Polska jest dwudziestą pierwszą gospodarką świata. PKB rośnie, inwestycje napływają, premier na każdym forum chwali imponujące wskaźniki. W tym samym czasie – według danych Głównego Urzędu Statystycznego opublikowanych w czerwcu 2025 roku i raportu Federacji Polskich Banków Żywności „Ukryty głód dzieci” z 1 czerwca 2026 roku – 364 tysiące polskich dzieci żyje poniżej minimum egzystencji. Nie poniżej europejskiego standardu wygody. Poniżej biologicznego progu przeżycia, który w 2024 roku wynosił 972 złote miesięcznie dla samotnej osoby. To kwota, poniżej której – jak stwierdza GUS – zagrożony jest psychofizyczny rozwój człowieka.
Raport Banków Żywności – badanie przeprowadzone w 2026 roku na grupie 954 uczniów klas 4–8 z dziesięciu szkół podstawowych w pięciu województwach – mówi coś jeszcze. 15 procent dzieci czuje głód często lub zawsze. Ponad 23 procent uczniów nie zabiera do szkoły drugiego śniadania. W niemal każdej klasie polskiej szkoły podstawowej statystycznie siedzi przynajmniej jedno dziecko zagrożone skrajnym niedostatkiem. Głód, który kiedyś wyglądał jak wychudzone dziecko z pustą lodówką w domu, dziś coraz częściej wygląda inaczej: brzuch jest pełny, ale organizm głodny, bo wypełniony tanią, wysoko przetworzoną żywnością bez wartości odżywczych. To nie są liczby abstrakcyjne. To są dzieci w polskich szkołach. I jest projekt ustawy, który mógłby im pomóc. Leży w sejmowej zamrażarce.
Dane z 2024 roku. Poprawa, która nie cieszy
GUS opublikował w czerwcu 2025 roku raport „Ubóstwo w Polsce w latach 2023 i 2024″. Dobre wieści są: stopa ubóstwa skrajnego w 2024 roku wyniosła 5,2 procent – to spadek o 1,4 punktu procentowego w porównaniu z 2023 rokiem, kiedy wynosiła 6,6 procent. To było ogólnopolskie tąpnięcie. Wzrost o 47 procent w ciągu jednego roku, najgorszy wynik od 2015 roku, napędzany falą inflacji. Rok 2024 przyniósł więc pewne odreagowanie.
Ale wśród tych 5,2 procenta ogółu są dzieci. I w ich przypadku GUS odnotował własny, osobny wskaźnik: 5,4 procent dzieci żyło w 2024 roku poniżej progu skrajnego ubóstwa. W liczbach bezwzględnych – 364 tysiące chłopców i dziewczynek. Próg wyznaczający granicę skrajnego ubóstwa w 2024 roku wynosił 972 złote miesięcznie dla osoby samotnej. To kwota, poniżej której, jak definiuje IPiSS, konsumpcja „utrudnia przeżycie i stanowi zagrożenie dla psychofizycznego rozwoju człowieka”. Ubóstwo relatywne, a więc życie poniżej poziomu umożliwiającego normalne uczestnictwo w społeczeństwie, dotknęło 13,3 procent ogółu Polaków i tu GUS odnotował wzrost.
Dla osób lubiących liczby w szerszym kontekście: w 2025 roku 2,0 procent mieszkańców Polski deklarowało brak możliwości zaspokojenia co najmniej 7 z 13 potrzeb materialnych i społecznych badanych przez GUS — to tzw. głęboka deprywacja materialna i społeczna. To nieznacznie mniej niż dwa lata wcześniej (2,3 proc.) i trzy razy mniej niż dekadę temu (7,8 proc. w 2015 r.). Przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny na osobę w 2025 roku wyniósł 3 500 złotych wobec 3 167 złotych rok wcześniej. Polska się bogaci. To prawda.
>> PRZECZYTAJ TAKŻE <<
Problem polega na tym, że ta poprawa nie dociera wszędzie równomiernie. I że wśród tych, którzy z mainstreamu poprawy wypadają, nieproporcjonalnie często są dzieci.
Ukryty głód, czyli nowe oblicze starego problemu
Raport „Ukryty głód dzieci”, opublikowany przez Federację Polskich Banków Żywności 1 czerwca 2026 roku, w Dniu Dziecka, co jest zbiegiem okoliczności wymownym wprowadza do debaty pojęcie, które zmienia sposób myślenia o niedożywieniu.Klasyczny głód jest widoczny. Wychudzone dziecko, pusta lodówka, brak pieniędzy na obiad. To obrazy, które rozumiemy i reagujemy na nie odruchowo. Raport Banków Żywności diagnozuje inny rodzaj głodu, trudniejszy do dostrzeżenia i – jak podkreślają autorzy – trudniejszy do zwalczania. Coraz więcej dzieci ma dostęp do żywności, ale jest to żywność tania, wysoko przetworzona, bogata w kalorie i uboga w składniki odżywcze. Brzuch jest pełny. Ale organizm głoduje.„Niedożywienie jakościowe dużo trudniej dostrzec niż klasyczny głód, który znamy z przeszłości. I trudniej mu przeciwdziałać. Dlatego ten ukryty głód jest bardzo niebezpieczny” – mówi dr Marta Czapnik-Jurak, współautorka raportu z Banków Żywności i Uniwersytetu Warszawskiego. „W najgorszej sytuacji są dzieci, u których występują obie przyczyny niedożywienia naraz – i ubóstwo, i niskie kompetencje żywieniowe opiekunów.”Konsekwencje ukrytego głodu nie są abstrakcyjne. Niedobory składników odżywczych w dzieciństwie – żelaza, kwasów omega-3, witamin – bezpośrednio upośledzają rozwój mózgu i zdolności poznawcze. Dzieci niedożywione jakościowo mają gorsze wyniki w nauce, problemy z koncentracją, trudniej budują relacje rówieśnicze. Głód w dzieciństwie, jak mówi jeden z ekspertów cytowanych w raporcie to nie tylko brak jedzenia. To doświadczenie braku bezpieczeństwa, które zapisuje się w psychice na długo.Szkoła jako ostatnia linia obrony
W tym kontekście stołówka szkolna przestaje być kwestią komfortu. Staje się kwestią zdrowia i równych szans. Dla wielu dzieci z rodzin o niskich dochodach ciepły posiłek w szkole jest jedynym wartościowym posiłkiem w ciągu dnia. Szkoła jest miejscem, gdzie można to wyrównać. Podać zbilansowany obiad bez stygmatu ubóstwa, bez konieczności składania wniosków, bez procedur.Polskie prawo oświatowe nakłada na szkoły obowiązek zapewnienia uczniom możliwości skorzystania z ciepłego posiłku. To jednak – i tu warto być precyzyjnym – obowiązek zapewnienia infrastruktury, nie samego bezpłatnego posiłku. Korzystanie ze stołówki jest dobrowolne i odpłatne. Dzieci z rodzin ubogich mogą ubiegać się o dofinansowanie w ramach programu „Posiłek w szkole i w domu”, ale wymaga to złożenia wniosku, zebrania dokumentacji i przejścia procedury w ośrodku pomocy społecznej. Kryterium dochodowe w 2026 roku to 1 646 złotych netto na osobę w rodzinie.**//** „W Polsce rośnie zjawisko ukrytego głodu, czyli niedożywienie jakościowe. Dzieci jedzą wysokoprzetworzoną żywność, która jest tania, szybko je syci i zapycha, ale nie odżywia. Konsekwencje są dla nich bardzo poważne: to problemy zdrowotne, trudności w nauce, problemy w grupach rówieśniczych i pogarszający się stan psychiczny najmłodszych” – Beata Ciepła, prezes Federacji Polskich Banków Żywności, raport „Ukryty głód dzieci”, 1 czerwca 2026Wiele rodzin z tego wsparcia nie korzysta. Ze wstydu. Z nieznajomości przepisów. Z obawy przed stygmatem, który w szkolnym środowisku potrafi być okrutny. Raport Banków Żywności opisuje to zjawisko wprost: „Robert z szóstej klasy ma zawsze przygotowaną wymówkę, na wypadek gdyby ktoś zapytał, czemu nie je na przerwie. Zwykle mówi, że zapomniał albo że nie jest głodny, choć tak naprawdę skręca go w brzuchu. Pilnuje się potem, żeby na stołówce nie jeść zbyt łapczywie.”To nie jest metafora. To opis rzeczywistości, która dzieje się w polskich szkołach codziennie.
Projekt, który utknął
25 września 2025 roku Koło Poselskie Razem – pięcioro posłanek i posłów – przedstawiło projekt ustawy wprowadzającej bezpłatne, ciepłe posiłki dla uczniów wszystkich publicznych szkół podstawowych. Projekt wpłynął do Sejmu dzień później. Założenia były proste: każde dziecko, bez względu na dochód rodziców, ma prawo do jednego bezpłatnego ciepłego posiłku dziennie w swojej szkole. Udział dobrowolny – rodzic musi wyrazić zgodę – ale szkoła zobowiązana do zapewnienia infrastruktury i posiłku. Koszty miałyby być uwzględniane w subwencji oświatowej.
Koszt szacowany przez autorów projektu: około 6 miliardów złotych rocznie – tyle co mniej więcej dwie trzecie planowanego wzrostu nakładów na oświatę w budżecie na 2026 rok. NSZZ „Solidarność”, popierając cel ustawy, zakwestionowała wyliczenia: według szacunków związku rzeczywisty koszt może sięgnąć 12 miliardów złotych, bo projekt nie uwzględnia w pełni kosztów inwestycji w infrastrukturę. Według danych Ministerstwa Edukacji z 2022 roku od 35 do 40 procent szkół podstawowych nie posiada stołówki ani zaplecza kuchennego. Samorządy wyrażały niepokój, że zostaną obciążone zadaniem bez gwarancji finansowania, co byłoby niezgodne z konstytucyjną zasadą adekwatności.
To są poważne zastrzeżenia i zasługują na poważną dyskusję w sejmowej komisji edukacji. Problem polega na tym, że tej dyskusji nie ma. Bo projekt leży.
Zamrażarka Czarzastego
18 listopada 2025 roku Włodzimierz Czarzasty, lider Nowej Lewicy, objął stanowisko Marszałka Sejmu. W pierwszym orędziu zapowiedział, że będzie stosował „marszałkowskie weto” wobec projektów, które uzna za szkodliwy populizm zagrażający stabilności państwa. Obserwatorzy życia parlamentarnego rozpoznali mechanizm natychmiast: sejmowa zamrażarka pod nową nazwą. Ta sama praktyka, którą sam Czarzasty przez lata publicznie piętnował jako narzędzie PiS do blokowania opozycji.
Projekt ustawy o bezpłatnych posiłkach szkolnych trafił na biurko nowego marszałka w momencie, gdy ten właśnie sygnalizował nowe reguły gry. Razem zareagowało twardo – Adrian Zandberg apelował publicznie: „Włodku, jeśli palnąłeś głupotę w sprawie marszałkowskiego weta, jeśli palnąłeś głupotę w sprawie marszałkowskiej zamrażarki, to masz świetną okazję, żeby się z tej głupoty wycofać.” Zandberg wskazywał, że konsultacje społeczne przeprowadzone wokół projektu potwierdziły masowe poparcie – przygniatająca większość Polaków, niezależnie od preferencji politycznych, opowiada się za tym, by każde dziecko dostało w szkole ciepły obiad.
Czarzasty tłumaczył, że jego słowa o wecie były sprzeciwem wobec populizmu, a nie konkretnym planem politycznym. Projekt jednak nie ruszył. 1 września 2026 roku – termin wejścia w życie zakładany przez autorów – mija bez żadnej zmiany prawa.
Warto odnotować pewną gorzką ironię historyczną. Czarzasty jest liderem Nowej Lewicy – partii, której ideowym DNA powinna być troska o słabszych, o wyrównywanie szans, o dzieci z ubogich rodzin. Tymczasem to właśnie on blokuje – choćby przez bezczynność – procedowanie projektu, który miałby tym dzieciom pomagać. Polityka bywa przewrotna.
Co mówią liczby i co za nimi stoi
Polska w ciągu dekady realnie zmniejszyła ubóstwo. To fakt, który warto odnotować uczciwie. Bez transferów społecznych ubóstwem byłaby zagrożona niemal jedna czwarta Polaków. Po ich uwzględnieniu wskaźnik spada do 14 procent i jest poniżej europejskiej średniej wynoszącej 16 procent. Programy świadczenia wychowawczego – 500+, potem 800+ – o połowę zmniejszyły zagrożenie ubóstwem wśród dzieci w porównaniu z 2015 rokiem.
Ale tu pojawia się kilka „ale”, których nie wolno pominąć. Po pierwsze, świadczenie wychowawcze podniesiono tylko raz od jego wprowadzenia i – w realiach inflacji ostatnich lat – straciło realnie około 30 procent swojej wartości. Zasiłki rodzinne są zamrożone nieprzerwanie od 2016 roku. Po drugie, transfery pieniężne nie rozwiązują problemu jakości żywienia – dziecko z rodziny, która dostaje 800 złotych świadczenia, niekoniecznie je lepiej niż bez niego, jeśli rodzic nie ma kompetencji żywieniowych albo w pobliżu nie ma dostępu do dobrej, nieprzetworzonej żywności. To właśnie diagnozuje raport „Ukryty głód dzieci”.
Po trzecie – i to jest argument, który powinien zamknąć dyskusję o kosztach – Polska jest 21. gospodarką świata. Rząd wydaje miliardy na programy, których efektywność bywa dyskusyjna. W Finlandii bezpłatne szkolne posiłki dla wszystkich uczniów funkcjonują od 1948 roku. W Szwecji od 1997 roku. W Estonii, Łotwie, Litwie. Raport Komisji Europejskiej z marca 2025 roku stwierdza wprost: programy żywienia w szkołach „odgrywają kluczową rolę w poprawie zdrowia dzieci, rozwoju poznawczego i wyników w nauce, a jednocześnie pomagają niwelować nierówności społeczne”. To nie eksperyment. To sprawdzone, działające narzędzie, które Polska mogłaby wdrożyć, gdyby ktoś chciał o tym rozmawiać.
Pytanie nie brzmi: czy nas stać? Pytanie brzmi: kto zdecydował, że ten wydatek jest mniej ważny niż inne. I dlaczego ta rozmowa nie odbywa się w Sejmie.

