania, nie do wydzierżawienia, nie do „przełożenia” na inny kuter.

Dopóki Rosja łowi bez ograniczeń moratorium dla reszty jest dziurawe. Unia Europejska powinna postawić sprawę na forum FAO i ICES i domagać się, by Rosja przestrzegała tych samych zasad.

Potrzebna jest też uczciwa rekompensata, nie zasiłek. Rybak, któremu zabrano prawo do łowienia, powinien dostać nie „pieniądze za stanie w porcie”, lecz realne wsparcie w przekwalifikowaniu (turystyka morska, rybołówstwo rekreacyjne, akwakultura) lub godną emeryturę. Bo wielu z tych ludzi ma po pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat i „przekwalifikowanie na programistę” nie jest opcją.Na Helu – na nabrzeżu, przy pustych kutrach – stoi rybak. Ma sześćdziesiąt lat. Łowi od trzydziestu pięciu. Jego ojciec łowił. Jego dziadek łowił. Jego syn nie łowi. „Bo po co? – mówi – Za kilka lat nie będzie ani dorsza, ani rybaków, ani turystów.”I dodaje zdanie, które jest jednocześnie diagnozą i epitafium: „Jak nic się nie zrobi, to Bałtyk umrze, a w smażalniach zostanie odmrażany dorsz i hodowlany łosoś.”Ma rację. Nie we wszystkim, ale w tym jednym: Bałtyk umiera. Umiera od eutrofizacji, od ocieplenia, od braku wlewów, od floty paszowej, od fok, od lat zaniedbań. I umiera, mimo moratorium. Bo moratorium chroni dorsza przed rybakami. Ale nie chroni go przed brakiem tlenu na dnie, przed brakiem szprota w morzu i przed rosyjskimi kutrami, które łowią bez ograniczeń.Stoi na nabrzeżu i patrzy na morze. To samo morze, na które patrzył jego dziadek. I jego pradziadek. I rybacy z Helu od sześciuset lat. Morze jest to samo. Ale ryb nie ma. I rybaków za chwilę nie będzie.I wtedy nikt nie będzie stał na tym nabrzeżu. I nikt nie powie: „Bałtyk jest zaorany.” Bo nie będzie komu powiedzieć.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: