Wizerunkowy paraliż i strukturalna niewydolność polskiego systemu opieki medycznej u progu drugiej połowy lat dwudziestych dwudziestego wieku osiągnęły punkt zwrotny, w którym bezduszny dogmatyzm urzędniczy jawnie dusi potencjał narodowej gospodarki. Nominalne nakłady na ochronę zdrowia w Rzeczypospolitej Polskiej w ciągu minionej dekady niemal się potroiły, eksplodując z poziomu 107,6 miliarda złotych w 2014 roku do monstrualnej kwoty 293,6 miliarda złotych w roku 2024.
Pomimo tego bezprecedensowego strumienia gotówki płynącej z kieszeni podatników, polscy pacjenci wciąż zmagają się z dramatycznymi, wielomiesięcznymi kolejkami, a dostępność podstawowych świadczeń medycznych pozostaje iluzoryczna.
Opublikowany niedawno raport SGH Think Tank dla ochrony zdrowia zatytułowany „Nowa architektura finansowania ochrony zdrowia” bezlitośnie obnaża twardą prawdę: bez radykalnego zwrotu ku profilaktyce i głębokiej reformy samego modelu zarządzania, bezrefleksyjne dosypywanie kolejnych miliardów do dziurawego worka Narodowego Funduszu Zdrowia doprowadzi jedynie do tego, że za znacznie większe pieniądze otrzymamy dokładnie tę samą, skrajnie niesatysfakcjonującą obywateli jakość opieki.
Fundamentalnym błędem systemowym polskiego sektora medycznego jest niemal całkowite zorientowanie strumieni finansowych na tak zwaną medycynę naprawczą, czyli kosztowne gaszenie pożarów w momencie, gdy choroba zdąży już spustoszyć organizm pacjenta.
Jak słusznie zauważa współautorka raportu, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego i dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, priorytetem sprawnego państwa powinno być zapobieganie schorzeniom, aby nie obciążały one osobistych ambicji obywateli oraz zasobów budżetowych. Statystyki za 2022 rok porażają realizmem: w Polsce aż 88 tysięcy osób zmarło z przyczyn, którym można było w pełni zapobiec dzięki skutecznej profilaktyce, a kolejne 51 tysięcy odeszło z powodu chorób możliwych do uniknięcia przy odpowiednio wczesnej interwencji medycznej.
Ta nadmiarowa umieralność plasuje nasz kraj na szarym końcu Unii Europejskiej, przekraczając unijną średnią o zatrważające 45 procent. Urzędnicy z Ministerstwa Zdrowia od lat ignorują profilaktykę pierwotną, zapominając, że edukacja konsumencka, promowanie spontanicznego ruchu oraz budowanie zdrowego środowiska życia przynoszą największy, długofalowy zwrot z inwestycji inżynierii finansowej.
Fiskalna obłuda podatku cukrowego i bezwzględny drenaż kieszeni konsumentów pod płaszczykiem troski o zdrowie
Najbardziej jaskrawym przejawem urzędniczej hipokryzji i drapieżnego nastawienia fiskalnego stała się tak zwana opłata cukrowa, wprowadzona w życie 1 stycznia 2021 roku. Zapowiadany przez rządzących jako zbawienne narzędzie walki z otyłością i cukrzycą, „podatek od grzechu” doprowadził do gwałtownego skoku cen napojów gazowanych o 36 procent oraz wód smakowych o 22 procent, drastycznie uderzając w polskie przedsiębiorstwa handlowe i przetwórcze.
Choć popyt na te produkty początkowo spadł o jedną piątą, konsumenci ostatecznie przywykli do drożyzny, a przeciętny Polak wciąż konsumuje blisko 45 kilogramów cukru rocznie. Co jednak stało się z gigantycznymi środkami ściąganymi z rynku? Raport Warsaw Enterprise Institute zatytułowany bezkompromisowo „Troska o zdrowie czy skok na kasę” obnaża brutalny fakt: aż 96,5 procenta przychodów z tej opłaty zamiast finansować dedykowaną edukację, realną profilaktykę czy celowane leczenie nadwagi u dzieci, trafiło bezpośrednio do ogólnego budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia.
Pieniądze te zostały po prostu przejedzone przez bieżące, niewydolne struktury biurokratyczne, nie przynosząc społeczeństwu żadnych wymiernych korzyści zdrowotnych.
Absurdy stawek podatku VAT i konieczność wprowadzenia rynkowych reguł gry
Kolejnym strukturalnym absurdem polskiego systemu fiskalnego, który bezpośrednio szkodzi zdrowiu obywateli, jest kuriozalna konstrukcja stawek podatku VAT na napoje. Czysta, naturalna woda butelkowana, będąca fundamentem profilaktyki otyłości, jest w Polsce obłożona podstawową, najwyższą stawką podatkową wynoszącą 23 procent – dokładnie taką samą jak szkodliwy alkohol czy przesłodzone napoje gazowane.
Z kolei produkty zawierające zaledwie 20 procent soku korzystają z preferencyjnej, 5-procentowej stawki. Ta podatkowa schizofrenia sprawia, że zdrowa żywność jest dziś w Polsce istotnie droższa od taniej żywności wysokoprzetworzonej, a państwo zamiast demokratyzować dostęp do pożądanych produktów, dodatkowo go różnicuje cenowo.
Konserwatywny punkt widzenia nakazuje postawić sprawę jasno: zamiast tworzyć kolejne biurokratyczne podatki, które drenują portfele Polaków i służą łataniu dziur budżetowych, należy zracjonalizować istniejące mechanizmy fiskalne i dać przedsiębiorcom przestrzeń do uczciwej konkurencji jakościowej, podnosząc jakość życia mieszkańców bez budowania urzędniczego etatyzmu.

