Niemcy liczą „godziny zapachowe” i dopuszczają ich dziesięć procent w roku. Holendrzy mają tabelę od 0,5 do 14 jednostek. Duńczycy, Irlandczycy, Brytyjczycy, Włosi i Belgowie – każdy swoje liczby. Polska ma normę, ma metodę, ma sprzęt i ma naukowców. Nie ma jednej rzeczy: przepisu, który mówiłby, ile to jest za dużo.
Kiedy mieszkańcy skarżą się na odór z zakładu, fermy czy oczyszczalni, pada zwykle to samo pytanie: dlaczego nikt tego po prostu nie zmierzy? Brzmi rozsądnie. Mierzymy hałas w decybelach, pyły w mikrogramach, stężenie dwutlenku azotu z dokładnością do ułamka. Zapach wydaje się problemem z tej samej półki.
Otóż zmierzyć się da. Istnieje europejska norma, jednostka miary, procedura badawcza i certyfikowana metoda. Problem leży zupełnie gdzie indziej i jest znacznie bardziej absurdalny, niż podpowiada intuicja.
Jednostka zapachu naprawdę istnieje
Podstawowa metoda nazywa się olfaktometrią dynamiczną i opisuje ją norma europejska EN 13725, w Polsce obowiązująca jako PN-EN 13725. To nie jest egzotyka ani eksperyment. To wspólna dla całej Unii Europejskiej podstawa określania emisji zapachowych.
Działa to tak. Z komina, hali czy zbiornika pobiera się próbkę powietrza. Trafia ona do urządzenia zwanego olfaktometrem, które miesza ją z powietrzem czystym w precyzyjnie kontrolowanych proporcjach. Zespół oceniających – co najmniej cztery osoby – wącha kolejne rozcieńczenia i sygnalizuje moment, w którym zapach przestaje być wyczuwalny.
Kluczowe jest to, że członkowie zespołu nie są przypadkowi. Muszą spełniać kryteria wrażliwości określone w normie, sprawdzane wzorcowym zapachem n-butanolu. Po każdym pomiarze zespół jest walidowany, a wyniki osób odbiegających od kryterium są odrzucane. Jeden pomiar wymaga co najmniej trzech cykli prezentacji.
Wynik wyraża się w europejskich jednostkach zapachowych na metr sześcienny – ouE/m³. Jedna jednostka to takie stężenie, przy którym przeciętny człowiek zaczyna zapach wyczuwać. Metoda obejmuje zakres od 10 do 10 milionów jednostek, czyli praktycznie wszystko, co może się wydobywać z instalacji przemysłowej.
Do tego dochodzą metody uzupełniające: modelowanie rozprzestrzeniania (komputerowa symulacja pokazująca, jak chmura zapachowa wędruje z wiatrem – w Europie standardem są modele AUSTAL, CALPUFF, ADMS i AERMOD), inspekcja terenowa z udziałem przeszkolonych obserwatorów oraz rozwijane, choć wciąż niestandaryzowane, elektroniczne nosy.Innymi słowy: gdyby ktoś chciał dziś zbadać, ile dokładnie „śmierdzi” konkretny zakład w Polsce, technicznie nie ma przeszkody.
Przeszkoda jest w tabeli, której nie ma
A teraz sedno. Załóżmy, że badanie zostało wykonane i wyszło, dajmy na to, 4 ouE/m³ na granicy najbliższej zabudowy. I co dalej?
Nic. W polskim prawie nie ma wartości odniesienia dla substancji zapachowych, więc nie istnieje liczba, z którą można ten wynik porównać. Nie ma progu, którego przekroczenie oznaczałoby naruszenie. Nie ma więc też podstawy, by nałożyć karę, wydać nakaz czy wstrzymać działalność.
Najciekawsze jest to, że ustawodawca przewidział taką możliwość ćwierć wieku temu. Prawo ochrony środowiska z 2001 roku upoważnia ministra do wydania rozporządzenia określającego standardy zapachowej jakości powietrza. Przepis obowiązuje. Rozporządzenia nigdy nie wydano. Próby z lat 2003–2005 skończyły się niepowodzeniem, kolejne podejścia – w 2019 i 2021 roku – utknęły na etapie uzgodnień.
Polska ma przyrząd, normę i wykwalifikowanych specjalistów. Nie ma wyłącznie liczby, do której można wynik przyłożyć. To tak, jakby wyposażyć policję w radary, ale nigdy nie ustalić dopuszczalnej prędkości.
Konsekwencja jest praktyczna i dotkliwa dla obu stron sporu. Wojewódzki inspektorat ochrony środowiska nie dysponuje narzędziem pozwalającym stwierdzić przekroczenie, bo nie ma czego przekraczać. Inspektorzy przyjeżdżają, sporządzają protokół oględzin, opisują wrażenie i na tym się kończy. Mieszkaniec nie udowodni, że normy złamano. Ale i przedsiębiorca nie udowodni, że ich dotrzymuje, choćby zainwestował miliony w filtry. Nie ma świadectwa, którym mógłby się wylegitymować.
Jak to robią ci, którzy się zdecydowali
Dla kontrastu warto zobaczyć, jak wygląda to w krajach, które problem rozwiązały. Nie w jednym, nie w dwóch. W kilkunastu, i to na kilka różnych sposobów.
Niemcy poszły najdalej w stronę liczenia czasu, a nie stężenia. Tamtejsze wytyczne operują pojęciem godziny zapachowej: liczy się, przez jaką część roku zapach jest w danym miejscu wyczuwalny. Dla terenów mieszkaniowych i zabudowy mieszanej limit wynosi 10 procent godzin w roku, dla terenów przemysłowych i handlowych – 15 procent. Tyle samo dopuszcza się dla hodowli na terenach wiejskich. Próg „nieistotności”, poniżej którego emisji się nie rozpatruje, ustalono na 0,25 ouE/m³.
Holandia zbudowała rozbudowaną tabelę zależną od rodzaju instalacji i charakteru terenu. Wartości zaczynają się od 0,5 ouE/m³ dla nowych oczyszczalni ścieków w sąsiedztwie zabudowy mieszkaniowej, a kończą na 14 ouE/m³ dla hodowli w rejonach o dużej koncentracji ferm. Kompostownie mieszczą się w przedziale 1,5-6. Podstawową metodą oceny jest modelowanie rozprzestrzeniania.
Dania łączy dwa mechanizmy: wartości stężenia (5–15 ouE/m³ zależnie od źródła) oraz minimalne odległości od zabudowy. Co istotne, Duńczycy liczą uśrednienie minutowe, nie godzinowe, co lepiej oddaje charakter zapachu – ten pojawia się falami, a nie równomiernie.
Wielka Brytania przyjęła rozwiązanie, które z polskiej perspektywy wydaje się najbardziej zdroworozsądkowe: różnicuje limit według tego, jak bardzo zapach jest obrzydliwy. Dla najbardziej uciążliwych – gnilnych, septycznych, składowiskowych – obowiązuje 1,5 ouE/m³. Dla średnio uciążliwych, takich jak hodowla czy smażalnie – 3 ouE/m³. Dla najłagodniejszych, jak browar, palarnia kawy czy produkcja słodyczy – 6 ouE/m³. Wszystko przy 98. percentylu średnich godzinowych w skali roku.
Irlandia stosuje przedział 1,5-6 ouE/m³, z osobnymi, zaostrzonymi wartościami dla nowych chlewni. Włochy regulują to regionalnie – Lombardia i Apulia mają własne przepisy z wartościami 1-5 ouE/m³, też zróżnicowanymi wedle uciążliwości. Belgia ma dwa odrębne systemy dla Flandrii i Walonii, z wartościami od 0,5 do 10. Austria schodzi do 1 ouE/m³ w strefach uzdrowiskowych.
Widać z tego zestawienia rzecz najważniejszą: nie istnieje jeden europejski standard i nikt nie czeka, aż powstanie.Komisja Europejska nie wydała w tej sprawie dyrektywy ani wytycznych, uznając problem za lokalny z natury. Każdy kraj zrobił to po swojemu i to jest właśnie argument przeciwko najczęstszej wymówce, że „trzeba poczekać na rozwiązania unijne”.
Trzy drogi, z których Polska nie wybrała żadnej
Z międzynarodowych doświadczeń wyłaniają się trzy modele regulacji.Pierwszy to limit stężenia. Wyznaczamy wartość w ouE/m³ i percentyl, a zgodność sprawdzamy modelowaniem rozprzestrzeniania opartym na pomiarach emisji. Tak robi Holandia, Irlandia, Wielka Brytania, Belgia. Model jest precyzyjny, ale wymaga dobrych danych wejściowych i kosztownej ekspertyzy.
Drugi to częstotliwość odczuwania. Nie pytamy, jak mocno, tylko jak często. To model niemiecki z godzinami zapachowymi, weryfikowany inspekcją terenową prowadzoną przez przeszkolonych obserwatorów według siatki pomiarowej. Bliższy temu, czego faktycznie doświadcza mieszkaniec, ale wymaga długotrwałych i pracochłonnych obserwacji.
Trzeci to minimalne odległości – najprostszy. Zamiast mierzyć cokolwiek, ustala się, że dana instalacja nie może powstać bliżej niż X metrów od zabudowy mieszkaniowej. Tak działa to w Danii równolegle z limitami stężeń, i taki właśnie wariant pojawiał się w polskich projektach ustawy odorowej – z progiem 500 metrów dla dużych ferm. Zaleta: zero kosztów pomiarowych i pełna przewidywalność dla inwestora. Wada: metoda nie rozróżnia zakładu dobrze zabezpieczonego od zaniedbanego, więc karze oba tak samo.
Polska przez ponad dwie dekady nie zdecydowała się na żaden z tych modeli, mimo że wszystkie są opisane, przetestowane i dostępne do skopiowania.
Co zostaje zwykłemu człowiekowi
Skoro droga administracyjna jest zablokowana, pozostaje sąd cywilny. I tu, wbrew pozorom, sytuacja wygląda znacznie lepiej, niż większość ludzi przypuszcza.
Podstawą jest art. 144 Kodeksu cywilnego, regulujący tak zwane immisje. Mówi on, że właściciel nieruchomości powinien przy jej używaniu powstrzymywać się od działań, które zakłócałyby korzystanie z nieruchomości sąsiednich ponad przeciętną miarę, wynikającą ze społeczno-gospodarczego przeznaczenia nieruchomości i stosunków miejscowych. Zapach jest klasycznym przykładem immisji pośredniej.
Co istotne, przepis ten nie wymaga żadnych norm. Sąd nie pyta, czy przekroczono wartość graniczną, bo ocenia „przeciętną miarę” w konkretnych okolicznościach. Dlatego droga cywilna działa tam, gdzie administracyjna stoi.
I tu dochodzimy do orzeczenia, które powinno być w tej dyskusji znacznie szerzej znane. W postanowieniu z 28 maja 2025 roku (sygn. I CSK 262/25) Sąd Najwyższy zajmował się sprawą zapachu z sąsiedniej tuczarni. Teza jest krótka i mocna: dysponowanie przez właściciela nieruchomości zezwoleniami organów administracyjnych na prowadzenie wykonywanej działalności nie pozbawia właściciela nieruchomości sąsiedniej możliwości dochodzenia roszczenia negatoryjnego.
Po ludzku: komplet pozwoleń nie jest tarczą przed pozwem sąsiada. Zakład może mieć wszystkie decyzje środowiskowe, pozwolenie zintegrowane i czyste protokoły kontroli a i tak przegrać proces cywilny, jeśli sąd uzna, że uciążliwość przekracza przeciętną miarę. Ocena opiera się na społeczno-gospodarczym przeznaczeniu obu nieruchomości i stosunkach miejscowych, a nie na abstrakcyjnych argumentach.
To działa w obie strony i warto to powiedzieć uczciwie. Mieszkaniec ma realne narzędzie, choć wymagające czasu, pieniędzy i cierpliwości. Ale przedsiębiorca traci poczucie bezpieczeństwa: nie ma takiego zestawu dokumentów, który gwarantowałby mu spokój. To właśnie dlatego brak norm odorowych jest złą wiadomością dla obu stron. Pierwsza nie ma czym udowodnić szkody przed urzędem, druga nie ma czym udowodnić niewinności przed sądem.
Kolejne podejście do tej samej ściany
Prace nad ustawą odorową trwają z przerwami od kilkunastu lat. Projekt z 2019 roku upadł pod naciskiem środowisk hodowlanych. Wersja z 2021 roku, oparta na minimalnej odległości 500 metrów dla dużych ferm, trafiła do uzgodnień międzyresortowych i tam ugrzęzła.Obecnie Ministerstwo Klimatu i Środowiska przygotowuje wniosek o wpisanie projektu do wykazu prac rządu, kończąc analizy i ocenę skutków regulacji. Rozważane warianty obejmują pomiary emisji z instalacji wraz z identyfikacją chemiczną gazów, modelowanie rozprzestrzeniania w promieniu do trzech kilometrów, szczególną ocenę instalacji powyżej 40 dużych jednostek przeliczeniowych inwentarza oraz uproszczone wymagania dla emisji nieprzekraczających połowy wartości odniesienia. Dla instalacji istniejących przewidziano okresy przejściowe do czterech lat.
To brzmi jak projekt dojrzały. Tak samo brzmiały poprzednie.
Kto naprawdę płaci za ten brak
Na koniec warto nazwać rzecz, która ginie w sporach o konkretne zakłady. Brak norm zapachowych nie jest neutralny. To nie jest sytuacja, w której „nikt nic nie może”. To sytuacja, w której o wyniku sporu decyduje nie pomiar, lecz zdolność mobilizacji. Kto zbierze więcej podpisów, kto głośniej napisze w mediach społecznościowych, kto skuteczniej dotrze do radnych ten wygrywa. Argument merytoryczny nie ma jak zaistnieć, bo nie istnieje język, w którym można by go sformułować.
Dla mieszkańca oznacza to lata skarg bez rozstrzygnięcia. Dla przedsiębiorcy brak jakiejkolwiek pewności, że inwestycja w technologię cokolwiek załatwi, skoro i tak nie da się wykazać efektu. Dla gminy konflikt, którego nie umie rozstrzygnąć, bo nie dysponuje żadnym obiektywnym kryterium. A dla wszystkich razem przenoszenie sporu tam, gdzie da się go wygrać inaczej: do planów zagospodarowania, na sesje rady, przed sąd, do internetu.
Od ćwierć wieku brakuje jednej tabeli w jednym rozporządzeniu. W tym czasie kilkanaście państw europejskich poradziło sobie z tym na kilka różnych sposobów. Żaden z nich nie jest tajemnicą, wszystkie są opisane w literaturze fachowej i gotowe do adaptacji. Zapach da się zmierzyć. Pytanie, czy ktokolwiek chce poznać wynik.

