Ukryte koszty chorób drenują kieszenie Polaków i niszczą gospodarkę w obliczu demograficznej zapaści

Oficjalne debaty publiczne dotyczące polskiego systemu ochrony zdrowia od lat cierpią na tę samą, niezwykle groźną przypadłość – chroniczną krótkowzroczność, która każe politykom i ekonomistom patrzeć wyłącznie na bieżące wydatki Narodowego Funduszu Zdrowia. Gdy urzędnicy z dumą prezentują wielomiliardowe nakłady na nowoczesne terapie czy programy lekowe, z premedytacją lub niewiedzy pomijają gigantyczny ocean kosztów ukrytych, które bezlitośnie niszczą domowe budżety pacjentów oraz stabilność makroekonomiczną całego państwa. Opublikowane niedawno raporty, analizujące społeczne skutki raka piersi oraz chorób siatkówki oka, stawiają sprawę w sposób bezwzględny: to, co widzimy w oficjalnych sprawozdaniach finansowych, to zaledwie skromny wierzchołek potężnej góry lodowej. W realiach postępującej depopulacji kraju, w którym rocznie umiera o 160 tysięcy osób więcej, niż się rodzi, dalsze traktowanie medycyny wyłącznie jako czystego kosztu, a nie strategicznej inwestycji o wysokiej stopie zwrotu, jest prostą drogą do gospodarczego samobójstwa.

Aby w pełni pojąć skalę systemowego zafałszowania, z jakim na co dzień mierzą się Polacy, musimy zakwestionować dotychczasowy paradygmat oceniania nakładów na medycynę i przyjrzeć się twardym, zintegrowanym liczbom. Według raportu „Systemowa analiza opieki onkologicznej nad pacjentami z rakiem piersi w Polsce”, w 2024 roku leczeniem z powodu tej dotkliwej choroby nowotworowej objętych było ponad 231 tysięcy Polek. Całkowite, realne koszty tego jednego schorzenia oszacowano na porażającą kwotę 18 miliardów złotych, z czego bezpośrednie wydatki po stronie Narodowego Funduszu Zdrowia wyniosły zaledwie 3,58 miliarda złotych, co stanowi skromne 20 procent całościowego obciążenia. 

Gdzie zatem podziała się reszta, czyli niemal 14,4 miliarda złotych? To tak zwane koszty pośrednie oraz wydatki bezpośrednie ponoszone z własnej kieszeni przez same pacjentki i ich rodziny, na które składa się prywatna opieka medyczna, transport czy nierefundowane zabiegi wspomagające, wycenione bezpośrednio na 1,38 miliarda złotych. Jak trzeźwo i bez patosu punktuje wiceprezes instytutu EconMed Europe, dr Michał Seweryn, pomimo faktu, że wydajemy teoretycznie olbrzymie środki publiczne na zaawansowane technologie, to wydatki płatnika stanowią jedynie marginalny ułamek kosztów, jakie ponosimy jako całe społeczeństwo, ponieważ w przypadku raka piersi aż 73 procent obciążenia stanowią koszty pośrednie. 

Jeszcze bardziej drastyczna dysproporcja wyłania się z drugiego dokumentu – „Systemowa analiza leczenia pacjentów z chorobami siatkówki – AMD i DME w Polsce”. W 2024 roku liczba pacjentów zmagających się ze zwyrodnieniem plamki związanym z wiekiem lub cukrzycowym obrzękiem plamki wyniosła ponad 339 tysięcy osób, a całkowity koszt generowany przez tę populację przekroczył 9,4 miliarda złotych. W tym przypadku Narodowy Fundusz Zdrowia wydał na hospitalizacje i programy lekowe zaledwie 767 milionów złotych – dokładnie tyle samo, czyli 8 procent, ile pacjenci musieli wyłożyć z własnego dochodu rozporządzalnego, podczas gdy koszty pośrednie osiągnęły zatrważający poziom niemal 85 procent całej struktury finansowej.

Destrukcja produktywności zawodowej i ekonomiczny dramat polskich rodzin 

Te gigantyczne, szacowane na miliardy złotych koszty pośrednie nie są żadną abstrakcyjną strukturą ekonometryczną, lecz namacalnym dramatem, który codziennie demoluje codzienne funkcjonowanie tysięcy polskich przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. W metodologii badawczej eksperci uwzględnili straty wynikające z krótko- i długotrwałej absencji chorobowej na rynku pracy, drastyczny spadek wydajności w miejscu zatrudnienia, koszty pracy nieodpłatnej oraz koszty nieformalnej opieki sprawowanej przez najbliższych krewnych. W przypadku schorzeń wzroku (AMD i DME) te kognitywne i logistyczne straty wyniosły 7,9 miliarda złotych, a w przypadku raka piersi – aż 13,3 miliarda złotych.

Przyjrzyjmy się szczegółom: spośród aktywnych zawodowo Polek, u których zdiagnozowano nowotwór piersi, aż 66 procent zostało bezwzględnie zmuszonych do całkowitej rezygnacji z pracy lub drastycznego ograniczenia swojego etatu z powodu wycieńczającego leczenia. Kobiety, które podjęły heroiczną próbę utrzymania zatrudnienia, spędzały na zwolnieniach lekarskich średnio 31 dni w roku, a ich średnia produktywność w biurze czy fabryce spadała do poziomu 58 procent. Ponadto około połowa pacjentek musiała marnować swój regularny urlop wypoczynkowy na pobyt w szpitalach, a 13 procent poświęcało na ten cel ponad 19 dni urlopu w skali roku. 

Z kolei w przypadku chorób siatkówki, gdzie szczyt zachorowań przypada na wiek produkcyjny i wczesny emerytalny (60-75 lat), co trzeci pracujący pacjent musiał drastycznie zredukować swój wymiar pracy średnio o 13 godzin tygodniowo, a dla 37 procent badanych największą barierą logistyczną były uciążliwe i częste wizyty w ośrodkach terapeutycznych, wymagające nierzadko zaangażowania członków rodziny, którzy również musieli zwalniać się z pracy. Jak celnie zauważa ekspertka ds. finansów osobistych i założycielka serwisu Kobieta i Pieniądze, Dominika Nawrocka, choroba dotyka całą infrastrukturę rodzinną, generując zjawisko ubóstwa medycznego i zmuszając ludzi do zaciągania toksycznych długu, dlatego dbanie o tak zwane finansowe zdrowie musi iść w parze z medycyną naprawczą.

Katastrofalny wektor depopulacji a paradygmat medycyny jako wysokorentownej inwestycji 

Współczesna ocena wydatków zdrowotnych w Polsce musi zostać natychmiastowo zrewidowana ze względu na bezwzględne i nieodwracalne trendy demograficzne, które zagrażają naszej egzystencji strukturalnej. członek Prezydium Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta, dr n. med. Jakub Gierczyński, przytacza zatrważający bilans: w Polsce rodzi się obecnie zaledwie 240 tysięcy dzieci rocznie, przy jednoczesnych zgonach na poziomie 400 tysięcy. Oznacza to, że nasz kraj kurczy się w tempie 160 tysięcy obywateli na rok, zmierzając nieuchronnie w kierunku permanentnej, katastrofalnej depopulacji. W sytuacji tak drastycznego deficytu rąk do pracy państwo nie może sobie pozwolić na marnowanie potencjału ani jednej osoby w wieku produkcyjnym tylko dlatego, że system poskąpił funduszy na nowoczesną i skuteczną terapię. 

Każda złotówka, którą Narodowy Fundusz Zdrowia zaoszczędzi na leczeniu pacjenta, generuje automatycznie aż 3 złote realnych strat, które w postaci rent, zasiłków ZUS czy utraconej produktywności ponosi cała polska gospodarka. Jak twardo argumentuje dr Jakub Gierczyński, zmiana paradygmatu polega na tym, by przestać patrzeć na medycynę przez pryzmat suchego kosztu procedury, a zacząć postrzegać ją jako inwestycję z gigantyczną stopą zwrotu społeczno-ekonomicznego. 

Globalne analizy firmy McKinsey & Company z 2020 roku jednoznacznie dowodzą, że każdy dolar zainwestowany mądrze w system ochrony zdrowia przynosi pewny zwrot gospodarczy na poziomie od 2 do nawet 4 dolarów. Co więcej, dotarcie przez Polskę do średniej unijnej w zakresie efektywności leczenia oraz szeroko pojętej profilaktyki pozwoliłoby nam natychmiast uratować przed nadmiarową śmiercią aż 36 tysięcy Polaków rocznie. Innowacje medyczne i dostęp do nowoczesnych terapii na najwyższym europejskim poziomie to nie jest żaden luksus ani humanitarny kaprys, lecz podstawowy warunek konieczny, by utrzymać naród przy życiu i pozwolić kolejnym pokoleniom na normalne funkcjonowanie rodzinne, społeczne oraz zawodowe.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: