Szesnaście lat po Smoleńsku. Czego naprawdę nauczyła nas największa tragedia w powojennej historii Polski

16 lat po Smoleńsku PR

Szesnaście lat temu, w mglisty poranek 10 kwietnia, czas w Polsce na chwilę się zatrzymał, a naród wstrzymał oddech. Katastrofa rządowego samolotu pod Smoleńskiem zabrała dziewięćdziesiąt sześć ofiar, w tym urzędującego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego małżonkę, najwyższych dowódców wojskowych, duchownych i najważniejsze postaci polskiego życia publicznego. Dziś, z perspektywy ponad półtorej dekady, musimy spojrzeć na to dramatyczne wydarzenie nie tylko przez pryzmat wciąż tlących się, jałowych sporów politycznych, ale przede wszystkim jako na brutalną lekcję o słabości struktur państwowych, głęboko podzielonym społeczeństwie i rosyjskim imperializmie, którego prawdziwe oblicze rozumiemy dziś lepiej niż kiedykolwiek.

Tamten kwietniowy poranek roku 2010 zdefiniował na nowo współczesną historię naszego państwa. Zginęli ludzie reprezentujący pełen przekrój polskiej sceny politycznej i społecznej – od lewicy, przez centrum, aż po twardą prawicę, połączonych wspólnym celem oddania hołdu polskim oficerom pomordowanym w Katyniu. Utrata tak ogromnej części państwowej elity w ułamku sekundy to sytuacja bez precedensu w nowożytnej historii Europy. Nagle, w jednym tragicznym momencie, polskie państwo zostało pozbawione głowy państwa, szefa Narodowego Banku Polskiego, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, rzecznika praw obywatelskich oraz absolutnie całego dowództwa sił zbrojnych. Przez pierwsze godziny, a nawet dni, panowało powszechne poczucie osierocenia, a społeczeństwo w odruchu narodowej solidarności tłumnie gromadziło się na ulicach, przed pałacem prezydenckim i w kościołach. To był ten rzadki, ulotny moment w naszych dziejach, kiedy wydawało się, że w obliczu tak niewyobrażalnego dramatu Polacy potrafią odrzucić partyjne szyldy, by z godnością opłakiwać tych, którzy odeszli na służbie Rzeczypospolitej. Niestety, z biegiem czasu okazało się, że ta narodowa żałoba nie stała się fundamentem do zasypania podziałów, lecz paradoksalnie wykopaniem jeszcze głębszych okopów, w których tkwimy do dzisiaj.

Upadek państwa z tektury i procedur

Zanim emocje całkowicie zdominowały racjonalną dyskusję, katastrofa smoleńska obnażyła przerażającą wręcz słabość ówczesnych struktur polskiego państwa. Ukazała obraz administracji, która działała w dużej mierze prowizorycznie, opierając się na zasadzie „jakoś to będzie”, zamiast na twardych, rygorystycznych procedurach bezpieczeństwa. Decyzja o rozdzieleniu wizyt, w której osobno do Katynia podróżował premier, a osobno prezydent, podyktowana była wyłącznie bieżącą walką polityczną, zapoczątkowaną przez ówczesnego i obecnego szefa rządu. Donalda Tuska a nie racją stanu czy dyplomatycznym pragmatyzmem. Brak odpowiedniego przygotowania lotniska, chaos organizacyjny, ignorowanie przepisów dotyczących przewożenia w jednym statku powietrznym najważniejszych osób w państwie – to wszystko złożyło się na tragiczny splot okoliczności. Katastrofa udowodniła w sposób najbardziej bolesny z możliwych, że państwo poważne nie może działać na skróty. Od tamtego czasu wielokrotnie słyszeliśmy o reformach, zakupach nowych flot dla VIP-ów czy zaostrzaniu instrukcji lotniczych, jednak z tyłu głowy wciąż pozostaje pytanie, czy jako naród i klasa polityczna trwale wyzbyliśmy się tamtej ułańskiej fantazji i lekceważenia twardych reguł bezpieczeństwa. Smoleńsk był dowodem na to, że kiedy państwo staje się polem bitwy partyjnych frakcji, jego instytucje ulegają groźnemu osłabieniu, na czym w ostateczności cierpią zarówno obywatele, jak i międzynarodowy wizerunek Polski.

Zrujnowana solidarność w cieniu śledztwa

Jednym z najbardziej przygnębiających skutków 10 kwietnia jest to, w jaki sposób zarządzono okresem po katastrofie na szczeblu krajowym i międzynarodowym. Oddanie śledztwa w ręce rosyjskie, oparte na konwencji chicagowskiej – całkowicie nieadekwatnej do wagi wydarzenia – zamiast budować zaufanie obywateli do własnych instytucji rządowych, wywołało powszechne oburzenie i stało się pożywką dla potężnego kryzysu nieufności. Polski rząd wykazał się w tamtym czasie niezrozumiałą wręcz spolegliwością wobec administracji w Moskwie, licząc naiwnie na to, że Władimir Putin i jego aparat państwowy potraktują sprawę z należytym szacunkiem i obiektywizmem. Zderzenie tej naiwności z brutalną rosyjską dezinformacją, profanacją ciał ofiar, niszczeniem dowodów rzeczowych i celowym przeciąganiem oddania wraku Tupolewa, stało się bezpośrednią przyczyną głębokiego pęknięcia w polskim społeczeństwie. Z jednej strony uformował się nurt bezkrytycznego zaufania do rządowych ustaleń opartych na moskiewskich raportach, z drugiej narastała frustracja i gniew, które po latach ewoluowały w coraz bardziej hermetyczne wizje zamachu, nierzadko odrywające się od fizycznych dowodów. W tym politycznym zgiełku gdzieś zgubiono to, co najważniejsze – elementarny szacunek dla ofiar i konieczność wyciągnięcia chłodnych wniosków z faktu, że jako państwo pozwoliliśmy obcemu, wrogiemu mocarstwu dyktować warunki śledztwa dotyczącego śmierci naszego przywódcy.

Geopolityczne przebudzenie i racja stanu

Patrząc na Smoleńsk z dzisiejszej perspektywy, gdy za naszą wschodnią granicą toczy się krwawa, pełnoskalowa wojna wywołana przez Rosję, zupełnie inaczej odczytujemy słowa i ostrzeżenia, które ówczesny prezydent wypowiadał w Tbilisi. Lech Kaczyński, z całą swoją wiedzą historyczną i zrozumieniem wschodniej mentalności, doskonale wiedział, że imperialne ambicje Moskwy nie zatrzymają się na Gruzji. Katastrofa, w której zginął w drodze na uroczystości upamiętniające ofiary stalinowskiego terroru, nabiera dziś wymiaru potężnego, ponurego symbolu powtarzającej się historii. Szesnasta rocznica to odpowiedni moment, by wyjść poza krajowe piekiełko i spojrzeć na nasze bezpieczeństwo w szerszym, geopolitycznym kontekście. Jeśli z tej tragedii ma płynąć jakakolwiek długofalowa nauka, to jest nią bezwzględny wymóg budowy silnego, dobrze uzbrojonego państwa z elitami, które potrafią w momentach krytycznych odłożyć na bok osobiste animozje na rzecz narodowej racji stanu. To ostateczne pożegnanie z naiwnym przekonaniem, że Rosja może być kiedykolwiek przewidywalnym i wiarygodnym partnerem. Dziś, upamiętniając ofiary 10 kwietnia, naszą najważniejszą powinnością nie są kolejne przepychanki nad ich grobami, lecz codzienna, ciężka praca nad budową odpornej i suwerennej Rzeczypospolitej, która już nigdy nie pozwoli, by bylejakość i podziały wystawiły ją na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: