Ukryty podatek od inflacji drenuje nasze portfele. Jak rząd po cichu „robi” z nas milionerów

Wydaje nam się, że zarabiamy więcej i awansujemy, ale w rzeczywistości państwo po cichu drenuje nasze portfele poprzez zjawisko tak zwanej zimnej progresji. Jak poinformował wiceminister finansów Marcin Łoboda, w rozliczeniach za miniony 2025 rok aż 2,4 miliona Polaków musiało oddać fiskusowi podatek według morderczej, 32-procentowej stawki. To gigantyczny, lawinowy wręcz wzrost, który wcale nie oznacza, że nagle staliśmy się gospodarczymi krezusami, a nasze realne bogactwo cudownie urosło. Głównym winowajcą jest tutaj zamrożony od kilku lat próg podatkowy, który w zderzeniu z szalejącą inflacją i sztucznie rosnącymi pensjami sprawił, że w pułapkę dla „najbogatszych” wpadają dziś zwykli nauczyciele, pielęgniarki i specjaliści pracujący na etatach. Czas przyjrzeć się temu, jak zaniechanie waloryzacji limitów stało się najwygodniejszą dla władzy i najbardziej bolesną dla obywateli karą za zwykłą pracowitość.

Aby zrozumieć absurd obecnej sytuacji, wystarczy spojrzeć na nagie i brutalne statystyki dotyczące naszych zarobków. Limit 120 tysięcy złotych, od którego państwo zabiera nam niemal jedną trzecią dochodów, został zamrożony w 2022 roku i od tamtej pory ani drgnie. Tymczasem w ciągu zaledwie trzech lat przeciętna płaca w Polsce wystrzeliła o 40,3 procent (do poziomu niemal 9 tysięcy brutto), a płaca minimalna urosła o gigantyczne 55 procent. Te liczby to jednak głównie zasługa potężnej inflacji, a nie realnego bogacenia się społeczeństwa. Skutek jest taki, że w 2022 roku drugi próg przekroczyło około 738 tysięcy osób (3 procent podatników), a za 2025 rok było ich już niemal 10 procent (ponad 2,4 miliona obywateli). Państwo chętnie inkasuje podatek od rosnących pensji, ale wygodnie „zapomina” o urealnieniu kwoty granicznej.

Mechanizm, z którym mamy dziś do czynienia, ekonomiści nazywają zimną progresją (fiscal drag), co wprost oznacza ukrytą podwyżkę podatków realizowaną całkowicie bez zmiany obowiązujących ustaw. Dzisiejsze 120 tysięcy złotych ma zupełnie inną siłę nabywczą niż w 2022 roku. Wpadnięcie w drugi próg to już dawno nie jest domena prezesów wielkich spółek czy giełdowych milionerów. Dziś wystarczy, że wykwalifikowany ratownik medyczny, doświadczony inżynier czy nauczyciel weźmie nadgodziny lub otrzyma zasłużoną premię roczną, by w listopadzie lub grudniu jego wypłata netto drastycznie i niespodziewanie skurczyła się nawet o kilka tysięcy złotych. Zamiast nagradzać za aktywność zawodową, system podatkowy brutalnie karze klasę średnią za próbę nadgonienia rosnących kosztów życia.

Narastające niezadowolenie społeczne wreszcie przebiło się do głównego nurtu polityki, wywołując spore tarcia wewnątrz koalicji. Z poselskim projektem wyszła Polska 2050, postulując podniesienie niesprawiedliwego progu do 140 tysięcy złotych od 2027 roku. Jak przekonuje Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, minister funduszy i polityki regionalnej, utrzymywanie obecnego stanu rzeczy to nakładanie kagańca na osoby, które najciężej pracują. Co ciekawe, w sprawę włączył się także prezydent Karol Nawrocki, który otwarcie poparł propozycję w mediach społecznościowych, przypominając o swoich własnych projektach podatkowych. To pokazuje, że konieczność waloryzacji staje się powoli tematem ponad politycznymi podziałami.

Gigantyczna dziura w budżecie państwa może skutecznie zablokować jakiekolwiek ulgi dla klasy średniej 

Niestety, na drodze do finansowej sprawiedliwości stoi dziś potężna, ziejąca pustką kasa państwa, której strażnikiem jest ministerstwo finansów. Koszt podniesienia drugiego progu do 140 tysięcy złotych szacowany jest na minimum 9 miliardów złotych rocznie. Projektodawcy z ramienia ugrupowania Polska 2050 próbują łatać tę dziurę kreatywnymi propozycjami – od podwyżek akcyzy po opodatkowanie globalnych cyfrowych korporacji (big techów) i banków. Eksperci ekonomiczni ostrzegają jednak, że przy obecnym, rekordowym deficycie sektora finansów publicznych (przekraczającym 7 procent PKB), szanse na to, by państwo dobrowolnie zrezygnowało z miliardów złotych ściąganych od złapanych w drugi próg pracowników, są niestety iluzoryczne. Będziemy więc nadal ubożeć, oddając fiskusowi podatki od naszej własnej inflacji.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: