„Udział Unii Europejskiej w światowym eksporcie mięsa będzie się dalej kurczył – z około 19% do 13% w 2034 roku – ponieważ europejscy producenci ponoszą coraz wyższe koszty dostosowania do regulacji środowiskowych” – ten jeden, suchy fragment najnowszego raportu OECD i Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) tłumaczy więcej o przyszłości europejskiej wsi niż niejedna konferencja prasowa unijnego komisarza do spraw rolnictwa.
OECD-FAO Agricultural Outlook 2025-2034 to coroczna, wspólna prognoza obu organizacji, przygotowywana od ponad dwudziestu lat przez ekspertów handlu i rolnictwa OECD oraz Wydziału Rynków i Handlu FAO, przy udziale państw członkowskich i organizacji branżowych.
To dokument liczący ponad sto pięćdziesiąt stron, oparty na modelu Aglink-Cosimo, który pozwala prognozować produkcję, konsumpcję, handel i ceny najważniejszych towarów rolnych na najbliższą dekadę. Tegoroczna edycja, dwudziesta pierwsza z kolei, rysuje obraz świata rolnictwa podzielonego na dwie prędkości – i Europa wyraźnie znajduje się w tej wolniejszej.
Według raportu globalna produkcja mięsa wzrośnie do 2034 roku o 13%, do 406 mln ton w ekwiwalencie wagi poubojowej. Większość tego wzrostu – ponad połowa – przypadnie na Azję, a kolejne istotne udziały na Amerykę Łacińską i Afrykę.
Tymczasem unijny udział w światowym eksporcie mięsa kurczy się nieprzerwanie od 2021 roku i ma spaść z niemal jednej piątej globalnego handlu do zaledwie 13% w roku 2034. Autorzy raportu nie pozostawiają wątpliwości co do przyczyny tego trendu – wprost piszą o rosnących kosztach zgodności z regulacjami środowiskowymi, które obciążają unijnych producentów bardziej niż ich konkurentów z Brazylii, Stanów Zjednoczonych czy Australii.
To nie jest odosobniony przypadek. Podobny mechanizm opisano w rozdziale poświęconym nabiałowi. Produkcja mleka w Unii Europejskiej, drugim co do wielkości producencie na świecie po Indiach, ma się w najbliższej dekadzie nieznacznie zmniejszyć, podczas gdy globalna produkcja mleka wzrośnie o 1,8% rocznie, napędzana głównie przez Indie i Pakistan. Raport zaznacza, że ograniczenia produkcyjne w Unii i Stanach Zjednoczonych otwierają pole do zwiększenia eksportu dla innych graczy, w tym właśnie producentów azjatyckich i amerykańskich.
Trzeci sektor, w którym widać ten sam wzorzec, to biopaliwa. Podczas gdy globalne zużycie biopaliw ma rosnąć średnio o 0,9% rocznie, a w Kanadzie nawet o 6% rocznie dzięki tamtejszym regulacjom dotyczącym czystych paliw, w Unii Europejskiej zużycie biopaliw ma się zmniejszyć – w bezpośrednim związku z wdrażaniem trzeciej wersji unijnej dyrektywy o odnawialnych źródłach energii, znanej jako RED III.
To dyrektywa, która miała promować zieloną transformację transportu, a w praktyce ogranicza popyt na unijne rzepak i inne surowce roślinne wykorzystywane do produkcji biodiesla.
„Europejscy producenci ponoszą coraz wyższe koszty dostosowania do regulacji środowiskowych” – to zdanie z raportu OECD-FAO w jednym wersie streszcza dekadę unijnej polityki rolnej.
Cena emisji: sześćdziesiąt dolarów za tonę CO2
Najbardziej wymowny fragment raportu dotyczy jednak nie tego, co już się wydarzyło, lecz analizy scenariuszowej przygotowanej we współpracy z Międzynarodowym Instytutem Analizy Systemów Stosowanych (IIASA).
Autorzy próbowali odpowiedzieć na pytanie, jak wyglądałby świat, w którym rolnictwo na dużą skalę wdraża technologie redukcji emisji gazów cieplarnianych – od dodatków paszowych ograniczających emisję metanu u przeżuwaczy, takich jak zatwierdzone już w Unii Europejskiej preparaty 3-NOP i Bovaer, przez precyzyjne nawożenie sterowane sztuczną inteligencją, po systemy zarządzania obornikiem.
Problem w tym, że model wycenia wdrożenie tych technologii na podstawie krzywych kosztów krańcowej redukcji emisji, opartych na cenie uprawnień do emisji dwutlenku węgla w wysokości 60 dolarów za tonę CO2. To koszt, który w całości – jak podkreślają autorzy raportu – ponoszą producenci rolni, doliczany do już i tak rosnących kosztów operacyjnych. W krajach o wysokich dochodach, do których należy większość państw Unii, ten koszt nakłada się na inne czynniki: wymagania dotyczące dobrostanu zwierząt, ograniczenia stosowania antybiotyków, restrykcje środowiskowe dotyczące gospodarki nawozowej.
Raport nie jest przy tym dokumentem napisanym z perspektywy krytycznej wobec polityki klimatycznej – wręcz przeciwnie, jego autorzy traktują redukcję emisji jako cel pożądany i opisują wdrażanie nowych technologii jako rozwiązanie korzystne dla całego sektora.
Tym bardziej znaczące jest to, że nawet w tak afirmatywnym ujęciu nie da się ukryć prostego faktu: koszty transformacji ponoszą w pierwszej kolejności sami producenci, a efektem ubocznym jest erozja ich pozycji konkurencyjnej wobec rolnictwa krajów, które nie wprowadzają porównywalnych regulacji.
Globalny popyt rośnie, Europa stoi z boku
To, co czyni unijną sytuację szczególnie dotkliwą, to fakt, że dzieje się to w momencie, gdy globalny popyt na żywność pochodzenia zwierzęcego rośnie w tempie, jakiego świat nie widział od dekad.
Łączna konsumpcja produktów rolnych i rybnych ma wzrosnąć do 2034 roku o 13% w cenach stałych, a udział kalorii pochodzących z mięsa i ryb w globalnej diecie zwiększy się o 6%. W krajach o niższych średnich dochodach wzrost ten sięgnie aż 25%. To rynek, na którym europejscy producenci, gdyby nie rosnące koszty regulacyjne, mogliby skutecznie konkurować – tym bardziej że unijne standardy jakości i bezpieczeństwa żywności od dekad cieszą się uznaniem na rynkach eksportowych.
Tymczasem realne ceny towarów rolnych mają w średnim terminie spadać dzięki globalnemu wzrostowi produktywności, co oznacza rosnącą presję na rentowność gospodarstw – zwłaszcza tych mniejszych, które mają ograniczone możliwości inwestowania w nowe technologie.
Raport wprost wskazuje, że to właśnie drobni producenci, najbardziej podatni na wstrząsy rynkowe, będą musieli w największym stopniu podnosić własną produktywność, by utrzymać się na rynku. W kontekście unijnej polityki rolnej, która jednocześnie nakłada dodatkowe koszty środowiskowe i ogranicza dostęp do niektórych narzędzi produkcyjnych, to recepta na dalszą konsolidację sektora i znikanie mniejszych gospodarstw rodzinnych – w tym także w Polsce.
Warto przy tym pamiętać, że protesty rolników, które w ostatnich latach przetoczyły się przez Francję, Niemcy, Belgię i Polskę, nie były wyłącznie reakcją na import zboża z Ukrainy, jak chciała część komentatorów.
U ich podstaw leżało znacznie szersze poczucie, że unijna polityka klimatyczna – Europejski Zielony Ład wraz z jego instrumentami, w tym strategią „Od pola do stołu” -nakłada na rolników koszty i ograniczenia, których nie ponoszą konkurenci spoza Unii sprzedający na ten sam rynek wewnętrzny. Raport OECD-FAO, dokument z założenia techniczny i pozbawiony politycznego zacięcia, dostarcza twardych danych potwierdzających tę intuicję.
Skala wyzwania, przed jakim stoi sektor, staje się jeszcze bardziej wyraźna, gdy zestawi się ją z innym scenariuszem opisanym w tym samym raporcie – ścieżką dojścia do tak zwanego Zero Hunger, czyli wyeliminowania niedożywienia na świecie przy jednoczesnej redukcji emisji rolniczych.
Bez wdrożenia technologii redukcji emisji globalna produktywność rolnictwa musiałaby wzrosnąć o 28% w ciągu dekady – wartość trzykrotnie wyższą niż przewidywana w scenariuszu bazowym.
Dopiero powszechne wdrożenie ERT, wycenione na koszt 60 dolarów za tonę CO2, pozwala obniżyć ten wymóg do 15%. Innymi słowy, nawet w optymistycznym scenariuszu autorów raportu osiągnięcie celów klimatycznych i żywnościowych jednocześnie wymaga gigantycznych nakładów inwestycyjnych – a to właśnie te nakłady, przerzucane w dużej mierze na producentów, leżą u podstaw opisanej wcześniej erozji konkurencyjności unijnego rolnictwa.
Trudno o lepszą ilustrację mechanizmu, w którym ambitne cele klimatyczne, słuszne w warstwie deklaratywnej, w praktyce rynkowej przekładają się na koszty ponoszone przez konkretnych rolników w konkretnych gospodarstwach – także tych w Wielkopolsce, na Podlasiu czy Kujawach.
Kto skorzysta na europejskim odwrocie
Beneficjentami malejącego udziału Unii w globalnym handlu rolnym będą przede wszystkim Brazylia, Stany Zjednoczone i rosnąca grupa eksporterów średniej wielkości – Argentyna, Australia, Indie, Tajlandia i Turcja, które według prognozy odnotują najszybszy wzrost eksportu mięsa dzięki korzystnym cenom i obfitym zasobom paszowym. W przypadku nabiału z luki produkcyjnej w Unii i Stanach Zjednoczonych skorzystają zarówno duzi eksporterzy, jak Nowa Zelandia, jak i rynki azjatyckie zwiększające własną produkcję na potrzeby krajowe.
To nie oznacza, że unijne, a tym samym polskie rolnictwo skazane jest na nieuchronny upadek. Raport wielokrotnie podkreśla, że poprawa produktywności – poprzez lepszą genetykę zwierząt, wydajniejsze żywienie czy precyzyjne rolnictwo – pozwala ograniczać emisje bez rezygnacji z produkcji.
Problem polega na tym, że wdrożenie tych technologii wymaga kapitału, czasu i stabilnego otoczenia regulacyjnego, a europejscy rolnicy funkcjonują dziś w warunkach rosnącej niepewności co do kierunku i tempa kolejnych zmian prawnych.
Bez zmiany filozofii unijnej polityki rolnej – przesunięcia akcentu z karania emisji na wspieranie inwestycji w produktywność – dane z raportu OECD-FAO sugerują, że trend opisany dziś literami procentowymi za dziewięć lat może się okazać nieodwracalny.
Polska wieś, mimo swojej skali i znaczenia w unijnym sektorze mięsnym i mleczarskim, nie jest wyspą odporną na te procesy. Krajowi producenci drobiu i mleka, którzy w ostatniej dekadzie zbudowali silną pozycję eksportową, będą musieli mierzyć się z tymi samymi mechanizmami kosztowymi co ich odpowiednicy w Niemczech czy Francji – z tą różnicą, że dysponują zwykle mniejszym kapitałem na transformację technologiczną.
Raport OECD-FAO nie podaje gotowych recept politycznych. Podaje za to liczby, które trudno będzie zignorować w debacie o przyszłości Wspólnej Polityki Rolnej po 2027 roku.
Co istotne, dokument nie sugeruje, że jedynym wyjściem jest rezygnacja z ambicji środowiskowych. Wskazuje raczej na konieczność innego rozłożenia ciężaru transformacji – większego udziału wsparcia publicznego w finansowaniu inwestycji produktywnościowych, zamiast przerzucania całości kosztu na bilanse pojedynczych gospodarstw.
To rozróżnienie ma fundamentalne znaczenie dla debaty politycznej w Brukseli i Warszawie: pytanie nie brzmi już, czy europejskie rolnictwo ma redukować emisje, lecz kto i w jakim tempie ma za to zapłacić.
Odpowiedź, jaką dziś daje rynek, jest brutalnie prosta – płacą rolnicy, a w zamian tracą udział w światowym handlu na rzecz konkurentów, którzy podobnych rachunków nie muszą wystawiać.

