Banan za 5 milionów dolarów. Sztuka nowoczesna, dlaczego tak wielu ludzi jej nie rozumie

20 listopada 2024 roku w nowojorskim domu aukcyjnym Sotheby’s wylicytowano bananа. Dosłownie – banan, przyklejony taśmą klejącą do ściany. Praca włoskiego artysty Maurizio Cattelana zatytułowana „Comedian” osiągnęła cenę 5,2 miliona dolarów. Nikt przy tym nie kupił konkretnego banana – ten po kilku dniach zgniłby. Nabywca kupił certyfikat i instrukcję: jak nakleić banana na ścianę, żeby było to właśnie to dzieło. 

Kilka lat wcześniej, gdy ta sama praca pojawiła się po raz pierwszy na targach Art Basel w Miami w cenie 120 tysięcy dolarów, pewien nowojorski artysta podszedł do ściany i po prostu go zjadł. Dyrektor galerii wyjaśnił filozoficznie: dzieło nie zostało zniszczone, bo Cattelan nie sprzedał banana, lecz ideę.

Trudno o bardziej doskonałe streszczenie wszystkiego, co miliony ludzi denerwuje w sztuce nowoczesnej – i wszystkiego, co jej zwolennicy w niej widzą. Absurd albo genialny komentarz. Naciąganie albo prowokacja z sensem. Oszustwo albo zwierciadło świata. Zależy, kto patrzy.

Niniejszy artykuł nie rozstrzyga tego sporu – bo sporu filozoficznego nie można rozstrzygnąć dekretem. Stara się natomiast pokazać, skąd sztuka nowoczesna się wzięła, dokąd zmierza, ile jest naprawdę warta i dlaczego pytania, które budzi, są ważniejsze, niż się wydaje.

Przez tysiąclecia sztuka miała jasno zdefiniowaną rolę: przedstawiać świat, gloryfikować bogów i władców, opowiadać historia, upamiętniać. Starożytna rzeźba grecka, gotyckie katedry, renesansowe portrety, barokowe ołtarze – wszystko to miało adresata, temat i czytelny język wizualny. Nawet laik stojący przed freskami Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej rozumie, że to Adam i Bóg. Nie musi znać żadnej teorii sztuki.

Pierwsze pęknięcie w tym systemie pojawiło się na przełomie XIX i XX wieku. Impresjoniści – Monet, Renoir, Degas – zaczęli malować nie tyle obiekty, co wrażenia wzrokowe, migotanie światła, ulotność chwili. Publiczność i krytyka początkowo ich odrzuciła. Słowo „impresjonizm” było z początku pogardliwą etykietą. Dziś ich płótna osiągają na aukcjach dziesiątki milionów dolarów i wiszą w najważniejszych muzeach świata.

Za impresjonistami przyszły kolejne fale. Postimpresjoniści – van Gogh, Cézanne, Gauguin – poszli jeszcze dalej, deformując kolor i kształt w imię emocji i idei. Kubizm Picassa rozbił perspektywę na fragmenty. Ekspresjonizm niemiecki wyraził lęk i ból poprzez krzyczące deformacje. Surrealizm Dalego i Magritte’a zanurzył się w podświadomości i śnie. Każdy z tych ruchów był w swoim czasie skandalem – i każdy stał się z czasem częścią kanonu.

Decydujący przełom nastąpił w 1917 roku, kiedy Marcel Duchamp wziął fabryczny pisuar, odwrócił go do góry nogami, podpisał pseudonimem „R. Mutt” i zgłosił na wystawę jako rzeźbę zatytułowaną „Fontanna”. 

Jury wystawę odrzuciło – co tylko wzmocniło rangę gestu. Duchamp postawił pytanie, które do dziś nie doczekało się powszechnie akceptowalnej odpowiedzi: jeśli artysta coś wskazuje jako dzieło sztuki i umieszcza w odpowiednim kontekście – czy nie staje się ono przez to właśnie dziełem? Czy definicja sztuki leży w obiekcie, czy w intencji i kontekście?

To pytanie jest prapoczątkiem wszystkiego, co w sztuce XX i XXI wieku wywołuje konfuzję lub furię. Każdy banan na ścianie, każde puste płótno, każdy słoik z artystycznymi odchodami – wszystko to jest w prostej linii dzieckiem Duchampa.

Abstrakcja, konceptualizm, performance: trzy drogi porzucenia formy

Sztuka nowoczesna nie jest jednym zjawiskiem – to parasol przykrywający kilkanaście różnych tradycji i filozofii, które łączy jedno: odejście od dosłownego przedstawiania rzeczywistości.

Abstrakcja – czyli rezygnacja z rozpoznawalnych form na rzecz koloru, linii i kompozycji – ma przynajmniej jeden argument, który działa na każdego: muzyka. Muzyka nie „przedstawia” niczego dosłownie – jest abstrakcyjnym układem dźwięków, który wywołuje emocje bez pośrednictwa słów ani obrazów. 

Czy muzyka jest przez to niezrozumiała? Mark Rothko, jeden z największych abstrakcjonistów XX wieku, malował wielkie prostokąty czystego koloru – czerwieni, pomarańczy, czerni – i twierdził, że jego obrazy są o tragedii, ekstazie i przeznaczeniu. Ludzie płakali przed jego płótnami. Neuropsycholodzy badali, dlaczego. Odpowiedź nie jest prosta -ale emocjonalna reakcja jest faktem.

Konceptualizm idzie krok dalej: liczy się idea, nie wykonanie. Joseph Kosuth wystawił w 1965 roku trzy wersje krzesła obok siebie – krzesło fizyczne, jego fotografię i powiększoną definicję słownikową słowa „krzesło” – i zatytułował instalację „Jedno i trzy krzesła”.

Pytanie, które stawiał, było filozoficzne: czym jest krzesło – przedmiotem, jego wizerunkiem czy pojęciem? To jest pytanie, o którym Platon pisał w „Państwie” dwa i pół tysiąca lat wcześniej. Kosuth przeniósł filozofię do galerii.

Performance – sztuka działania, efemeryczna, istniejąca tylko w czasie wydarzenia – jest najtrudniejsza do uchwycenia i być może najbardziej podatna na naciąganie. Marina Abramović, serbska artystka, spędziła 736 godzin siedząc nieruchomo przy stole w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku w 2010 roku, zapraszając widzów do zajęcia miejsca naprzeciw niej. Większość ludzi, którzy usiedli, płakała. Dlaczego? Co się tam wydarzało? Trudno to wytłumaczyć, łatwo odrzucić – i być może jeszcze łatwiej doświadczyć.

Argument za: to co trudne nie musi być bez sensu

Sceptyk ma do dyspozycji zestaw pytań, które zadaje od lat i które są w pełni uzasadnione. Dlaczego dziecko nie może tego zrobić? Gdzie granica między sztuką a hochsztaplerstwem? Skąd wiadomo, że to „genialne”, a nie po prostu puste? I dlaczego za banalny gest płaci się miliony, podczas gdy rzemieślnik malujący techniką mistrzów renesansu nie może zarobić na chleb?

Wszystkie te pytania są uczciwe. Ale mają również uczciwe odpowiedzi, których nie wypada pominąć.

Po pierwsze: trudność odbioru nie jest dowodem braku wartości. Bach był za trudny dla swoich współczesnych. Van Gogh za życia sprzedał jeden obraz. Kafka prosił o spalenie swoich manuskryptów po śmierci. Historia kultury jest usiana przykładami dzieł najpierw odrzuconych, a potem kanonizowanych. Nie oznacza to, że każda odrzucona praca jest arcydziełem – ale oznacza, że odrzucenie nie jest dowodem wartości ani jej braku.

Po drugie: kontekst i intencja naprawdę mają znaczenie. Kiedy Cattelan przykleja banana do ściany i zatytułuje to „Comedian” – prowokuje do pytania o to, czym jest wartość, czym jest oryginalność i czym jest rynek sztuki. To pytanie jest zasadne i można je zadać w eseju. Cattelan zadaje je gestem. Czy gest jest mniej ważny od eseju? To zależy od filozofa.

Po trzecie: „dziecko mogłoby to zrobić” – ale nie zrobiło. Pollock powiedział kiedyś coś podobnego i miał rację. Tworzenie rozległej, koherентной twórczości wymagającej rozwinięcia, obrony i utrzymania konsekwencji przez dekady – to jest praca, która odróżnia artystę od kogoś, kto przypadkowo rozlał farbę. Trudniej jest wiedzieć, że robisz to celowo i dlaczego.

„Nie pytaj, co sztuka robi dla ciebie. Zapytaj, co robisz z tym, co sztuka ci daje” – Wassily Kandinsky, pionier abstrakcjonizmu, jeden z twórców Der Blaue Reiter, 1912

Argument przeciw: kiedy król jest nagi

Uczciwa analiza wymaga jednak równie poważnego potraktowania krytyki – i nie chodzi tylko o estetyczny konserwatyzm.

Tom Wolfe, wybitny amerykański pisarz i dziennikarz, w eseju „The Painted Word” z 1975 roku opisał świat sztuki nowoczesnej jako zamknięte środowisko, w którym dzieła sztuki są tłumaczeniami teorii – a nie odwrotnie. Innymi słowy: najpierw powstawała teoria, artykuł krytyczny, manifест galerzysty -a potem dopiero artysta tworzył pracę ilustrującą tę teorię. Obieg zamknął się na sobie. 

Krytycy pisali dla artystów, artyści tworzyli dla krytyków, galeryści sprzedawali kolekcjonerom, którzy kupowali rekomendacje krytyków. Widz – zwykły człowiek – stał się zbędnym elementem.

Ten argument jest trudny do odparcia, bo opisuje coś realnego. Pewna część sztuki współczesnej faktycznie istnieje wyłącznie w obiegu instytucjonalnym i bez niego jest dosłownie niczym – kawałkiem tektury, miską wody, fotografią czyjejś piwnicy. Wartość jest przypisywana przez system: muzeum, galerie, krytyk, dom aukcyjny, kolekcjoner. Ten system ma własne interesy finansowe i hierarchie prestiżu, które niekoniecznie pokrywają się z wartością estetyczną czy intelektualną.

Istnieje też problem, który można nazwać inflacją prowokacji. Duchamp zrobił pisuar jako dzieło raz – i to był przełomowy gest. Ale kiedy każdy absolwent szkoły artystycznej próbuje powtórzyć ten gest w coraz bardziej ekstremalnej formie, kolejne dzieło-prowokacja nie pyta już o nic nowego. Pyta tylko: „czy uda mi się przekroczyć poprzednika?” To nie jest pytanie artystyczne – to wyścig na szokowanie.

Wreszcie: rynek sztuki współczesnej ma realny problem z praniem pieniędzy i spekulacją. Analitycy rynku od lat wskazują, że część transakcji w najwyższym segmencie cenowym ma niewiele wspólnego z estetyką lub filozofią – a bardzo wiele z ochroną majątku, optymalizacją podatkową i lokowaniem kapitału w aktywach trudnych do skatalogowania przez organy podatkowe. 

Banan za 5 milionów dolarów może być geniuszem Cattelana – może też być gestem kogoś, kto potrzebował bezpiecznej przystani dla gotówki. Oba wyjaśnienia mogą być prawdziwe jednocześnie.

Rynek mówi – ale co mówi?

W 2024 roku polski rynek sztuki osiągnął łączną wartość sprzedaży aukcyjnej 449 milionów złotych – wzrost o 2,8 procent rok do roku, trzeci rok z rzędu z obrotami przekraczającymi 400 milionów. Najdrożej sprzedanym dziełem było „Zatopione miasto II” Andrzeja Wróblewskiego za 6,48 miliona złotych. 

Rekord polskiego rynku w ogóle ustanowiła w czerwcu 2025 roku „Rzeczywistość” Jacka Malczewskiego – 22,2 miliona złotych, najwyższy wynik aukcyjny w historii krajowego rynku. Warszawa, wedle analiz serwisu Artprice, dołączyła w ostatniej dekadzie do najszybciej rozwijających się ośrodków sztuki współczesnej na świecie – obok Paryża, Londynu i Tokio. DESA Unicum jest szóstym domem aukcyjnym w Unii Europejskiej.

Na globalnym rynku w tym samym roku banan Cattelana osiągnął 5,2 miliona dolarów, a obraz René Magritte’a – malarza surrealisty, twórcy słynnego „To nie jest fajka” – wylicytowano w Christie’s za 121,2 miliona dolarów, bijąc rekord artysty.

Co te liczby mówią? Przede wszystkim – że popyt jest realny i rośnie. Ale rynek sztuki nie jest dowodem jej wartości artystycznej, tak jak rynek diamentów nie jest dowodem ich wartości estetycznej. Rynek mówi nam o popycie, rzadkości, prestiżu i spekulacji – nie o tym, czy dane dzieło jest piękne lub mądre. Te dwie kwestie można mylić tylko z rozmysłem lub przez niedopatrzenie.

Ciekawy jest jednak jeden trend: na polskim rynku sztuki w 2024 i 2025 roku wyraźnie umocniła się sztuka dawna – malarstwo Malczewskiego, Chełmońskiego, Siemiradzkiego. Wzrost obrotów w segmencie sztuki dawnej wyniósł 46 procent rok do roku. 

Być może właśnie w niepewnych czasach – ekonomicznie i geopolitycznie – ludzie chętniej wracają do tego, co czytelne, zakorzenione i historycznie zweryfikowane. To nie jest wyrok na sztukę nowoczesną – to obserwacja o psychologii inwestorów i kolekcjonerów.

Gdzie przebiega granica

Pytanie, które naprawdę interesuje większość ludzi sceptycznie nastawionych do sztuki nowoczesnej, nie brzmi: „czy abstrakcja może być piękna?” – lecz: „jak odróżnić genialny gest od hochsztaplerstwa?”

Szczera odpowiedź brzmi: nie ma prostego kryterium. I być może to właśnie jest odpowiedź, której sceptyk szuka – że kryterium nie istnieje, co dowodzi, że cały system jest fikcją.

Ale brak prostego kryterium nie oznacza braku kryterium w ogóle. Historycy sztuki, kuratorzy i filozofowie estetyki stosują kilka nieoczywistych mierników. Pierwszym jest spójność i konsekwencja twórczości: czy artysta buduje coś przez lata, czy produkuje jednorazowe gesty? Drugim jest możliwość interpretacji: czy praca otwiera pytania, prowokuje myśl, niesie wieloznaczność? – czy jest tylko pusta? 

Trzecim jest kontekst historyczny: czy praca wchodzi w dialog z tradycją, zaprzecza jej lub przekracza w sposób świadomy? Czwartym – może najważniejszym – jest to, co zostaje: czy po wyjściu z galerii zostaje coś w głowie, w emocji, w pamięci?

Te kryteria są subiektywne. Nie dają obiektywnego wyniku. Ale nie istnieje żadna dziedzina ludzkiej kultury – literatura, muzyka, film, architektura – gdzie kryteria estetyczne są w pełni obiektywne. Spór o sztukę nowoczesną jest w istocie sporem o to, kto ma prawo ustalać te kryteria -i czy galeria, muzeum i dom aukcyjny mają w tym zbyt dużo władzy.

Wróćmy na chwilę do banana. Maurizio Cattelan urodził się w 1960 roku w Padwie, w robotniczej rodzinie. Zanim stał się artystą, pracował jako stolarz, ogrodnik i kucharz. Jest autorem jednej z najbardziej znanych rzeźb XX wieku – Jana Pawła II przygniatanego meteorytem, „La Nona Ora”, która podczas wystawy w warszawskiej Zachęcie w 2000 roku została uszkodzona przez posłów ZChN próbujących ją zniszczyć. 

Jest też autorem złotej, w pełni działającej toalety z Muzeum Guggenheima, zatytułowanej „America” – która w 2019 roku została skradziona z pałacu Blenheim w Anglii i nigdy nie odnaleziona.

Można nie lubić jego sztuki. Można ją uznać za prowokację bez treści. Ale trudno nie przyznać, że Cattelan przez trzy dekady konsekwentnie pyta o to samo: czym jest wartość, kto ją ustala i co z tym zrobimy. To pytanie, które – nawet jeśli irytuje formą – warto zadać.

Sztuka nowoczesna jest zwierciadłem swojej epoki – chaotycznej, ironicznej, przesyconej informacją i spragnionej uwagi. W tym zwierciadle część ludzi widzi geniusz, część hochsztaplerstwo, a część -co chyba najtrafniejsze – obie rzeczy naraz, bo epoka, którą odzwierciedla, jest też i tym, i tym jednocześnie.

Nie musisz jej lubić. Ale warto wiedzieć, skąd pochodzi i o co pyta.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: