Niech zstąpi Duch Twój. Dziewięć dni, które zmieniły Polskę

Był 2 czerwca 1979 roku. O godzinie 10:07 samolot włoskich linii lotniczych Alitalia wylądował na warszawskim Okęciu. Kiedy Jan Paweł II schylił się i pocałował polską ziemię, w tłumie zgromadzonym na lotnisku coś pękło. Tak, jak pęka skorupa, z której wydobywa się coś żywego. Był 2 czerwca 1979 roku. Polska żyła w komunizmie od ponad trzydziestu czterech lat. Większość Polaków stojących tamtego ranka na Okęciu nie pamiętała innego świata. A jednak kiedy papież pochylił głowę ku ziemi wszyscy wiedzieli, że coś się właśnie zaczęło. Nikt jeszcze nie wiedział co.

Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do ojczyzny trwała dziewięć dni – od 2 do 10 czerwca 1979 roku. Papież odwiedził Warszawę, Gniezno, Częstochowę, Kraków, Kalwarię Zebrzydowską, Wadowice, Oświęcim i Nowy Targ. Wszędzie witały go nieprzebrane tłumy. Komuniści starali się zaniżać liczby – oficjalne dane mówiły o 60–170 tysiącach osób na poszczególnych nabożeństwach. Uczestnicy i świadkowie szacowali inaczej. W mszach odprawianych przez papieża przez dziewięć dni uczestniczyło łącznie nawet 10 milionów Polaków. Jeden na trzech obywateli kraju. W tamtej Polsce, z jej ograniczonymi środkami transportu, inwigilacją i atmosferą permanentnego strachu był to wynik niewyobrażalny.

Wybór, który zmienił wszystko

Żeby zrozumieć czerwiec 1979 roku, trzeba cofnąć się o osiem miesięcy. 16 października 1978 roku z komina Kaplicy Sykstyńskiej popłynął biały dym. Habemus papam. Na tronie Piotrowym zasiadł Karol Wojtyła, arcybiskup Krakowa, Polak. W polskim KC PZPR tamtej nocy z 16 na 17 października nie zgasło światło. Kazimierz Kąkol, ówczesny szef Urzędu ds. Wyznań, wspominał po latach: absolutnie zdegustowani naradzają się towarzysze. Atmosfera przygnębienia i bezradności. Przez ponad trzy dekady komuniści budowali w Polsce nowego człowieka – wyzwolonego od religii, lojalnego wobec partii, patrząc ku Wschodowi po wzór i natchnienie. I oto ze Stolicy Apostolskiej przemówił głos mówiący po polsku.

Pierwsze zaproszenie do odwiedzenia ojczyzny papież Jan Paweł II otrzymał już od prymasa Wyszyńskiego tuż po konklawe. Rozmowy z władzami PRL były trudne. Komuniści stawiali warunki, starali się opóźnić wizytę, nie chcieli zgodzić się na część postulatów Watykanu. Nie mogli jednak powiedzieć nie – wiedzieli, że odmowa skompromitowałaby ich w oczach własnego społeczeństwa bardziej niż sama wizyta. Byli w pułapce. Pozwolili na pielgrzymkę, licząc na to, że jakoś ją przeżyją, że uda się ją kontrolować, oswoić, zredukować do wizyty religijnej o ograniczonym zasięgu. Mylili się gruntownie.

Plac Zwycięstwa. Słowa, które wstrząsnęły systememPierwszego dnia, po wylądowaniu na Okęciu i spotkaniu w Belwederze z I sekretarzem Edwardem Gierkiem oraz przewodniczącym Rady Państwa Henrykiem Jabłońskim, papież udał się na plac Zwycięstwa. Czekały tam setki tysięcy wiernych. Na tle Teatru Wielkiego wzniesiono ołtarz. Tłum był gęsty i milczący a potem nagle wybuchał śpiewem, okrzykami, łzami. Kiedy papież zaczął mówić, w Warszawie – w samym sercu komunistycznej stolicy, kilka kilometrów od gmachu KC – rozległy się słowa, których żaden oficjalny cenzor nie mógł wyciąć z powietrza.Homilia, którą Jan Paweł II wygłosił na placu Zwycięstwa 2 czerwca 1979 roku, nosiła tytuł „Chrystusa nie można wyłączyć z dziejów człowieka”. Papież mówił o tysiącletniej historii narodu polskiego, o tym, że bez Chrystusa nie można tej historii zrozumieć, o tym, że człowieka nie można do końca pojąć bez odniesienia do wartości wyższych niż te, które oferuje materialistyczne państwo. Każde zdanie było precyzyjnie wymierzone i każde trafiało. Nie w abstrakcyjny lud, lecz w konkretnych ludzi stojących na placu, którzy od dzieciństwa słyszeli w szkołach, w zakładach pracy, w gazetach, że Kościół to zabobon, że wiara to ciemnota, że przyszłość należy do kolektywu bez Boga.Kulminacja nastąpiła przy końcu homilii. Jan Paweł II – syn polskiej ziemi i papież – zawołał słowami psalmu: „Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!” Tłum odpowiedział rykiem, który – jak wspominali świadkowie – słychać było w odległych kwartałach miasta. Okrzyk powtarzał się przez wiele minut. Komunistyczna telewizja robiła co mogła, żeby zmniejszyć obraz: pokazywała zbliżenia, unikała ujęć całego placu. Wiedziała, że masowość tłumu jest sama w sobie politycznym komunikatem.

Dziewięć dni rewolucji sumienia

W kolejnych dniach pielgrzymki powtarzał się ten sam scenariusz: nieprzebrane tłumy, słowa prawdy wypowiadane głośno i publicznie, atmosfera, której Polska nie znała od dekad. W Gnieźnie papież mówił o jedności Europy – tej drugiej, tej za żelazną kurtyną, tej, której istnienia oficjalna propaganda wolała nie zauważać. W Częstochowie spotykał się z biskupami, kapłanami, seminarzystami, zakonnicami. W Krakowie – mieście swojego kapłaństwa i biskupstwa – wracał do korzeni.

Szczególne miejsce w tej pielgrzymce zajął Oświęcim. Jan Paweł II modlił się w byłym obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau przed tablicami upamiętniającymi ofiary w różnych językach, w tym po hebrajsku. Zatrzymał się długo przy celi śmierci o. Maksymiliana Kolbego, franciszkanina, który oddał życie za innego więźnia. Mówił o godności człowieka w obliczu totalitarnego zła i w tej rozmowie o Holocauście i nazizmie każdy rozumiał, że słowa te mają więcej niż jeden adres.

Na krakowskich Błoniach, ostatniego dnia pielgrzymki, zgromadziło się co najmniej milion ludzi. Papież powiedział wówczas: „Musicie być mocni, drodzy bracia i siostry! Musicie być mocni tą mocą, którą daje wiara! Musicie być mocni mocą nadziei! Musicie być mocni mocą miłości (…) Musicie być mocni, żebyście mogli oprzeć się”. W tłumie, który słuchał tych słów, stali między innymi robotnicy gdańskich stoczni, działacze opozycji, studenci. Za czternaście miesięcy w Stoczni Gdańskiej im. Lenina miał wybuchnąć strajk, który powołał do życia „Solidarność”.

„Myśmy się zobaczyli i policzyli”

Jest jedno zdanie, które najlepiej oddaje to, co naprawdę wydarzyło się w czerwcu 1979 roku. Wypowiedział je po latach Marcin Król, wówczas liberalny opozycjonista: „Myśmy się wtedy zobaczyli i policzyli”. Kilka milionów Polaków, które z entuzjazmem i bez lęku wyległo na ulice, place i błonia, żeby uczestniczyć w mszach papieskich – te miliony Polaków zobaczyły nagle siebie nawzajem. Zrozumiały, że nie są osamotnione. Że nie są garstką dysydentów. Że są większością, która żyje w milczeniu tylko dlatego, że nikt jej dotąd nie powiedział: możesz się odezwać.

„I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II, papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!” 

Jan Paweł II, plac Zwycięstwa, Warszawa, 2 czerwca 1979

Komuniści próbowali wyciągnąć z tej klęski jakieś wnioski. Wydział Administracyjny KC PZPR analizował wizytę w kategoriach zagrożeń ideologicznych: pisano o tym, że Kościół będzie próbował „kreować się do rangi nośnika narodowej kultury” i „zbliżać się do środowisk młodzieżowych i robotniczych”. Analiza była trafna. Wnioski okazały się bezużyteczne, bo komuniści nie mieli nic, co mogliby jej przeciwstawić. Mieli propagandę. Jan Paweł II mówił prawdę. Różnica była na tyle wyraźna, że żaden środek zaradczy nie mógł jej zatrzeć.

George Weigel, wybitny biograf Jana Pawła II, powiedział o tej pielgrzymce, że słowa papieża były „jak impuls elektryczny. Zapoczątkowały w Polsce rewolucję sumienia, która doprowadziła do obalenia komunizmu”. Ta rewolucja sumienia – nie rewolucja uzbrojona, nie bunt zbrojny, lecz głęboka zmiana w sposobie, w jaki miliony Polaków myślały o sobie i o swoim miejscu w historii – była być może najtrwalszym dziedzictwem tamtych dziewięciu dni.

Oficjalne hasło i głębszy sens

Pierwsza pielgrzymka odbywała się pod oficjalnym hasłem „Gaude Mater Polonia” – Raduj się, Matko Polsko – słowami hymnu ku czci świętego Stanisława ze Szczepanowa, biskupa i męczennika, patrona Polski. Wybór hasła był nieprzypadkowy. Święty Stanisław, zamordowany w 1079 roku przez króla Bolesława Śmiałego, był dla Jana Pawła II symbolem Kościoła stającego naprzeciw władzy, która przekracza swoje granice. Rok 1979 był setną rocznicą śmierci świętego – stąd pierwotnie planowano pielgrzymkę na maj, dla upamiętnienia tej rocznicy. Komuniści, rozumiejąc symbolikę, starali się zablokować majowy termin. Ostatecznie wizyta odbyła się w czerwcu. Symbolika i tak zadziałała.

Karol Wojtyła znał Polskę, z której wychodził, aż do bólu. Wiedział, czym są polskie ciemności: strachem przed donosicielem w bloku, kłamstwem wymaganym na zebraniu, słowami, które się połyka, bo powiedziane na głos mogą kosztować pracę lub gorzej. Wiedział też, czym jest polska siła: wiara zakorzeniona głębiej, niż sięgała komunistyczna administracja; rodzina, która przechowywała pamięć; kościoły, które były – dosłownie – jedynymi przestrzeniami publicznymi, gdzie człowiek mógł być sobą. Do tej siły się odwołał. I ta siła odpowiedziała.

Czterdzieści siedem lat później warto zadać pytanie: co z tamtej pielgrzymki zostało? Najoczywistszą odpowiedzią jest oczywiście „Solidarność” i rok 1989. Ale to odpowiedź niepełna. Tamte dziewięć dni czerwcowych zostawiły w polskiej pamięci zbiorowej coś głębszego niż polityczny przełom – zostawiły doświadczenie tego, że naród może być sobą nawet w warunkach, które temu nie sprzyjają. Że godność nie jest przywilejem, który władza nadaje, lecz czymś, co się nosi w sobie i co można odzyskać, kiedy ktoś przypomni, że się je miało.

Jan Paweł II nie powiedział w czerwcu 1979 roku: „Obalcie komunizm”. Powiedział: „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa”. Powiedział: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Zostawił to Polakom. I Polacy zrobili z tym dokładnie to, co powinni.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: