Kiedy rząd ogłosił wybór lokalizacji Lubiatowo-Kopalino na pierwszą polską elektrownię jądrową, przez branżę energetyczną przebiegło coś w rodzaju ulgi. Wreszcie. Po latach dyskusji, analiz, komisji i konferencji konkretna decyzja, konkretne miejsce, konkretna technologia. Westinghouse AP1000, trzy bloki, moc blisko 3750 megawatów. Komisja Europejska zatwierdziła pomoc publiczną. Umowy projektowe podpisane.
I w tym właśnie momencie – kiedy można by się skupić na świętowaniu – pojawia się pytanie, które jest kłopotliwe, bo nie jest spektakularne. Nie dotyczy reaktora ani jego bezpieczeństwa. Nie dotyczy finansowania ani harmonogramu. Dotyczy czegoś prozaicznego, a jednocześnie decydującego: kto tę elektrownię rzeczywiście wybuduje? Kto dostarczy stal, beton, rury, armaturę, instalacje elektryczne? Kto przeszkoli inżynierów? Kto za dwadzieścia lat będzie ją serwisował, za czterdzieści remontował, a za sześćdziesiąt modernizował?
To jest pytanie o tak zwany local content – udział krajowego przemysłu w budowie i eksploatacji elektrowni. I to jest pytanie, od odpowiedzi na które zależy, czy atom będzie dla Polski skokiem cywilizacyjnym, czy tylko bardzo drogim importem technologii.
Megawaty to nie wszystko
Istnieje pewna pokusa w myśleniu o programach infrastrukturalnych przez pryzmat ich finalnego produktu. Autostrada liczy się z tego, że da się nią jeździć. Most, że łączy dwa brzegi. Elektrownia, że produkuje prąd. Ta logika jest nie tylko upraszczająca, jest wręcz niebezpieczna, bo każe nam myśleć o atomie wyłącznie jako o źródle megawatogodzin, ignorując wszystko to, co dzieje się po drodze i przez osiemdziesiąt lat później.
Elektrownia jądrowa to w istocie projekt, który przez cały swój cykl życia – liczony nie w kadencjach rządowych, nie w perspektywach budżetowych, lecz w pokoleniach – wymaga zaplecza technicznego, serwisowego i kadrowego. Każda wymieniana pompa, każdy kontrolowany zawór, każde badanie nieniszczące wykonywane na elemencie reaktora musi być wykonane przez kogoś, kto rozumie, co robi, dysponuje odpowiednimi certyfikatami i ma dostęp do komponentów. Jeśli tym kimś jest wyłącznie zagraniczny podwykonawca – płacimy za jego przyjazd, jego marżę i jego decyzję o tym, kiedy przyjedzie. Jeśli tym kimś jest polska firma, certyfikowana, wyspecjalizowana, z zapleczem osobowym i maszynowym to jest nasza decyzja, nasz czas, nasze pieniądze zatrzymane w kraju.
Raport „Horyzont Atomowy”, przygotowany wspólnie przez Accenture, Kochański & Partners, Instytut Sobieskiego i IGEOSNuclear, mówi o tym wprost: maksymalizacja udziału krajowego przemysłu to nie postulat ekonomiczny, to imperatyw bezpieczeństwa narodowego. Elektrownia jądrowa to infrastruktura krytyczna o cyklu życia przekraczającym osiemdziesiąt lat. Uzależnienie jej serwisu, remontów i modernizacji od zagranicznych dostawców na taką perspektywę to strategiczna słabość państwa. Nie inaczej.
Liczba, która to ilustruje, jest konkretna i robi wrażenie: potencjalne zlecenia dla polskich firm w całym cyklu życia projektu szacowane są na nawet 70 miliardów złotych. To nie jest dodatkowa premia, bonus dla krajowych firm, z którego można zrezygnować w imię niższej ceny oferty zagranicznego wykonawcy. To fundament suwerenności technologicznej w energetyce.
Lekcja z wiatraków, których nie było
Polska ma już za sobą jeden bolesny przykład zmarnowanej okazji i środowisko przedsiębiorców mówi o tym otwarcie. Kiedy kilka lat temu zapadła decyzja o budowie morskich farm wiatrowych na Bałtyku, kluczowe komponenty – kable, elementy konstrukcyjne, urządzenia – płynęły, m.in. z Azji. Polskie firmy, z Trójmiasta, z Pomorza, które miały kompetencje i zaplecze, zostały z niczym. Wartość dodana odpływała za granicę, zamiast krążyć w lokalnej gospodarce i budować trwałe kompetencje.
Pomorscy przedsiębiorcy alarmują dziś, że przy atomie nie może się to powtórzyć. I mają rację, bo skala jest nieporównywalnie większa, horyzont nieporównywalnie dłuższy, a konsekwencje nieporównywalnie poważniejsze. Elektrownia wiatrowa stoi kilkadziesiąt lat, a jej serwis jest znacznie prostszy. Elektrownia jądrowa stoi osiemdziesiąt lat i jej serwis przez cały ten czas wymaga specjalistów, norm jądrowych i certyfikacji, której nie zdobywa się w tydzień.
Pytanie, czy Polska wyciągnie wnioski z lekcji wiatrowej, jest pytaniem, które w tej chwili zadaje sobie wiele firm przemysłowych. Bo zainteresowanie jest: ponad czterysta firm zgłosiło już chęć udziału w łańcuchu dostaw dla elektrowni jądrowej. Sześć z nich – ZKS Ferrum, Famak Kluczbork, Energomontaż-Północ Gdynia i trzy spółki z grupy Mostostal – przeszło pomyślnie pierwszy etap procesu dostosowania do wymogów jądrowych. To dobry sygnał. Ale sygnał, który może pozostać tylko sygnałem, jeśli system wsparcia, definicje prawne i warunki kontraktowe nie zostaną ustawione właściwie.
Podział wartości. Gdzie Polacy mogą wejść od razu, a gdzie muszą czekać
Elektrownia jądrowa nie jest jednolitą bryłą. Z perspektywy łańcucha dostaw dzieli się na obszary o zasadniczo różnym charakterze, a każdy z nich wymaga innej strategii.
Tak zwana wyspa jądrowa – Nuclear Island – to serce reaktora. Wszystkie elementy bezpośrednio związane z bezpieczeństwem jądrowym, objęte najwyższymi klasami bezpieczeństwa, produkowane według norm ASME trzeciego poziomu czy wymagań NQA-1. Żeby dostarczyć cokolwiek do wyspy jądrowej, firma musi mieć odpowiednie certyfikaty, a ich uzyskanie to proces liczony w latach. Dwa do czterech lat minimalnie, często więcej. Polskie firmy mogą tam wejść, ale nie z dnia na dzień. Realistyczny horyzont budowania kompetencji na poziomie umożliwiającym samodzielne dostawy do wyspy jądrowej to pięć do dziesięciu lat. To nie znaczy, że nie warto – warto i trzeba zacząć teraz. Ale trzeba mieć świadomość, że pierwsze bloki AP1000 będą w znacznej mierze budowane z komponentów jądrowych od partnerów zagranicznych, przy stopniowym wchodzeniu polskich firm w kooperację i joint ventures.
Wyspa konwencjonalna i Balance of Plant to zupełnie inna historia. Turbiny, układy chłodzenia, systemy przeciwpożarowe, uzdatnianie wody, automatyka pomocnicza, instalacje elektryczne – to wszystkie obszary, gdzie polskie firmy mają realne kompetencje, już dziś. Gdzie pracują według norm europejskich, które znają, i gdzie nie potrzebują wieloletniego procesu certyfikacji jądrowej. To jest właśnie ten obszar, gdzie zdanie „Polska może uczestniczyć od pierwszego dnia budowy” nie jest pobożnym życzeniem, lecz faktem technicznym.
Materiały i prace budowlane to z kolei obszar wolumenowo największy – stal, beton, kruszywa, roboty ziemne, żelbetowe, montażowe. Polska branża budowlana dysponuje tutaj gotowością operacyjną i jakością. To jednocześnie obszar, który wymaga pilnowania: historia dużych projektów infrastrukturalnych pokazuje, że właśnie w materiałach budowlanych pojawia się pokusa sięgnięcia po tańszy import z Azji – i że konsekwencje bywają katastrofalne. Normy jakościowe muszą być precyzyjnie zdefiniowane w dokumentacji przetargowej i egzekwowane bez taryfy ulgowej.
Wreszcie usługi inżynieryjne i projektowe – adaptacja zagranicznych projektów do polskich realiów regulacyjnych, nadzór techniczny, zarządzanie dokumentacją i jakością. To obszar, w którym polskie biura inżynieryjne rosną w siłę, ale wymagają certyfikacji pod kątem wymogów projektów jądrowych. Inwestycja w te certyfikacje jest z jednej strony kosztowna dla firm, z drugiej strony – konieczna, jeśli Polska ma zbudować własne centrum inżynieryjne zdolne obsługiwać kolejne projekty.
Sześć barier, które odcinają polskie firmy od atomu
Entuzjazm polskich przedsiębiorców jest realny. Problem w tym, że entuzjazm sam w sobie nie wystarczy, gdy po drodze stoi sześć poważnych barier wejścia, które – jeśli nie zostaną systemowo zaadresowane – sprawią, że większość z owych czterystu firm zostanie z niczym.
Pierwsza i najpoważniejsza to bariera prawna i definicyjna. Polskie prawo nie ma legalnej, mierzalnej definicji „udziału krajowego” ani „podmiotu krajowego”. Bez niej promowanie krajowych dostawców jest prawnie ryzykowne – może zostać zakwestionowane jako naruszenie zasady niedyskryminacji wynikającej z prawa UE, konkretnie artykułu 18 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Innymi słowy: bez precyzyjnej definicji opartej na wartości dodanej, a nie na samej rejestracji firmy, nawet najlepsze intencje inwestora mogą rozbić się o prawnicy generalnego wykonawcy.
Druga bariera to finansowanie. Certyfikacja jądrowa jest droga – mówi się o kosztach przekraczających milion złotych dla jednej firmy, przy dwu-czteroletnim procesie, bez żadnej gwarancji uzyskania zleceń na końcu. Dla dużych korporacji to kwestia decyzji zarządu. Dla małych i średnich firm branży metalurgicznej, maszynowej czy spawalniczej to często bariera zaporowa. Agencja Rozwoju Przemysłu uruchomiła program „Atom bez barier”, ale instrumenty wsparcia muszą być zarówno wystarczające w skali, jak i odpowiednio wcześnie dostępne w stosunku do harmonogramu zamówień.
Trzecia bariera jest normatywna i bywa niedoceniana. Projekt AP1000 wyrasta ze środowiska technicznego Stanów Zjednoczonych. Normy ASME, imperialne jednostki miar, specyficzne wymagania techniczne z NQA-1 – to wszystko jest naturalne dla generalnego wykonawcy, którym jest konsorcjum Westinghouse-Bechtel. Ryzyko polega na tym, że te same normy zostaną narzucone polskim podwykonawcom nawet w obszarach wyspy konwencjonalnej, gdzie nie ma ku temu żadnego merytorycznego uzasadnienia technicznego ani bezpieczeństwa jądrowego. Jeśli tak się stanie, polskie firmy zostaną de facto wykluczone z obszarów, w których mają kompetencje, bo nie dysponują certyfikacją ASME i nie będą w stanie jej szybko uzyskać. Dlatego kontrakty EPC muszą zawierać wyraźne zapisy mówiące o tym, że w obszarze wyspy konwencjonalnej obowiązują normy europejskie. To nie jest kwestia patriotyzmu gospodarczego – to kwestia technicznie uzasadnionej ochrony rynku.
Czwarta bariera, certyfikacyjna, wiąże się z poprzednią: uzyskanie certyfikatów ISO 19443 czy ASME NQA-1 trwa latami i kosztuje. Co więcej, istnieje realne ryzyko nadmiernego rozszerzania przez dozór jądrowy zakresu komponentów klasyfikowanych jako „safety-related”. Każdy komponent zakwalifikowany do wyższej klasy bezpieczeństwa oznacza dłuższą ścieżkę certyfikacyjną i wyższy próg wejścia dla polskich dostawców. Przy braku doświadczenia regulatora z technologią AP1000 (która pojawia się w Polsce po raz pierwszy) ryzyko nadmiernej ostrożności klasyfikacyjnej jest jak najbardziej realne.
Piąta bariera jest kadrowa i mniej oczywista niż pozostałe, bo dotyczy nie inżynierów z wyższym wykształceniem, lecz pracowników fizycznych. Spawacze certyfikowani do norm jądrowych, monterzy, operatorzy NDT (badań nieniszczących) – tych ludzi w Polsce jest mało. Zbudowanie tej warstwy kompetencji wymaga programów szkoleniowych uruchamianych z kilkuletnim wyprzedzeniem w stosunku do harmonogramu budowy. Jeśli szkolenia zaczną się za późno, na placu budowy pojawią się spawacze z zagranicy, bo polskich po prostu nie będzie.
Szósta bariera to problem organizacyjno-informacyjny: nie ma jednej instytucji, która koordynuje dostęp krajowych firm do informacji o planowanych zamówieniach. Generalny wykonawca nie ma formalnego obowiązku publikowania zapytań ofertowych z wystarczającym wyprzedzeniem. Małe i średnie firmy, które chciałyby się certyfikować i przygotować do dostaw, często dowiadują się o konkretnych pakietach zamówień za późno, żeby móc się sensownie przygotować. To jest problem, który można rozwiązać systemowo – wymaga tylko woli politycznej i sprawnej instytucji koordynującej.
Pięć filarów, bez których local content pozostanie pobożnym życzeniem
Raport „Horyzont Atomowy” proponuje systemowe podejście oparte na pięciu filarach, które razem tworzą warunki do rzeczywistej a nie deklaratywnej maksymalizacji udziału krajowego przemysłu.
Fundament to precyzyjne ramy prawne. Nowelizacja specustawy jądrowej musi wprowadzić legalną, mierzalną definicję „udziału krajowego” i „podmiotu krajowego” opartą na wartości dodanej generowanej na terytorium Polski. Proponowana definicja łączy kilka kryteriów jednocześnie: siedzibę i odprowadzanie podatku dochodowego w Polsce przez co najmniej pięć lat, rzeczywistą działalność produkcyjną lub usługową generującą minimum połowę przychodów rocznych w kraju lub zatrudnienie przynajmniej połowy personelu na terytorium RP. Definicja musi być zgodna z prawem Unii Europejskiej a tutaj pomocny jest mechanizm NZIA (Net-Zero Industry Act), który w artykule 25 wprost pozwala, a w określonych przypadkach wymaga, stosowania pozacenowych kryteriów oceny ofert dotyczących odporności łańcucha dostaw. To jest narzędzie gotowe do użycia. Polska powinna je aktywnie wdrożyć.
Drugi filar to instytucjonalne centrum wsparcia. Planowane Centrum Kompetencji Jądrowych powinno stać się realnym „jednym okienkiem” dla krajowego przemysłu: zarządzać funduszem wsparcia dla firm certyfikujących się, dofinansowywać audyty i inwestycje w zdolności produkcyjne, koordynować programy badawczo-rozwojowe. Bez takiej instytucji, wyposażonej w realne kompetencje i realne pieniądze, wsparcie dla polskich firm pozostanie listą intencji.
Trzeci filar to harmonizacja standardów – konkretnie polityka „EU Standards First”, oznaczająca, że w obszarach niezwiązanych bezpośrednio z bezpieczeństwem jądrowym stosowane są normy europejskie. Prezes PAA i Urząd Dozoru Technicznego powinni we współpracy z inwestorem i generalnym wykonawcą opracować formalną macierz równoważności między ISO 19443 a ASME NQA-1. Celem jest zmniejszenie kosztu i czasu certyfikacji dla firm, które już pracują według norm europejskich. To nie wymaga rewolucji – wymaga dobrej woli i kilku miesięcy pracy ekspertów.
Czwarty filar to równowaga kontraktowa. Polskie MŚP nie są w stanie angażować się w długoterminowe kontrakty jądrowe, jeśli warunki płatności są mordercze: długie terminy, brak zaliczek, ryzyko kursowe, jurysdykcja zagraniczna. Inwestor powinien wynegocjować i wdrożyć minimalne standardy dla wszystkich umów z krajowymi podwykonawcami: zaliczki, trzydziestodniowe terminy płatności, waloryzacja, prawo polskie. Bez tych zabezpieczeń certyfikacja nie ma sensu ekonomicznego – firma przygotuje się do dostaw, a potem i tak nie będzie mogła ich realizować, bo nie przeżyje finansowo okresu oczekiwania na zapłatę.
Piąty filar to monitoring i egzekwowanie. Metodologia obliczania udziału krajowego musi być precyzyjnie zdefiniowana i oparta na wartości dodanej. Generalny wykonawca powinien regularnie i publicznie raportować postępy. Za niewykonanie ustalonych wskaźników – kary umowne. Za przekroczenie – premie. I transparentność na wszystkich poziomach łańcucha dostaw, do co najmniej trzeciego poziomu podwykonawców. Bez twardych mechanizmów egzekwowania deklaracje pozostaną deklaracjami.
Job shadowing, czyli jak kupić wiedzę na osiemdziesiąt lat
Są narzędzia, które działają na krótką metę – certyfikaty, kontrakty, definicje prawne. I są narzędzia, które działają na dekady. Najważniejszym z tych drugich jest transfer wiedzy, a jego najkonkretniejszą postacią – mechanizm job shadowing.
Idea jest prosta: na każdym kluczowym stanowisku inżynierskim i zarządczym, gdzie pracuje zagraniczny ekspert, od pierwszego dnia obok niego pracuje polski „cień”. Nie asystent, nie obserwator – ktoś, kto przez trzy do pięciu lat uczy się wszystkiego: jak podejmować decyzje techniczne, jak rozmawiać z dozorem, jak zarządzać dokumentacją zmian, jak egzekwować jakość od podwykonawców. Po tym czasie, gdy ekspert wraca do kraju, jego polska kopia jest gotowa przejąć rolę samodzielnie.
Brzmi to jak oczywistość, ale historia pokazuje, że bez formalnego umocowania kontraktowego i systemu weryfikacji efektów transfer wiedzy pozostaje piękną intencją. Zagraniczne firmy nie mają naturalnej motywacji do szkolenia własnych przyszłych konkurentów. Dlatego zobowiązanie do job shadowingu musi być wpisane w umowę jako warunek kontraktowy z konkretnymi wskaźnikami i sankcjami za niewykonanie.
Transfer wiedzy powinien dotyczyć nie tylko samej budowy. Musi obejmować dostęp polskich specjalistów do placówek i instytutów zagranicznych partnerów. Staże w fabrykach Westinghouse’a, w instytutach badawczych, w elektrowniach referencyjnych. Musi obejmować inwestycje w krajową infrastrukturę szkoleniową: centra spawalnicze certyfikowane do norm jądrowych, makiety reaktora, stanowiska symulacyjne. I musi obejmować transfer know-how do polskich jednostek badawczych – NCBJ, politechnik, instytutów – powiązany z konkretnymi projektami realizowanymi w ramach budowy.
Polska ma tu unikalną kartę przetargową, której rzadko się używa wprost: jest jednym z największych w Europie importerów technologii jądrowej przy ograniczonym portfelu zamówień dostawców. Westinghouse potrzebuje kontraktu z Polską tak samo, jak Polska potrzebuje reaktora. To jest sytuacja negocjacyjna, w której żądanie wiążącego transferu wiedzy jest uzasadnione i realistyczne do wyegzekwowania.
Finlandia, Korea, Francja i co z tego wynika
Kiedy porównujemy różne modele budowania kompetencji jądrowych, trzy przykłady wyróżniają się na tle innych pod kątem trafności wniosków dla Polski.
Francja po pierwszym szoku naftowym w latach siedemdziesiątych podjęła decyzję, która zmieniła nie tylko strukturę jej energetyki, ale całą pozycję przemysłową kraju. Program Messmera nie był programem energetycznym – był programem przemysłowym, który wykorzystał energetykę jądrową jako dźwignię do zbudowania całego ekosystemu: od producentów komponentów, przez firmy inżynierskie, po instytucje szkoleniowe. Efekt, po pięćdziesięciu latach: Francja jest dziś eksporterem technologii jądrowej, dostarcza reaktory do innych krajów, ma kompetencje, które przynoszą miliardowe przychody z eksportu. Udział energii jądrowej w miksie to około 65 procent – ale ważniejsze jest to, że ten sektor jest w przeważającej mierze francuski, nie importowany.
Korea Południowa zaczęła jako importer: kupowała technologię od Westinghouse’a, bez własnych kompetencji, z minimalnym local contentem. Systematycznie, przez dwie dekady, wdrażała politykę lokalizacji przemysłu: najpierw produkcja turbin, potem systemów pomocniczych, potem komponentów ciśnieniowych, w końcu własne oprogramowanie sterowania. Dziś Korea jest eksporterem reaktorów – sprzedaje je do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, walczy o kontrakty w Europie i Wielkiej Brytanii. Ta transformacja nie była przypadkiem ani efektem wolnorynkowych sił. Była wynikiem świadomej, konsekwentnej polityki przemysłowej.
Finlandia to z kolei przykład inny: kraj, który nie starał się budować pełnej krajowej bazy przemysłu jądrowego, bo nie miał ku temu ani skali, ani ambicji eksportowych. Ale umiejętnie zbudował niszowe kompetencje – w konkretnych obszarach, gdzie miał naturalną przewagę: inżynieria bezpieczeństwa, zarządzanie odpadami, kultury bezpieczeństwa organizacyjnego. I te kompetencje okazały się wystarczające, by Finlandia była partnerem, a nie tylko klientem.
Dla Polski model koreański jest zbyt ambitny w perspektywie jednej generacji, a fiński – zbyt skromny wobec potencjału polskiego przemysłu. Ścieżka leży pomiędzy: nie pełna lokalizacja wszystkiego, ale świadoma budowa kompetencji w obszarach, gdzie Polska ma realną przewagę i gdzie long-term value jest największa.
Polska firma jądrowa za dwadzieścia lat – możliwość czy mrzonka?
To pytanie warto postawić wprost, bo odpowiedź na nie determinuje ambicję całego programu local content.
Jeśli local content potraktujemy defensywnie, jako minimum wymagane przez polityków od inwestora, spełniane na papierze, a w praktyce obchodzone przez generalnego wykonawcę przy milczącym przyzwoleniu administracji to za dwadzieścia lat polska firma jądrowa nie będzie istniała. Będą firmy, które dostarczały beton i stal, bo inaczej się nie dało. I będzie elektrownia, utrzymywana przez serwisantów z zagranicy.
Jeśli jednak local content potraktujemy strategicznie, jako program budowy przemysłu, z precyzyjnymi definicjami, instytucjonalnym centrum wsparcia, twardymi wymogami kontraktowymi i konsekwentnym transferem wiedzy, to za dwadzieścia lat możemy mieć polskie firmy, które nie tylko serwisują reaktory w Lubiatowie-Kopalinie, ale które sprzedają swoje usługi i komponenty do kolejnych elektrowni budowanych w Czechach, Rumunii, Estonii. I które przygotowują się do obsługi SMR-ów, budowanych przez inne firmy, ale wymagających tych samych certyfikacji i tych samych kompetencji.
To nie jest mrzonka. To jest droga, którą Korea przeszła w trzy dekady. Różnica polega na tym, że Korea miała plan i konsekwencję w jego realizacji. Polska ma szansę i pytanie, czy ma plan.
Suwerenność to nie slogan
W debacie publicznej słowo „suwerenność” pada często i jest używane w najrozmaitszych kontekstach, nie zawsze zasadnie. Ale w odniesieniu do energetyki jądrowej i udziału krajowego przemysłu ma ono bardzo konkretne, mierzalne znaczenie.
Elektrownia, którą utrzymują obcy serwisanci z obcymi certyfikatami i obcymi narzędziami, nie jest suwerenna. Jest wydajna, jest czysta, produkuje energię ale jej sprawność w każdej chwili zależy od kogoś, kto jest poza zasięgiem polskiej decyzji. Jeśli ten ktoś podniesie ceny, zrezygnuje z kontraktu lub znajdzie się w kraju, z którym relacje polityczne się pogorszą mamy problem. Nie jutro, nie pojutrze, ale za dwadzieścia, trzydzieści lat, kiedy infrastruktura będzie potrzebować poważnego remontu.
Elektrownia, której serwis i modernizacje prowadzą polskie firmy, polscy inżynierowie, absolwenci polskich uczelni technicznych z kompetencjami budowanymi przez dekady, to jest elektrownia, nad którą Polska ma kontrolę. Nie pełną, bo żaden kraj nie jest autarkiczny. Ale wystarczającą, żeby podejmować własne decyzje.
Raport „Horyzont Atomowy” kończy wywód na temat local contentu zdaniem, które warto zapamiętać: program jądrowy bez programu kompetencyjnego nie zapewni suwerenności technologicznej. Można to powiedzieć inaczej: megawaty bez kompetencji to tylko megawaty. A megawaty kupione od kogoś innego, utrzymywane przez kogoś innego i serwisowane przez kogoś innego, to nie jest energetyczna niezależność. To jest energetyczna zależność z atomowym logo.
Polska stoi teraz w miejscu, w którym decyzja o tym, jak traktujemy local content, będzie rzutować nie na obecną kadencję, lecz na kilka pokoleń. Pierwsza łopata pod elektrownię ma być wbita w 2028 roku. Czas, żeby ramy prawne, instytucje i kontrakty były gotowe. Nie po pierwszym betonie. Teraz.

