Zwierzęta jako polityczna broń. Potrzebne, kiedy nabijają procenty?

Zacznę od czegoś, co nie jest częścią analizy, ale jest częścią prawdy. W styczniu pojechałem do Sobolewa, by zrealizować materiał na temat sytuacji w miejscowym schronisku. Wróciłem z psem. Pies nazywa się Ananas i jest moim nbajlepszym przyjacielem. Ananas nie jest tezą publicystyczną. Ananas jest żywym dowodem na to, że za każdą statystyką o „bezdomnych zwierzętach” stoi konkretna istota – przerażona, skrzywdzona, zdolna do miłości, jeśli ktoś da jej szansę.

Ale ten artykuł nie jest o Ananasie. Jest o systemie, który doprowadził do tego, że Ananas trafił do schroniska grozy – i o politykach, którzy o tym systemie przypominają sobie wyłącznie wtedy, gdy kamery są włączone.

Sobolew. Co tam się stało?

24 stycznia 2026 roku pod schroniskiem „Happy Dog” w Sobolewie pod Garwolinem zebrali się obrońcy praw zwierząt. W pewnym momencie uczestnicy protestu sforsowali ogrodzenie i zaczęli wynosić psy – przerażone, chore, okaleczone psychicznie. Zabrano 144 psy i dwa koty. Szacowano, że w schronisku było ich około 180. To, co zobaczyli protestujący, potwierdziło najgorsze obawy. Zwierzęta w skrajnie złym stanie, przy boksach stały kije, psy reagowały paniką na widok człowieka. Kontrole weterynaryjne – przeprowadzane latami – „nie wykazały nieprawidłowości”. Te same psy, które według kontroli były zdrowe, po odebraniu okazały się chore i „poturbowane psychicznie”.

Tego samego dnia, pod naciskiem protestujących, celebrytów i mediów poinformowano o zamknięciu schroniska. Powiatowy lekarz weterynarii w Garwolinie zakazał właścicielowi prowadzenia placówki. Brzmi jak happy end? Nie jest.

Siedem lat, trzydzieści gmin, jeden pan Marian

Bo oto, czego nie mówią nagłówki: właściciel schroniska „Happy Dog”, Marian Drewnik miał postawione zarzuty znęcania się nad zwierzętami od 2018 roku. Osiem lat wcześniej. Proces ciągnął się latami. Schronisko mimo to działało nadal, wygrywając kolejne przetargi samorządowe.

Schronisko współpracowało z trzydziestoma gminami. Każda z nich płaciła za utrzymanie odłowionych na jej terenie bezdomnych zwierząt. Grunt, na którym stała placówka, należał do gminy Sobolew i był dzierżawiony za symboliczne 500 złotych. Wójt tłumaczył, że niski czynsz miał pozwolić właścicielowi przeznaczyć więcej środków na zwierzęta. W praktyce – jak ujawniła Doda na posiedzeniu komisji sejmowej – pieniądze od gmin niekoniecznie trafiały na psy. Mec. Katarzyna Topczewska opisała zjawisko, które mrozi krew: zdarzały się przypadki, gdy jedno zwierzę miało wszczepione kilka chipów. Kilka gmin płaciło za tego samego psa. System kontroli? Fikcja.

Pytanie, które trzeba postawić bezlitośnie: dlaczego trzydzieści gmin przez lata podpisywało umowy ze schroniskiem, którego właściciel miał zarzuty karne? Dlaczego kontrole weterynaryjne nie wykazywały tego, co gołym okiem widział każdy, kto tam wszedł? Dlaczego nikt – żaden wójt, żaden radny, żaden urzędnik – nie zadzwonił z pytaniem, jak się mają te psy? Odpowiedź jest prosta i smutna: bo było tanio. Bo schronisko „Happy Dog” oferowało najniższe ceny w przetargach. A samorządy, obciążone ustawowym obowiązkiem zapewnienia opieki nad bezdomnymi zwierzętami – bez odpowiednich środków na jego realizację – szukały najtańszej opcji. Nie pytały, co „najtańsze” oznacza dla psa w boksie.

Doda, Sejm i sala pełna krzeseł

Afera w Sobolewie nie wybuchłaby bez Dody. Powiedzmy to uczciwie, bez względu na to, co kto myśli o piosenkarce: Dorota Rabczewska od początku stycznia 2026 roku nagłaśniała nieprawidłowości w schroniskach – systematycznie, konsekwentnie, z zasięgiem, jakiego żadna organizacja prozwierzęca nie jest w stanie osiągnąć. 30 stycznia odbyło się posiedzenie nadzwyczajnej komisji sejmowej ds. ochrony zwierząt. Sala była wypełniona do tego stopnia, że „spóźnionym parlamentarzystom brakowało krzeseł”. Przemawiały Doda i Małgorzata Rozenek-Majdan. Przyszły media.

„W życiu nie widzieliśmy ponad setki zwierząt tak okaleczonych psychicznie, tak panicznie wylęknionych.” 

– mec. Katarzyna Topczewska, uczestniczka interwencji w schronisku w Sobolewie

Doda spotkała się z ministrem sprawiedliwości Waldemarem Żurkiem. Potem z prezydentem Karolem Nawrockim. Potem z posłami. Schroniska stały się – na kilka tygodni – tematem numer jeden polskiej debaty publicznej. I tu zaczyna się mechanizm, który jest sednem tego artykułu.

Politycy i zwierzęta: schemat, który się powtarza

Schemat jest zawsze ten sam – niezależnie od partii, kadencji, barw politycznych. Krok pierwszy: wybucha skandal. Media pokazują wychudzone psy, zapłakanych wolontariuszy, zbulwersowanych celebrytów. Opinia publiczna się oburza. Krok drugi – politycy „reagują”. Premier pisze na X, że „schronisko zostanie zamknięte”. Prezydent zaprasza Dodę do Pałacu. Posłowie zwołują komisję. Wszyscy mówią o „konieczności zmian systemowych”. Kamery trzaskają. Potem ktoś zgłasza projekt ustawy. Czasem nawet kilka projektów jednocześnie – bo każda partia chce mieć „swój”. W Sejmie leżą obecnie co najmniej trzy projekty dotyczące bezdomności zwierząt. Jeden obywatelski (druk 700), jeden poselski (druk 836), jeden prezydencki (dot. ustawy „łańcuchowej”). I co? I nic. Nic się nie dzieje. Projekty utykają w komisjach. Media tracą zainteresowanie,  bo pojawił się nowy skandal, nowe wybory, nowy temat. Zwierzęta wracają do statusu „sprawy drugoplanowej”. Do następnego Sobolewa.

Pamiętacie „Piątkę Kaczyńskiego” z 2020 roku? Zakaz hodowli zwierząt futerkowych, ograniczenie uboju rytualnego, zaostrzenie kar za znęcanie? Ustawa przeszła przez Sejm głosami 356 posłów – w tym samego prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, ale też posłów opozycji. A potem? Senat ją zablokował, koalicja pękła, Solidarna Polska głosowała przeciw, Gowin się wahał. Temat umarł. Hodowla norek trwa dalej.

350 milionów na „upychanie w schroniskach”

Tymczasem system – ten sam, który wyprodukował Sobolew – trwa. Zgodnie z raportem Najwyższej Izby Kontroli gminy wydają rocznie około 350 milionów złotych na walkę z bezdomnością zwierząt. W głównej mierze – jak bezlitośnie podsumowuje NIK – na „upychanie zwierząt w schroniskach”. Nie na kastrację, nie na edukację, nie na programy adopcyjne ale na płacenie schroniskom za przetrzymywanie psów, które nikt nie odwiedza i których nikt nie chce.

W 2022 roku w 226 schroniskach w Polsce przebywało ponad 84 tysiące psów i ponad 34 tysiące kotów. System kontroli – jak pokazał Sobolew – jest fikcyjny. Kontrole przeprowadzane są przez powiatowych lekarzy weterynarii, którzy często nie mają ani czasu, ani zasobów, ani – powiedzmy to wprost – motywacji, by rzetelnie ocenić warunki.Główny lekarz weterynarii Paweł Meyer, który objął urząd w październiku 2025 roku, po Sobolewie przeprowadził kontrole w schroniskach w całej Polsce. Wyniki przedstawił na komisji sejmowej. Nie rozwiały obaw.

Dlaczego samorządy przymykają oko?

Odpowiedź jest systemowa, nie moralna. Wójtowie i burmistrzowie nie są z natury okrutni wobec zwierząt. Ale są postawieni w sytuacji, w której muszą realizować ustawowy obowiązek – zapewnić opiekę nad bezdomnymi zwierzętami z budżetem, który ledwo wystarcza na utrzymanie dróg i szkół.

W Polsce w schroniskach przebywa ponad 84 tysiące psów i 34 tysiące kotów. Gminy wydają na to 350 milionów złotych rocznie. Kontrole nie wykrywają patologii. Projekty ustaw utykają w Sejmie. A zwierzęta czekają.Ustawa o ochronie zwierząt z 1997 roku nakłada na gminy obowiązek zapobiegania bezdomności zwierząt i opieki nad nimi. Ale nie daje na to pieniędzy. Subwencja nie obejmuje opieki nad zwierzętami. Gmina musi znaleźć środki we własnym budżecie. Tym samym, z którego finansuje oświatę, drogi, wodociągi i odśnieżanie. I gdy przychodzi przetarg na schronisko wygrywa najtańsza oferta. A najtańsza oferta to często taki Sobolew.Gminy płacą schroniskom grozy, bo nie stać ich na porządne. Państwo nakłada obowiązki, ale nie daje środków. A rachunek płacą najsłabsi – zwykle dzieci, jak w przypadku edukacji i zwierzęta.

Czego potrzebujemy i czego nie dostaniemy od polityków

Potrzebujemy trzech rzeczy. Po pierwsze obowiązkowej kastracji i czipowania. Dopóki psy i koty będą się mnożyć bez kontroli, schroniska będą pełne. Obywatelski projekt ustawy (druk 700) to przewiduje, ale utknął w Sejmie. Po drugie reformy finansowania. Gminy muszą dostać celowe środki na opiekę nad zwierzętami. Nie z resztek budżetu, lecz z dedykowanego funduszu. Stawka dzienna za zwierzę w schronisku powinna być ustandaryzowana, a kontrole rzeczywiste, nie papierowe. Po trzecie potrzebujemy systemu informacji o schroniskach. Centralnej bazy, w której każde zwierzę jest zarejestrowane, każda adopcja odnotowana, każdy zgon wyjaśniony. Takiego systemu dziś nie ma. Pies z kilkoma chipami, za którego płacą trzy gminy, jest tego symbolem. Czy to dostaniemy? Nie! Dopóki zwierzęta będą tematem sezonowym, ożywiającym się raz do roku, gdy ktoś sforsuje płot schroniska i pokaże światu, co jest za nim. A potem cisza. Do następnego skandalu.

Mój pies Ananas nie wie, że jest argumentem w debacie publicznej. Nie wie, że był częścią systemu, który zarabia na cierpieniu. Nie wie, że politycy mówili o nim na komisji sejmowej, a potem wrócili do porządku dziennego. Ananas wie jedno: że ktoś po niego przyjechał. Że go zabrał. Że teraz ma dom. Gdyby system działał Ananas nigdy nie trafiłby do Sobolewa. Gdyby politycy traktowali ochronę zwierząt poważnie a nie jako okazję do zdjęcia z psem takich Sobolewów by nie było.Ale system nie działa. I politycy nie traktują. Więc co roku będziemy pisali ten sam artykuł z innym schroniskiem w nagłówku i z tą samą konkluzją: zwierzęta w Polsce mają pecha, bo ich cierpienie jest warte uwagi tylko wtedy, gdy jest warte kliknięcia.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: