Cichy zabójca, którego możemy pokonać jednym wymazem. Dlaczego wciąż brakuje nam dawców szpiku

Co 40 sekund ktoś na świecie dowiaduje się, że ma nowotwór krwi, a dla wielu z tych pacjentów jedyną szansą na przeżycie jest przeszczepienie komórek macierzystych od niespokrewnionego dawcy. Mimo że w Polsce baza potencjalnych ratowników rośnie z każdym rokiem i jesteśmy pod tym względem w europejskiej czołówce, wciąż tysiące chorych na białaczkę i inne schorzenia układu krwiotwórczego czeka na swojego genetycznego bliźniaka. Światowy Dzień Walki z Nowotworami Krwi, obchodzony 28 maja, to nie tylko moment na głęboką społeczną refleksję, ale przede wszystkim wezwanie do realnego działania, które nie kosztuje nas absolutnie nic poza odrobiną chęci, przełamaniem wewnętrznych oporów i zaledwie kilkoma minutami poświęconymi na rejestrację w bazie.

Choroby nowotworowe układu krwiotwórczego, takie jak białaczka, chłoniaki czy szpiczak, nie wybierają swoich ofiar na podstawie wieku, płci, statusu majątkowego czy prowadzonego stylu życia. Diagnoza spada na pacjentów i ich rodziny najczęściej jak grom z jasnego nieba, wywracając całe dotychczasowe życie do góry nogami w ułamku sekundy. Jak wskazują najnowsze dane medyczne, każdego roku tylko w Polsce kilkanaście tysięcy osób słyszy tę druzgocącą diagnozę, a dla znacznej części z nich standardowe metody leczenia, takie jak wyczerpująca chemioterapia czy radioterapia, okazują się niewystarczające. W takich dramatycznych sytuacjach ratunkiem pozostaje allogeniczne przeszczepienie krwiotwórczych komórek macierzystych, czyli mówiąc prościej – znalezienie dawcy szpiku.

 Niestety, biologia bywa bezlitosna, ponieważ zaledwie 25 procent pacjentów znajduje odpowiedniego kandydata do przeszczepu we własnej rodzinie, zazwyczaj wśród rodzeństwa. Pozostałe 75 procent chorych jest całkowicie zdanych na łaskę i wielkie serce obcych ludzi, zarejestrowanych w krajowych i światowych rejestrach dawców. Choć polski rejestr Poltransplant oraz fundacje takie jak DKMS wykonują tytaniczną pracę, a liczba zarejestrowanych dawców w naszym kraju przekroczyła imponujące 2 miliony osób, to wciąż co piąty polski pacjent nie znajduje swojego „genetycznego bliźniaka”. To pokazuje, że każdy nowo zarejestrowany obywatel jest na wagę złota, a zaniechanie działań edukacyjnych w tym zakresie kosztuje ludzkie życie. Każdy ordynator oddziału hematologicznego i każdy lekarz pierwszego kontaktu musi dzisiaj pełnić rolę edukatora, uświadamiając społeczeństwu, że w tym wyścigu z czasem liczy się dosłownie każda fiolka z kodem DNA w bazie.

Mity i miejskie legendy wciąż skutecznie powstrzymują tysiące potencjalnych dawców

Jednym z największych wrogów skutecznej walki z nowotworami krwi nie jest brak nowoczesnych terapii, ale zwykła ludzka niewiedza i zakorzenione głęboko w społecznej świadomości mity. Przez dziesięciolecia narosło wokół procedury pobierania szpiku tak wiele nieprawdziwych wyobrażeń, że na samą myśl o tym zabiegu wiele osób odczuwa wręcz paraliżujący strach. Najbardziej szkodliwym mitem, z którym codziennie walczą specjaliści, pielęgniarki i każdy prezes fundacji promującej dawstwo, jest przekonanie, że szpik pobiera się z kręgosłupa za pomocą gigantycznej igły, co rzekomo grozi paraliżem. Prawda jest jednak zupełnie inna i znacznie bardziej prozaiczna, a współczesna medycyna zredukowała dyskomfort dawcy do absolutnego minimum. 

W około 90 procentach przypadków komórki macierzyste pobiera się z krwi obwodowej, co przypomina po prostu dłuższą sesję oddawania krwi w stacji krwiodawstwa – dawca siedzi w wygodnym fotelu, może czytać książkę lub oglądać film, a specjalne urządzenie filtruje jego krew. Zaledwie w 10 procentach przypadków, najczęściej gdy biorcą jest małe dziecko, szpik pobierany jest z talerza kości biodrowej, co odbywa się w znieczuleniu ogólnym i wymaga zazwyczaj zaledwie jednodniowego pobytu w szpitalu. Sam proces rejestracji to natomiast czynność wręcz banalna. Wystarczy zamówić pakiet rejestracyjny do domu, potrzeć wnętrze policzka specjalną pałeczką (wymazówką) i odesłać ją pocztą. Nie wiąże się to z żadnym kłuciem ani kosztami, a zaledwie pięć minut naszego czasu może dosłownie podarować komuś drugie życie i szansę na zobaczenie, jak dorastają jego dzieci.

System ochrony zdrowia i solidarność społeczna na pierwszej linii frontu 

Skuteczność leczenia nowotworów krwi to nie tylko kwestia rozwiniętej bazy dawców, ale także wydolności całego systemu ochrony zdrowia oraz wsparcia instytucjonalnego. Transplantologia jest niezwykle skomplikowaną gałęzią medycyny, wymagającą najwyższej klasy sprzętu, sterylnych warunków i świetnie wykwalifikowanego personelu. Na tym polu ogromną rolę do odegrania ma państwo, a każdy dyrektor szpitala i urzędnik ministerstwa zdrowia powinien dbać o to, by kliniki hematologiczne były doinwestowane i gotowe na przyjmowanie pacjentów bez długich kolejek. Jednak nawet najdoskonalszy i najdroższy system zawiedzie, jeśli zabraknie w nim kluczowego ogniwa – drugiego człowieka. 

Dlatego tak ważne są lokalne inicjatywy, akcje rejestracji dawców organizowane przez studentów, koła gospodyń wiejskich, strażaków z OSP czy pracowników dużych korporacji. 28 maja powinien być traktowany jak narodowe święto solidarności z osobami, dla których każdy kolejny poranek jest zwycięstwem. Świadomość, że gdzieś na świecie, a może w sąsiednim mieście, żyje człowiek, który pokonał strach i zarejestrował się w bazie, daje chorym siłę do znoszenia potwornych skutków ubocznych leczenia. Bycie dawcą szpiku to bez wątpienia najwyższa forma bezinteresownego heroizmu dostępna dla zwykłego człowieka. Nie musimy wbiegać do płonącego budynku ani rzucać się w rwący nurt rzeki, by zostać prawdziwymi bohaterami. Wystarczy jedno małe ukłucie lub kilka godzin spędzonych na fotelu do aferezy, by ocalić cały czyjś świat.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: