Komisja Europejska opublikowała najnowszą prognozę. Deficyt Polski sięgnie 6,5 procent PKB. Najwyższy w całej Unii Europejskiej. Ponad dwukrotnie więcej niż dozwolone 3 procent. Ale rząd sam, w dokumentach, do których dotarł Money.pl szacuje 6,8 procent. A ekonomista VeloBanku mówi: może być bliżej 6,9. Dług Skarbu Państwa przekroczył 1,7 biliona złotych. Dług sektora finansów publicznych przebije 60 procent PKB, czyli unijny próg, którego Polska dotąd nie przekraczała. Rośniemy najszybciej w Europie. I zadłużamy się najszybciej w Europie.
Są w polskiej debacie publicznej zdania, które powinny zmieniać bieg rozmowy, ale nie zmieniają, bo giną w szumie politycznych kłótni. Zdanie komisarza Valdasa Dombrovskisa z jest takim zdaniem: „Polska będzie miała najwyższy deficyt budżetowy spośród wszystkich państw członkowskich Unii.”
Nie „jeden z najwyższych.” Nie „wśród najwyższych.” Najwyższy. Ze wszystkich dwudziestu siedmiu. Wyższy niż Rumunia (która była liderem w ubiegłych latach). Wyższy niż Francja (która ma strukturalne problemy fiskalne od dekad). Wyższy niż Włochy (których dług publiczny przekracza 140 procent PKB).
Polska, kraj rosnący o 3,5 procent PKB, czwarta największa gospodarka w Europie Środkowej, aspirujący do grona liderów Unii Europejskiej ma najgorsze finanse publiczne na kontynencie.
6,5, 6,8, a może 6,9. Trzy prognozy, żadna dobra
Komisja Europejska w dzisiejszej prognozie wiosennej szacuje deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w Polsce na 6,5 procent PKB w 2026 roku. To jest wzrost wobec jesiennej prognozy (6,3 procent) i ponad dwukrotne przekroczenie dozwolonego w Unii progu 3 procent.
>> PRZECZYTAJ TAKŻE <<
Ale to nie jest najgorsza prognoza. Rządowe dokumenty „Projekt sprawozdania z wdrażania średniookresowego planu budżetowo-strukturalnego” oraz „Projekt wieloletnich założeń makroekonomicznych na lata 2026–2030,” do których dotarł Money.pl szacują deficyt na 6,8 procent PKB. Trzy dziesiąte punktu procentowego więcej niż prognoza KE i bez uwzględnienia skutków rządowego pakietu „Ceny Paliwa Niżej.”
Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, były dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego skomentował na platformie X: „Nie jest to dobra informacja, zwłaszcza że deficyt może być wyższy niż to, co obecnie prognozuje KE i bliżej poziomu 6,8-6,9 proc. PKB.”
Przypomnijmy: w ustawie budżetowej na 2026 rok rząd zapisał deficyt na poziomie 5,5 procent PKB. Między 5,5 a 6,8 – przepaść 1,3 punktu procentowego. To nie jest „korekta prognozy”, to jest przyznanie, że budżet był pisany na podstawie założeń, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
A w ubiegłym roku, 2025 deficyt „nieoczekiwanie przebił 7 procent PKB” licząc metodą unijną. Siedem procent. Ponad dwukrotnie ponad dozwolony limit. I nikt, dosłownie nikt w rządzie nie poniósł za to odpowiedzialności.
1,7 biliona złotych. Dług, który rośnie szybciej niż gospodarka
Dług Skarbu Państwa na koniec marca 2026 roku wyniósł 1 bilion 706 miliardów złotych. Bilion siedemset sześć miliardów. Kwota, której ludzki umysł nie jest w stanie sobie wyobrazić, bo nie mamy doświadczenia z takimi liczbami.
Spróbujmy: gdyby rozłożyć ten dług na każdego mieszkańca Polski – na każde niemowlę, dziecko, dorosłego, emeryta – wynosiłby ponad 45 000 złotych na osobę. Czteroosobowa rodzina „jest winna” 180 000 złotych. Tyle co średni kredyt hipoteczny.
„W tym roku Polska będzie miała najwyższy deficyt budżetowy spośród wszystkich państw członkowskich Unii. Konieczne jest skierowanie deficytu na ścieżkę spadkową.”
– Valdis Dombrovskis, komisarz UE ds. gospodarczych, 21 maja 2026
Ale dług sam w sobie nie jest problemem. Problemem jest jego dynamika. Rządowe dokumenty, do których dotarł Money.pl, wskazują, że zadłużenie sektora finansów publicznych sięgnie 65,1 procent PKB w 2026 roku. Przekroczy zatem unijny próg 60 procent. Po raz pierwszy w historii III RP licząc metodą ESA 2010.
Komisarz Valdas Dombrovskis powiedział to dziś wprost: „Spodziewamy się, że wskaźnik zadłużenia Polski przekroczy 60 procent PKB, więc wyraźnie widać potrzebę korekty fiskalnej.”
„Korekta fiskalna” w języku urzędniczym Brukseli oznacza: cięcia wydatków lub podwyżki podatków. Albo jedno i drugie.
Skąd ten deficyt
Ministerstwo Finansów tłumaczy, że deficyt wynika z kilku nakładających się czynników. Wyjaśnienie jest uczciwe ale nie jest pocieszające.
Po pierwsze – niższe wpływy podatkowe. Wykonanie VAT-u w 2025 roku było słabsze niż zakładano. System poboru nie działa tak skutecznie, jak zapowiadano. Luka VAT-owska – choć mniejsza niż w 2015 roku – wciąż istnieje.
Po drugie – program obronny generuje koszty, które wpływają na metodologię liczenia deficytu. To jest czynnik zewnętrzny ale realny.
Po trzecie – prezydent zawetował zmiany w akcyzie i opłacie cukrowej, które miały przynieść dodatkowe wpływy. Bez tych wpływów dziura jest większa.
Po czwarte, i tu dochodzimy do sedna – wydatki. Polska wydaje więcej, niż zarabia. Nie od tego roku ale od kilku lat. Program 800+ kosztuje 61,7 miliarda rocznie. Obsługa długu – ponad 90 miliardów. Obrona – rośnie (i słusznie, ale kosztuje). Służba zdrowia – pisaliśmy, ile brakuje. Edukacja – pisaliśmy, ile brakuje. Infrastruktura – pisaliśmy, ile brakuje. Na wszystko brakuje a budżet jest jeden.
Paradoks: rośniemy — i tonącI tu jest paradoks, który powinien niepokoić każdego ekonomistę.
Polska rośnie. PKB w 2025 roku wzrósł o 3,6 procent. KE prognozuje 3,5 procent na 2026 i 2,8 na 2027. To są jedne z najlepszych wyników w UE. Niemcy rosną o 0,5, Francja o 0,7, Włochy o 0,6. Polska jest lokomotywą Europy Środkowej.
A jednocześnie ma najwyższy deficyt w całej UE. Rośnie najszybciej i zadłuża się najszybciej. To tak, jakby człowiek z rosnącą pensją jednocześnie powiększał debet na karcie kredytowej. Zarabia coraz więcej, ale wydaje jeszcze więcej. I różnica – deficyt – rośnie.
W normalnych warunkach wzrost gospodarczy powinien zmniejszać deficyt. Więcej PKB = więcej podatków = mniej dziury w budżecie. Ale w Polsce dzieje się odwrotnie: mimo wzrostu PKB deficyt rośnie. Bo wydatki rosną szybciej niż dochody. Bo każdy rząd – obietnica za obietnicą – dodaje nowe programy, nie rezygnując ze starych. I budżet pęka.
Co to oznacza dla Kowalskiego
Deficyt i dług to nie są abstrakcje. To są pieniądze, które ktoś kiedyś będzie musiał oddać. I ten „ktoś” to jest Kowalski. Albo jego dzieci. Albo wnuki.
Obsługa długu w 2026 roku kosztuje ponad 90 miliardów złotych rocznie. Dziewięćdziesiąt miliardów samych odsetek. Więcej niż program 800+. Więcej niż budżet MON-u sprzed trzech lat. Więcej niż KPO, które miało „odbudować Polskę.”
Każdy punkt procentowy deficytu ponad normę, to dodatkowe miliardy długu. Dodatkowe miliardy odsetek. Dodatkowe miliardy, które nie pójdą na szpitale, drogi, szkoły, bo pójdą na spłatę tego, co już wydano.
Prognoza Komisji Europejskiej, 21 maja 2026: deficyt Polski w 2026 roku – 6,5% PKB. Najwyższy w całej UE. Rządowe dokumenty: 6,8% PKB. Ekonomista Arak (VeloBank): „może być bliżej 6,9%.” Dozwolony limit UE: 3%. Polska: ponad 2x więcej. Dług Skarbu Państwa: 1,706 biliona złotych (marzec 2026). Dług sektora: 65,1% PKB – powyżej unijnego progu 60%. Obsługa długu: ponad 90 mld zł rocznie. Komisarz Dombrovskis: „Konieczne jest skierowanie deficytu na ścieżkę spadkową.” Inflacja: prognoza podniesiona z 2,1% do 3,6%. PKB: 3,5% – jedne z najlepszych w UE. Paradoks: rośniemy najszybciej – i zadłużamy się najszybciej. „Rośniemy na kredyt. Pytanie: jak długo?”
Pisaliśmy o szpitalach powiatowych na krawędzi. O diagnostyce obrazowej, obciętej, bo „trzeba oszczędzać 625 milionów.” O KPO, z którego 90 procent poszło na „zarządzanie płynnością.” O samorządach uzależnionych od transferów z Warszawy. O szkołach zamykanych, bo gmin nie stać.
Każdy z tych problemów ma wspólny mianownik: brak pieniędzy. A brak pieniędzy ma wspólną przyczynę: budżet, który wydaje więcej niż ma. I pożycza różnicę – z roku na rok, z kadencji na kadencję, z pokolenia na pokolenie.
Inflacja czyli kolejny cios
Komisja Europejska podniosła też prognozę inflacji dla Polski – z 2,1 do 3,6 procent na 2026 rok. Powód: szok energetyczny związany z konfliktem na Bliskim Wschodzie. W 2027 spadek do 2,9 procent.
Dla Kowalskiego to oznacza: droższe zakupy, droższe paliwo, droższe ogrzewanie. Pisaliśmy o ETS2 czyli nowym podatku od ogrzewania i paliw od 2027. Pisaliśmy o cenach energii – 25-30 procent wyższych niż w Niemczech. Inflacja 3,6 procent plus ETS2 plus droga energia = budżet domowy pod coraz większą presją.
A jednocześnie stopy procentowe pozostają na podwyższonym poziomie (WIBOR 3M: 3,87 procent). Pisaliśmy o kredytach, o ludziach, którzy płacą raty wyższe o setki złotych niż planowali. Inflacja utrzymuje stopy wysoko. Wysokie stopy utrzymują raty wysoko. I Kowalski, z rosnącymi cenami i rosnącymi ratami zaciska pasa.
Procedura nadmiernego deficytu – co grozi Polsce
Polska jest objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu (EDP) od lipca 2024 roku. To nie jest kara, to jest „żółta kartka”: Komisja Europejska i Rada UE wskazują, że deficyt jest zbyt wysoki, i żądają planu korekty.
Co grozi, jeśli Polska nie skoryguje? Formalnie kary finansowe (do 0,5 procent PKB rocznie, czyli ponad 17 miliardów złotych). W praktyce – kar nigdy jeszcze nie nałożono na żadne państwo. Ale presja polityczna i wizerunkowa jest realna: inwestorzy patrzą na rating, rating patrzy na deficyt, deficyt 6,8 procent nie wygląda dobrze w żadnym arkuszu.
Agencje ratingowe – Moody’s, S&P, Fitch – na razie utrzymują rating Polski na poziomie inwestycyjnym (A-/A2). Ale każda z nich zaznacza: „stabilna perspektywa, pod warunkiem konsolidacji fiskalnej.” Jeśli konsolidacji nie będzie perspektywa może zmienić się na „negatywną.” A negatywna perspektywa, to droższe pożyczki. Droższe pożyczki, to wyższe odsetki. Wyższe odsetki, to więcej niż 90 miliardów rocznie na obsługę długu.
Spirala.Komisja Europejska powiedziała właśnie Polsce coś, co powinno wisieć nad biurkiem każdego ministra finansów, każdego premiera, każdego prezydenta: „Macie najwyższy deficyt w całej Unii.”Nie w regionie. Nie w Europie Środkowej. W całej Unii. Dwadzieścia siedem krajów i Polska na samym dnie.A jednocześnie rośniemy o 3,5 procent. Budujemy drogi, mosty, metro. Mamy jedne z najniższych bezroboci w UE (przynajmniej według Eurostatu). Eksportujemy żywność, meble, software. Jesteśmy lokomotywą Europy Środkowej.I tonąc w długu, w deficycie, w obietnicach, których nie stać nas spełnić.Bo prawda o polskich finansach publicznych jest prosta i brutalna: rośniemy na kredyt. Każdy rok wzrostu jest częściowo finansowany z pożyczek. Każda obietnica jest częściowo finansowana z długu. Każdy program jest częściowo finansowany z pieniędzy, których nie mamy.I pytanie, które trzeba postawić – nie Brukseli, nie opozycji, lecz sobie – brzmi: jak długo można rosnąć na kredyt, zanim kredyt się skończy?Odpowiedź zna każdy, kto kiedykolwiek miał kartę kredytową: niedługo. Bo odsetki rosną szybciej niż pensja. I pewnego dnia budzisz się z długiem, którego nie możesz spłacić. Polska jeszcze się nie obudziła. Ale budzik już dzwoni. I dzwoni coraz głośniej.

