268 miliardów złotych na „odbudowę po pandemii”. 90 procent poszło na płynność budżetu. Polska zmarn

Prezes Najwyższej Izby Kontroli mówi wprost: „Około 90 procent środków z KPO wykorzystano do zarządzania płynnością.” Nie na inwestycje. Nie na drogi, szpitale, szkoły. Na łatanie dziur w budżecie. A z tych 10 procent, które trafiły do beneficjentów część wydano na jachty, klub swingersów, solaria i maszyny do lodów. 58 procent całego KPO to pożyczki, które będziemy spłacać do 2058 roku. Termin wydatkowania: sierpień 2026 – za trzy miesiące. I pytanie, które trzeba postawić: czy Krajowy Plan Odbudowy odbudowuje Polskę, czy odbudowuje budżet ministra finansów?

Krajowy Plan Odbudowy miał być największą szansą rozwojową Polski od wejścia do Unii Europejskiej. Prawie sześćdziesiąt miliardów euro. Dwieście sześćdziesiąt osiem miliardów złotych na odbudowę gospodarki po pandemii COVID-19. Na drogi, szpitale, szkoły, cyfryzację, zieloną energię, innowacje. Na „cywilizacyjny skok”, jak mówili politycy.

Minęły dwa lata od pierwszej transzy. I „cywilizacyjny skok” wygląda tak: 90 procent środków poszło na „zarządzanie płynnością sektora finansów publicznych” – jak stwierdził prezes NIK Mariusz Haładyj. A z pozostałych 10 procent część trafiła na jachty, solaria, klub swingersów i maszyny do lodów. To nie jest satyra. To są fakty.

Co to jest KPO

Zacznijmy od fundamentów, bo bez nich nie da się zrozumieć skali zmarnowanej szansy.

Krajowy Plan Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO) to program finansowany z unijnego Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF), utworzonego w odpowiedzi na kryzys wywołany pandemią COVID-19. Każde państwo członkowskie UE przygotowało własny plan – listę reform i inwestycji, które miały wzmocnić gospodarkę i przygotować ją na przyszłe kryzysy.

Polski KPO składa się z 57 inwestycji i 54 reform. Obejmuje pięć filarów: zieloną energię i zmniejszenie energochłonności (44,96 procent budżetu na cele klimatyczne), transformację cyfrową (21,28 procent), zdrowie, edukację i jakość instytucji.

Budżet: 59,8 miliarda euro, czyli około 268 miliardów złotych. Z tego 25,27 miliarda euro (113,28 mld zł) to bezzwrotne dotacje. Reszta – 34,54 miliarda euro (154,81 mld zł) – to preferencyjne pożyczki. Spłata do 2058 roku.

I tu jest pierwsza rzecz, o której politycy wolą nie mówić: 58 procent KPO to nie jest „prezent od Unii”. To jest kredyt. Tani, długoterminowy, preferencyjny ale kredyt. Pieniądze, które Polska pożyczyła i które będzie spłacać przez trzydzieści lat. Rząd mówi „dostaliśmy 268 miliardów.” Prawda brzmi: dostaliśmy 113 miliardów. Resztę pożyczyliśmy.

Blokada, odblokowanie i pośpiech

Tu dochodzimy do kontekstu politycznego, który jest kluczowy dla zrozumienia bałaganu.

KPO Polski zostało zatwierdzone przez Komisję Europejską w 2022 roku ale wypłata środków była zablokowana ze względu na rzekomy spór o praworządność między rządem PiS a Brukselą. Przez dwa lata – 2022 i 2023 – pieniądze leżały w Brukseli, a Polska nie dostawała ani euro.

Po zmianie rządu w grudniu 2023 roku nowa koalicja szybko „odblokowała” KPO. Pierwsza transza – 27 miliardów złotych – wpłynęła do Polski 15 kwietnia 2024 roku. Kolejne w następnych miesiącach. Do wiosny 2026 roku Polska otrzymała łącznie sześć transz.

Ale jest haczyk: termin. Wszystkie środki z KPO muszą być wydatkowane do 31 sierpnia 2026 roku. To jest nieelastyczny deadline narzucony przez Komisję Europejską. Co oznacza, że Polska miała de facto dwa lata (od kwietnia 2024 do sierpnia 2026) na wydanie pieniędzy, które miały być wydawane przez pięć lat (2021–2026).

Dwa lata zamiast pięciu. Na 268 miliardów złotych. Efekt? Pośpiech. Chaos. I – jak się okazuje – „zarządzanie płynnością” zamiast inwestycji.

Prezes NIK: „90 procent na płynność”

16 marca 2026 roku prezes Najwyższej Izby Kontroli Mariusz Haładyj udzielił wywiadu portalowi WNP.pl, w którym powiedział zdanie, które powinno wstrząsnąć polską debatą publiczną: „Około 90 procent środków wykorzystano do zarządzania płynnością. Wynikało to głównie z opóźnień w realizacji programów.”

Co to oznacza w praktyce? Pieniądze z KPO wpływały z Brukseli na konto w Polskim Funduszu Rozwoju (PFR). PFR miał je przekazywać do instytucji realizujących inwestycje – ministerstw, agencji, samorządów. Ale inwestycje nie były gotowe, bo plany, przetargi, projekty budowlane, decyzje środowiskowe – to wszystko wymaga czasu. Czasu, którego nie było.

I wtedy minister finansów zrobił to, co robi każdy minister finansów, który ma na koncie setki miliardów i nie wie, na co je wydać: użył ich do „zarządzania płynnością”, czyli de facto do finansowania bieżących wydatków budżetowych. Nie „ukradł” – „zarządzał.” Ale efekt jest ten sam: pieniądze, które miały budować drogi i szpitale, przez miesiące leżały w systemie budżetowym jako bufor finansowy. Łatały dziury w budżecie – tym samym budżecie, który w pierwszym kwartale 2026 miał deficyt 69,5 miliarda złotych.

Poseł Zbigniew Kuźmiuk (PiS) – cytując słowa prezesa NIK – napisał na X: „Środki z KPO wcale nie poszły na inwestycje, tylko aż w 90 procentach zostały wykorzystane przez ministra finansów na utrzymanie płynności sektora finansów publicznych. Niebywały skandal!”

Ministerstwo Funduszy odpowiedziało, że „środki z KPO są wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem” i że „zarządzanie płynnością” to standardowa procedura techniczna. I formalnie – mają rację: prawo pozwala na tymczasowe lokowanie środków w systemie budżetowym, zanim trafią do beneficjentów. Ale „tymczasowe” – gdy trwa miesiącami – przestaje być tymczasowe. I „zarządzanie płynnością” – gdy obejmuje 90 procent środków – przestaje być procedurą techniczną. Staje się modelem.

Samorządy: pożyczki zamiast dotacji

Pisaliśmy obszernie o samorządach uzależnionych od władzy centralnej. O szpitalach powiatowych na krawędzi. O szkołach zamykanych, bo gminy nie stać. O infrastrukturze, która nie nadąża za deweloperką. KPO miało być ratunkiem – miliardami na inwestycje lokalne.

„Około 90 procent środków wykorzystano do zarządzania płynnością. Wynikało to głównie z opóźnień w realizacji programów.” 

Mariusz Haładyj, prezes Najwyższej Izby Kontroli, marzec 2026

Ale – i tu jest punkt, który podnosił na naszych łamach prezydent Margielski z Otwocka – KPO w znacznej części oferuje samorządom nie dotacje, lecz pożyczki. „Zastąpienie bezzwrotnych dotacji systemem pożyczkowym sprawia, że samorządy, realizując inwestycje, błyskawicznie powiększają swoje zadłużenie” – mówił Margielski. I miał rację: gmina, która bierze pożyczkę z KPO na budowę szkoły, ma szkołę ale ma też dług. A dług, przy rosnących kosztach obsługi i spadających dochodach może być gwoździem do trumny.

Rząd PiS oferował samorządom bezzwrotne dotacje z Polskiego Ładu (95–98 procent dofinansowania). KPO oferuje pożyczki. Dla gminy różnica jest fundamentalna: dotacja daje drogę za darmo. Pożyczka daje drogę za cenę zadłużenia na trzydzieści lat.

Skandal HoReCa: jachty, solaria i klub swingersów

I tu dochodzimy do wątku, który latem 2025 roku trafił na pierwsze strony gazet, i który do dziś nie został w pełni wyjaśniony.

W sierpniu 2025 roku na stronie internetowej KPO pojawiła się mapa beneficjentów – firm, które otrzymały dotacje w ramach inwestycji A1.2.1 „Wsparcie działań inwestycyjnych realizowanych przez MŚP w sektorze HoReCa.” HoReCa to skrót od Hotel-Restaurant-Catering – branża, która najbardziej ucierpiała w pandemii (lockdowny, zamknięcia, brak klientów).

Program miał pomóc hotelom, restauracjom i firmom cateringowym odbudować się po COVID-19. Łączna kwota: około 1,2 miliarda złotych, ponad 3 000 umów. Brzmi dobrze ale gdy dziennikarze i internauci zaczęli przeglądać listę beneficjentów, okazało się, że „odbudowa po pandemii” wygląda – delikatnie mówiąc – dziwnie.

Z pieniędzy KPO kupiono między innymi: jachty (firma turystyczna kupiła łódź za kilkaset tysięcy złotych – „na cele rekreacyjne”), solaria (salon kosmetyczny „powiązany z hotelarstwem”), maszynę do lodów (lodziarnia jako „element HoReCa”), wirtualną strzelnicę (park rozrywki), a – co wywołało największe poruszenie – dotację otrzymał klub swingersów, który zadeklarował się jako „obiekt noclegowy z elementami rekreacji.”

Klub swingersów z pieniędzy na odbudowę po pandemii. To jest zdanie, które brzmi jak żart ale nim nie jest.

PARP (Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości) = instytucja rozdzielająca środki – tłumaczyła, że „wszystkie dotacje zostały przyznane zgodnie z kryteriami programu” i że „beneficjenci spełniali wymogi formalne.” I formalnie – prawdopodobnie mieli rację: jeśli klub swingersów jest zarejestrowany jako „obiekt noclegowy” i ucierpiał w pandemii, to formalnie kwalifikuje się do programu HoReCa.

Ale pytanie nie brzmi „czy formalnie kwalifikuje się.” Pytanie brzmi: „czy o to chodziło?” Czy pieniądze z KPO – z instrumentu, który ma „odbudować gospodarkę i zwiększyć odporność” – powinny trafiać na jachty, solaria i kluby swingersów? Czy to jest „odbudowa”, czy to jest parodia?

Minister funduszy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz zapowiedziała kontrole. PARP rozpoczęła weryfikację. Ale pieniądze – już wypłacone – trudno odzyskać. I wizerunek KPO, już nadszarpnięty przez „zarządzanie płynnością” został pogrzebany pod stertą memów o „jachtach z Unii.”

Kto miał skorzystać, a kto korzysta?

Tu dochodzimy do pytania fundamentalnego: dla kogo jest KPO?

Według oficjalnych dokumentów dla wszystkich. Dla przedsiębiorców (innowacje, cyfryzacja, zielona energia). Dla samorządów (drogi, szpitale, transport publiczny). Dla obywateli (zdrowie, edukacja, mieszkalnictwo). Dla środowiska (OZE, efektywność energetyczna, gospodarka o obiegu zamkniętym).

W praktyce korzystają ci, którzy potrafią napisać wniosek. A to w polskim systemie nie jest umiejętność powszechna. Procedury aplikacyjne są skomplikowane, kryteria oceny niejednoznaczne, a terminy – w kontekście pośpiechu wynikającego z deadline’u sierpniowego – krótkie. Duża firma z działem projektowym napisze wniosek w tydzień. Mały przedsiębiorca z Podlasia nie napisze go wcale.

KPO: 59,8 miliarda euro (268 mld zł). Z tego 25,27 mld euro dotacji i 34,54 mld euro pożyczek (58%). Spłata do 2058 roku. Prezes NIK (marzec 2026): „Około 90% środków wykorzystano do zarządzania płynnością.” Skandal HoReCa (sierpień 2025): z 1,2 mld zł na „odbudowę po pandemii” – jachty, solaria, klub swingersów, maszyny do lodów. 3 000+ umów, PARP: „zgodnie z kryteriami.” Rząd zmniejszył pożyczkę o 5,1 mld euro – „nie zdążymy wykorzystać.” Termin: sierpień 2026 – za trzy miesiące. KPO dodaje 3,1 pp do długu publicznego (66,8% vs 63,7% PKB). A samorządy dostają pożyczki zamiast dotacji. I gmina, która nie ma wody – nie stać się na kolejny dług. 268 miliardów. Raz w pokoleniu. I 90 procent – na „płynność.”

Według krytyków KPO w praktyce stało się narzędziem, z którego korzystają przede wszystkim: budżet państwa (90 procent na „płynność”), duże firmy i instytucje (które mają zasoby na pisanie wniosków), sprzedawcy jachtów i solariów (którzy znaleźli luki w kryteriach HoReCa) i system bankowy (który obsługuje pożyczki).

Kto nie korzysta? Mali przedsiębiorcy, którzy nie mają czasu na biurokrację. Samorządy, które boją się zadłużenia. Szpitale powiatowe, które potrzebują pieniędzy na przetrwanie, nie na „projekty innowacyjne.” I obywatele, którzy mieli zobaczyć nowe drogi, szkoły i szpitale, a widzą memy o jachtach.

Termin: sierpień 2026

Jest jeszcze jeden element – i jest alarmujący.

Wszystkie środki z KPO muszą być wydatkowane do 31 sierpnia 2026 roku. Za trzy miesiące. A według prezesa NIK 90 procent środków nie trafiło jeszcze do beneficjentów (bo było „zarządzane” w budżecie). Co oznacza, że w ciągu trzech miesięcy Polska musi wydać setki miliardów złotych na inwestycje, które nie zostały jeszcze rozpoczęte.

To jest fizycznie niemożliwe. Nie da się w trzy miesiące zbudować drogi, szpitala, szkoły. Nie da się w trzy miesiące przeprowadzić przetargu, podpisać umowy, rozpocząć i zakończyć budowy. Nie da się, chyba że „wydanie” oznacza nie „zrealizowanie inwestycji”, lecz „podpisanie umowy i przekazanie pieniędzy.” A to – jak pokazuje skandal HoReCa – prowadzi do wydawania pieniędzy na cokolwiek, byle zdążyć przed deadline’em.

Rząd już podjął decyzję o zmniejszeniu części pożyczkowej KPO o 5,1 miliarda euro,  argumentując, że „nie zdążymy ich wykorzystać” i że „ograniczy to presję na budżet.” To jest przyznanie się do porażki – w języku urzędniczym, ale porażki.

Ile KPO kosztuje budżet

I jeszcze jeden wątek, który umyka w debacie.

Minister finansów Andrzej Domański wyliczył, że zadłużenie Polski na koniec 2026 roku wyniesie 66,8 procent PKB. Bez KPO – byłoby to 63,7 procent. KPO dodaje 3,1 punktu procentowego do długu publicznego. To jest cena „odbudowy” – odbudowy, z której 90 procent poszło na płynność budżetu.

Dla porównania: obsługa długu publicznego w 2026 roku kosztuje budżet ponad 90 miliardów złotych. Każdy punkt procentowy PKB w długu to dodatkowe miliardy złotych odsetek – rocznie, przez dekady. KPO, które miało być inwestycją, staje się obciążeniem. Nie dlatego, że pieniądze były złe. Dlatego, że zostały źle wydane. Albo – co gorsza – nie wydane wcale.

Polacy – ci, dla których KPO miało być „cywilizacyjnym skokiem” – patrzą na to wszystko i nie rozumieją. Bo im mówiono: „dostaniemy 268 miliardów.” A dostali jacht na Bałtyku i dług do 2058 roku.

268 miliardów złotych. 90 procent na „zarządzanie płynnością.”

To nie jest plan odbudowy. To jest plan przeżycia – od transzy do transzy, od checkboxa do checkboxa, od deadline’u do deadline’u. A odbudowa? Odbudowa poczeka. Jak zawsze w Polsce – poczeka.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: