4 czerwca 2026 roku Ministerstwo Kultury Ukrainy wydało zgodę na przeprowadzenie przez polski Instytut Pamięci Narodowej prac ekshumacyjnych w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej na Wołyniu. To miejsca, gdzie 30 sierpnia 1943 roku oddziały UPA wymordowały ponad tysiąc Polaków. W poprzednich ekshumacjach – w 1992, 2011 i 2015 roku – zdołano odnaleźć i godnie pochować szczątki 674 ofiar. Teraz IPN szuka kolejnych około 350 ciał, spoczywających w tej samej ziemi od osiemdziesięciu trzech lat.
Pięć dni wcześniej, 28 maja 2026 roku, prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał dekret nadający elitarnej jednostce specjalnej Sił Zbrojnych Ukrainy honorową nazwę „Bohaterów UPA”.
Oba fakty, zestawione obok siebie, opisują sprzeczność, z którą Polska od dziesięcioleci nie potrafi – lub nie chce – sobie poradzić. Ukraina jedną ręką wydaje zgodę na szukanie ciał zamordowanych przez UPA. Drugą – gloryfikuje organizację, która ich zamordowała. I oczekuje, że Polska przyjmie to bez słowa.
Kim byli sprawcy. Ideologia, nie emocje
Żeby zrozumieć, czym była rzeź wołyńska, trzeba najpierw zrozumieć, czym była organizacja, która ją zaplanowała i przeprowadziła. Ukraińska Powstańcza Armia nie powstała w próżni. Była zbrojnym ramieniem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów frakcji Stepana Bandery, OUN-B, powołanym do życia w 1942 roku. Jej ideowym fundamentem był ukraiński nacjonalizm integralny, sformułowany przez Dmytra Doncowa jako doktryna głosząca wyższość woli narodowej nad wszelkimi normami moralnymi i prawna.
„Dekalog ukraińskiego nacjonalisty” z 1929 roku mówi wprost: „Nie zawahasz się dokonać największej zbrodni, jeśli wymaga tego dobro sprawy”. „Nienawiścią i bezwzględnością zbrojną będziesz przyjmował wrogów twego narodu”. Dokument ten był nie tylko programem politycznym. Był przewodnikiem moralnym pokolenia nacjonalistów, którzy w latach czterdziestych wzięli do rąk siekiery i widły.
Dowódca UPA na Wołyniu Dmytro Klaczkiwski ps. „Kłym Sawur” wydał latem 1943 roku rozkaz wymordowania wszystkich Polaków w okręgu kowelskim. Rozkaz nie był improwizacją. Był konsekwencją strategicznej decyzji podjętej na szczeblu kierownictwa OUN-B: stworzyć etnicznie jednorodne państwo ukraińskie wolne od Polaków, Żydów i innych „elementów obcych”. Logika ta była bliźniacza do logiki nazistowskiej, choć jej skala była inna.
Wołyń 1943: jak wyglądało ludobójstwo
9 lutego 1943 roku w polskiej wsi Parośla na Wołyniu oddział UPA pod dowództwem Hryhorija Perehijniaka wymordował około 150 Polaków zamieszkałych w 26 zagrodach. Był to pierwszy akt ludobójstwa, które przeszło do historii jako rzeź wołyńska. Od tego dnia przez ponad dwa lata trwała planowa, systematyczna eksterminacja polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Kulminacja nastąpiła 11 lipca 1943 roku – w Krwawą Niedzielę. Tego dnia oddziały UPA, wspomagane przez ukraińskich chłopów, zaatakowały jednocześnie 99 polskich miejscowości w powiatach włodzimierskim i horochowskim. Plan był precyzyjny: cztery dni wcześniej do wyznaczonych wsi wysłano agitatorów, którzy przekonywali cywilnych Ukraińców o „konieczności” eksterminacji Polaków. Jako dzień ataku wybrano niedzielę, żeby zaskoczyć jak największą liczbę Polaków w kościołach. Polacy rzadko ginęli od kul. Bojówki nie miały zbyt wiele broni palnej. Mordowały siekierami, widłami, kosami, piłami i nożami. Torturowały przed śmiercią. Nie oszczędzały kobiet, dzieci ani starców. Dyrektywa dowódcy UPA Klaczkiwskiego nakazywała wprawdzie likwidację mężczyzn od 16 do 60 lat – w praktyce upowcy nikogo nie oszczędzali.
W samym lipcu 1943 roku zamordowano około 10-11 tysięcy Polaków w 520 wsiach i osadach. W całym cyklu 1943–1945 – na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej – zginęło, według najnowszych badań Instytutu Pamięci Narodowej, około 100 tysięcy Polaków. Rzeź objęła ponad 4 tysiące miejscowości. W blisko 10 tysiącach tzw. dołów śmierci na Wołyniu i kolejnych 10 tysiącach w Małopolsce Wschodniej spoczywają szczątki ofiar, z których do dziś ekshumowano zaledwie garstkę – 680 osób z 130 tysięcy.
„Krwawa niedziela, 11 lipca 1943 r. symbolizuje apogeum okrucieństwa zbrodniarzy z UPA. Dla nas Polaków ten dzień to czas refleksji i modlitwy, wspomnienia bestialsko zamordowanych dzieci, kobiet i starców. To wspomnienie polskich wsi, po których nie pozostał ślad”
– prezydent RP, Karol Nawrocki, 11 lipca 2025
Nie wszyscy Ukraińcy uczestniczyli w mordach. Historycy IPN udokumentowali, że w badanych 500 miejscowościach ponad 1300 Ukraińców udzielało Polakom pomocy – ukrywało, ostrzegało, żywiło. Kilkuset z nich sprawcy rzezi ukarali śmiercią. Ten fakt jest ważny moralnie i należy go odnotować, ale nie zmienia oceny zbrodni ani odpowiedzialności jej organizatorów.
Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uznał zbrodnie OUN-UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej za ludobójstwo i ustanowił 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA.
Blokada ekshumacji. Osiemdziesiąt lat czekania
Rzeź wołyńska to nie tylko zbrodnia historyczna. To zbrodnia, której ofiary do dziś nie mają grobów. I to zbrodnia, za którą sprawcy i ich następcy przez dekady blokowali jakiekolwiek próby godnego pochówku zamordowanych.
Od 1992 roku ekshumacje szczątków polskich ofiar zbrodni OUN-UPA odbyły się jedynie w kilku miejscowościach – Ostrówkach, Woli Ostrowieckiej, Gaju, Pawliwce i Radowiczach. Do 2016 roku prace szły powoli, ale się toczyły. W 2017 roku władze ukraińskie – pod presją sporu o nielegalnie wybudowane ukraińskie pomniki UPA w Polsce – ogłosiły całkowitą blokadę, uzależniając zgodę na ekshumacje od spełnienia przez Polskę politycznych warunków. Przez siedem lat polskie rodziny czekały. Szczątki ich bliskich leżały w bezimiennych dołach.
Zakaz zniesiono dopiero pod koniec listopada 2024 roku, po negocjacjach szefów dyplomacji obu krajów. W 2025 roku IPN złożył 26 wniosków ekshumacyjnych. Zrealizowano jeden. W grudniu 2025 roku Wołodymyr Zełenski, na spotkaniu z prezydentem Karolem Nawrockim w Warszawie, deklarował gotowość do przyspieszenia prac. Wiceprezes IPN Krzysztof Szwagrzyk komentował ostrożnie: „Jest światełko w tunelu, do przełomu jeszcze daleko.”
4 czerwca 2026 roku przyszła dobra wiadomość: Ministerstwo Kultury Ukrainy wydało zgodę na ekshumacje w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. To pierwsza zgoda wydana na podstawie wniosku złożonego przez IPN w nowej procedurze. Łącznie ekshumowano dotąd 680 osób. Szacuje się, że w samej wsi Ostrówki i Woli Ostrowieckiej – zaledwie dwóch miejscowościach spośród tysięcy – czeka jeszcze około 350 ciał.
Odniesieniem tej liczby do całości jest zadanie, którego skali trudno ogarnąć. Historyk IPN Leon Popek mówi wprost: to praca na dziesiątki lat. Na Wołyniu jest ponad 2 tysiące miejscowości, w których doszło do mordów. Kolejne 2 tysiące w Małopolsce Wschodniej. Ekshumowano zaledwie kilka.
Dekret Zełenskiego. Gloryfikacja zamiast rozliczenia
Na tym tle decyzja prezydenta Zełenskiego z 28 maja 2026 roku jawi się nie jako drobna wpadka dyplomatyczna, lecz jako akt o głębokiej symbolicznej wadze.
Samodzielne Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy otrzymało honorową nazwę „Bohaterów UPA”. Uzasadnienie brzmiało: przywrócenie historycznych tradycji narodowego wojska i wzorowe wykonywanie zadań. Elitarna jednostka specjalna – odpowiednik polskiego GROM-u – ma nosić imię organizacji, która wymordowała sto tysięcy polskich cywilów.
To nie jest nieporozumienie kulturowe. To jest świadomy akt polityczny. Ukraiński dyskurs publiczny od lat konsekwentnie buduje narrację, w której OUN i UPA są przede wszystkim – a niekiedy wyłącznie – formacjami antybolszewickimi, bohaterami walki o niepodległość, a nie sprawcami ludobójstwa na Polakach. Rzecznik ukraińskiego MSZ Heorhij Tychyj sformułował tę pozycję bez ogródek: „Ukraińskiemu społeczeństwu nie zależy, żeby w Polsce ktoś coś dobrego myślał o UPA”. I dalej: UPA jest „symbolem oporu wobec imperialnej polityki Moskwy i nie jest wymierzona przeciwko Polakom”.
To zdanie jest historycznie nieprawdziwe – i Ukraińcy, którzy je wypowiadają, to wiedzą. UPA była wymierzona przeciwko Polakom. Rozkaz Klaczkiwskiego to dokumentuje. Dziesiątki tysięcy ciał w wołyńskich dołach śmierci to dokumentują. Zeznania świadków, akta sądowe, materiały wywiadowcze z epoki to dokumentują. Argument, że UPA walczyła z Sowietami, nie wymazuje faktu, że wcześniej systematycznie mordowała Polaków.
Warto tu przywołać pewną analogię. Gdyby Polska nadała jednostce wojskowej imię organizacji, która w ramach akcji Burza wymordowała cywilów ukraińskich – co nie miało miejsca, ale jako myślowe ćwiczenie – reakcja Kijowa byłaby przewidywalna. Słuszna. I ostro skrytykowana przez całą europejską opinię publiczną. Symetria moralna nie działa w jedną stronę.
Polska odpowiedź i jej ograniczenia
Polska zareagowała na dekret Zełenskiego na kilku poziomach. MSZ złożyło protest. Wiceminister Marcin Bosacki wezwał ambasadora Ukrainy Wasyla Bodnara. Prezydent Karol Nawrocki ogłosił, że zwróci się do Kapituły Orderu Orła Białego – najwyższego polskiego odznaczenia państwowego, nadanego Wołodymyrowi Zełenskiemu przez prezydenta Andrzeja Dudę w 2023 roku – o wszczęcie procedury jego odebrania. Posiedzenie Kapituły zaplanowano na 8 czerwca 2026 roku.Były prezydent Lech Wałęsa – jeden z najbardziej konsekwentnych orędowników ukraińskiej sprawy w Polsce – publicznie zdjął z piersi flagę ukraińską i oświadczył, że Zełenski „ubliżył Polakom”. Generał Roman Polko mówił o „błędnej decyzji”, która dostarcza pożywki rosyjskiej propagandzie. Minister spraw zagranicznych, Radosław Sikorski stwierdził, że Zełenski „popełnił błąd”.
Bez ekshumacji nie ma pojednania
Polska dyskusja o UPA toczy się zazwyczaj na poziomie abstrakcji: historia, polityka, dyplomacja, narracje. Warto ją sprowadzić do konkretu.
W Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej czeka na ekshumację około 350 ciał. To są konkretni ludzie, zamordowani 30 sierpnia 1943 roku – mężczyźni, kobiety, dzieci. Ich rodziny przez osiemdziesiąt trzy lata nie miały możliwości zapalić im świeczki przy grobie. Część z tych rodzin już nie żyje. Część żyje i czeka. Podobna sytuacja dotyczy dziesiątek tysięcy innych ofiar, w tysiącach innych miejscowości na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Polska od lat powtarza, że dialog historyczny jest możliwy, ale wymaga prawdy. Że pojednanie jest możliwe, ale wymaga uczciwości. Że wsparcie dla Ukrainy jest niezachwiane, ale nie może oznaczać akceptacji dla kłamstwa historycznego. Te postulaty są ze sobą spójne i uczciwe.
Ukraina z kolei stoi przed wyborem, który – prędzej czy później – będzie musiała dokonać: czy narracja o UPA jako bohaterach narodowych jest warta ceny, jaką płaci w relacjach z jedynym dużym sojusznikiem na wschodniej flance NATO? Czy gloryfikacja zbrodniarzy – nawet w ukraińskiej optyce „bohaterów walk z sowietami” – jest warta systematycznego podważania zaufania narodu, który wydał na Ukrainę kilkadziesiąt miliardów euro i przyjął pod swój dach milion ukraińskich uchodźców?
Odpowiedź powinna być prosta. Zbrodnia wołyńska wydarzyła się. Sto tysięcy Polaków zostało zamordowanych. Szczątki ich ciał leżą w ukraińskiej ziemi. Dopóki Ukraina gloryfikuje sprawców tych mordów, mówienie o prawdziwym pojednaniu jest niemożliwe. Bez względu na to, ile dyplomatycznych uśmiechów obu stron zjawi się na kolejnej konferencji prasowej.

