W Polsce zlikwidowano około 50 kopalń węgla kamiennego w ciągu 36 lat. Większość w sposób, który trwale uniemożliwia powrót do wydobycia. Szyby zasypane betonem, wieże wyciągowe zburzone, wyrobiska zatopione. Tymczasem Niemcy, zamykając swoje kopalnie, zachowali elektrownie w rezerwie strategicznej. Kto postąpił rozsądniej?
W Polsce funkcjonuje przekonanie – szczególnie silne w środowiskach górniczych – że Niemcy, zamykając swoje kopalnie węgla kamiennego, postępowali znacznie roztropniej niż Polska. Że nie zalewali wyrobisk wodą, lecz je zasypywali. Że nie niszczyli infrastruktury, lecz ją konserwowali. Że zachowali możliwość powrotu do wydobycia. Na wszelki wypadek, gdyby historia się odwróciła… Jak to naprawdę wygląda? Odpowiedź jest bardziej skomplikowana i bardziej pouczająca niż sugeruje internetowy mit. Bo Niemcy nie zrobili tego, co im przypisujemy. Ale zrobili coś innego i to „coś innego” jest lekcją, z której Polska powinna wyciągnąć wnioski.
Niemcy zamknęli ostatnią kopalnię węgla kamiennego – Prosper-Haniel w Bottrop – pod koniec 2018 roku. Nie stało się to z dnia na dzień. Proces trwał dekady. W 2000 roku działało jeszcze dwanaście kopalń, w 1957 roku górnictwo zatrudniało 610 tysięcy osób. Zamykanie było rozłożone w czasie tak, by uniknąć masowych zwolnień: większość z 45 tysięcy górników zwolnionych w ciągu dwudziestu lat odeszła na wcześniejsze emerytury w wieku pięćdziesięciu lat.
Koszty likwidacji były gigantyczne. Rząd federalny i władze Nadrenii Północnej-Westfalii dotowały produkcję węgla miliardami euro przez lata, bo wydobycie na ekstremalnych głębokościach (ponad tysiąc metrów) było najdroższe na świecie. Po zamknięciu Prosper-Haniel koszty „prac zabezpieczających” opuszczone szyby wyniosły 280 milionów euro rocznie. Do 2021 roku w kopalni pozostawało około 650 osób prowadzących te prace.
Ale – i tu dochodzimy do sedna – Niemcy nie „zachowali kopalń w gotowości do ponownego uruchomienia”. Kopalnie zostały zamknięte. Szyby zabezpieczone. Wyrobiska w większości przypadków ulegają stopniowemu zalewaniu wodami gruntowymi, co jest procesem naturalnym po wyłączeniu pomp odwadniających. Odtworzenie wydobycia z zamkniętej kopalni głębinowej po latach zalewania jest technicznie niezwykle trudne i kosztowne, choć teoretycznie nie niemożliwe, o ile nie zniszczono infrastruktury szybowej.
W ciągu 36 lat Polska zlikwidowała około 50 kopalń węgla kamiennego. W większości – w sposób trwale uniemożliwiający powrót do wydobycia: szyby zasypane, wieże zburzone, złoża zatopione. Niemcy zamknęli wszystkie kopalnie, ale zachowali elektrownie w rezerwie strategicznej i uruchamiają je, gdy trzeba. W 2024 roku Niemcy zaimportowały 44,5 mln ton węgla. Polska wydobyła niecałe 44 mln ton. Niemcy nie wydobywają, ale mają plan. My wydobywamy ale planu nie mamy.
To, co Niemcy zachowali, i co jest ich prawdziwym strategicznym atutem to nie kopalnie, lecz elektrownie. Zamknięte bloki węglowe nie zostały zburzone. Zostały przeniesione do tak zwanej „rezerwy strategicznej”. Wyłączone z rynku energii, ale utrzymywane w stanie gotowości do ponownego uruchomienia w sytuacjach kryzysowych. I ta rezerwa okazała się bezcenna. Gdy Rosja odcięła dostawy gazu po inwazji na Ukrainę, Niemcy uruchomili rezerwowe bloki węglowe – łącznie do 1,9 gigawata mocy. Tej zimy 2025/2026 ponownie sięgnęli po rezerwę. Elektrownie, które miały być „historią”, wróciły do pracy, bo były gotowe. Bo ktoś pomyślał, że „na wszelki wypadek” warto je zachować.
Polska droga. Szybko, tanio, nieodwracalnie
A jak to wygląda w Polsce? W ciągu trzydziestu sześciu lat od transformacji Polska zlikwidowała około pięćdziesięciu kopalń węgla kamiennego – w tym cały okręg wałbrzyski i znaczną część kopalń górnośląskich. Proces ten miał różne nazwy: „restrukturyzacja”, „modernizacja”, „racjonalizacja”. Efekt był jeden: trwałe zamknięcie dostępu do złóż.Kazimierz Grajcarek, były przewodniczący Krajowego Sekretariatu Górnictwa i Energetyki, górnik i wieloletni ratownik górniczy opisuje polską metodę bez ogródek. Jak tłumaczy, są dwie sytuacje, w których likwiduje się kopalnię. Pierwsza – gdy złoże jest wyczerpane. Wówczas trzeba solidnie zabezpieczyć teren: zabetonować szyby, zamknąć wszystko bezpiecznie. Druga – gdy złoże istnieje, ale z różnych powodów (ekonomicznych, politycznych, regulacyjnych) wydobycie jest wstrzymywane. I tu zaczyna się problem.W Polsce likwidacja kopalni z istniejącym złożem wyglądała najczęściej tak – po wydobyciu z wyrobisk cennych maszyn i urządzeń przystępowano do zasypywania szybów i wyburzania budynków maszyn wyciągowych, wież szybowych oraz zakładów przeróbczych. Szyby były betonowane lub zasypywane. Wieże burzone. Tereny rekultywowane lub sprzedawane pod zabudowę.
Najczęściej stosowaną metodą likwidacji samych wyrobisk jest tak zwany „zawał”. Po zakończeniu wydobycia usuwa się obudowy, a skały nadległe samoczynnie zaciskają pustki. Część kopalń przechodzi w stan „kopalni zalewanej”. Woda gruntowa stopniowo wypełnia wyrobiska po wyłączeniu pomp. W obu przypadkach powrót do wydobycia jest praktycznie niemożliwy lub tak kosztowny, że ekonomicznie bezsensowny.
Jak mówią krytycy tego podejścia, a jest ich wielu wśród byłych górników i ekspertów górniczych polska metoda likwidacji to „sabotaż gospodarczy”. Nie dlatego, że zamykamy kopalnie (to czasem bywa konieczne), lecz dlatego, że zamykamy je w sposób nieodwracalny, pozbawiając przyszłe pokolenia dostępu do złóż, które mogą okazać się potrzebne za pięćdziesiąt, sto czy dwieście lat.
Czy mógłby być inny model?
Tak, i nie wymaga on utopijnych nakładów. Grajcarek i inni eksperci postulują rozwiązanie pośrednie: zamiast pełnej likwidacji z zasypaniem szybów i zburzeniem wież konserwację infrastruktury szybowej i utrzymanie minimalnego odwadniania, pozwalającego na ewentualny powrót do złoża w przyszłości.
To jest drogie – utrzymanie pomp i minimum personelu kosztuje. Ale jest nieporównanie tańsze niż budowa nowej kopalni od zera (koszt nowej kopalni głębinowej to miliardy złotych i lata budowy). I jest racjonalne strategicznie, bo nikt na świecie nie jest w stanie przewidzieć, jak będzie wyglądał mix energetyczny za pięćdziesiąt lat.
„Zamykanie kopalń 'po polsku’ to w większości przypadków barbarzyństwo. Bezmyślne, trwałe likwidowanie dostępu do złoża jest po prostu zbrodnią gospodarczą, bo nie wiemy, czy za kilkadziesiąt, czy nawet kilkaset lat nie będzie potrzeby do tego węgla wrócić.”
– Kazimierz Grajcarek, były przewodniczący Krajowego Sekretariatu Górnictwa i Energetyki
Niektóre kraje stosują model „uśpionej kopalni” (care and maintenance). Kopalnia jest zamknięta, wydobycie wstrzymane, ale infrastruktura zachowana w stanie umożliwiającym ponowne uruchomienie. Australia stosuje ten model regularnie. Kopalnie są „usypiane” na czas niskich cen surowców i „budzą się”, gdy ceny rosną. To jest podejście pragmatyczne, nie ideologiczne.
Paradoks importowy
Tu dochodzimy do paradoksu, który powinien zawstydzać każdego polskiego decydenta. W 2024 roku Niemcy – kraj, który zamknął wszystkie kopalnie węgla kamiennego – zaimportowały około 44,5 miliona ton tego surowca. Polska w tym samym roku wydobyła niecałe 44 miliony ton. Innymi słowy: Niemcy, które nie wydobywają ani tony węgla kamiennego, zużywają go więcej niż Polska, która wciąż jest producentem.Skąd biorą? Z Kolumbii, Australii, RPA, Stanów Zjednoczonych, Rosji (przed sankcjami). Płacą cenę rynkową. I uważają to za racjonalne, bo ich własny węgiel był po prostu za drogi w wydobyciu.Polska tymczasem jest w dziwnej sytuacji: mamy złoża, ale zamykamy do nich dostęp. Wydobywamy coraz mniej ale wciąż za dużo, by przestać. Importujemy coraz więcej, ale wciąż za mało, by przyznać, że model się zmienił. I nie mamy ani strategicznej rezerwy (jak Niemcy), ani „uśpionych kopalń” (jak Australijczycy), ani nawet spójnej polityki mówiącej, co robimy z górnictwem w perspektywie trzydziestu lat.
Węgiel koksowy, czyli osobna historia
W dyskusji o polskim górnictwie trzeba oddzielić węgiel energetyczny od koksowego. Węgiel koksowy, używany do produkcji stali, nie do spalania w elektrowniach jest surowcem strategicznym, którego Polska jest jednym z nielicznych producentów w Europie. Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW) wydobywa go na Śląsku i eksportuje na cały kontynent. Tu likwidacja kopalń byłaby szczególnie nieodpowiedzialna, bo węgiel koksowy nie ma prostego substytutu (wodór w hutnictwie to technologia wciąż eksperymentalna i kosztowna), a jego producenci na świecie są nieliczni. Zamknięcie polskich kopalń koksowych oznaczałoby uzależnienie europejskiego hutnictwa od importu z Australii, Chin lub Rosji. Z perspektywy bezpieczeństwa strategicznego to byłoby szaleństwo.
Co powinniśmy zrobić?
Po pierwsze przestać likwidować kopalnie w sposób nieodwracalny. Każda kopalnia zamykana w Polsce powinna przechodzić analizę czy złoże jest wyczerpane (wtedy pełna likwidacja), czy nie (wtedy konserwacja infrastruktury szybowej i utrzymanie dostępu do złoża). Dale – stworzyć strategiczną rezerwę energetyczną na wzór niemiecki. Nie chodzi o utrzymywanie kopalń w ruchu. Chodzi o utrzymywanie gotowości. Zamknięte elektrownie węglowe nie powinny być burzone natychmiast, powinny być przenoszone do rezerwy, gotowe do uruchomienia w sytuacji kryzysowej. Niemcy to zrobili i gdy przyszedł kryzys gazowy, mieli do czego sięgnąć. Polska nie ma takiego bufora.
A przede wszystkim należy oddzielić politykę klimatyczną od polityki bezpieczeństwa. Można jednocześnie dążyć do dekarbonizacji i zachowywać strategiczny dostęp do złóż węgla – tak jak można jednocześnie dążyć do pokoju i utrzymywać armię. Jedno nie wyklucza drugiego. Wyklucza je tylko myślenie ideologiczne, które traktuje węgiel jako symbol zła, zamiast jako surowiec, który ma swoją cenę, swoje zastosowanie i swoje miejsce w kalkulacji bezpieczeństwa!
Gdzieś na Śląsku stoi zasypany szyb kopalni, która miała jeszcze węgiel. Wieżę zburzono. Teren sprzedano. Na miejscu powstanie osiedle mieszkaniowe albo centrum handlowe.Pod tym osiedlem – na głębokości kilkuset metrów – leży złoże, do którego nikt już nigdy nie dotrze. Złoże, które mogło być potrzebne za pięćdziesiąt lat albo za sto. Nikt tego nie wie. Ale wiemy jedno: decyzja o jego zablokowaniu była nieodwracalna. I podjął ją urzędnik, który myślał w perspektywie najbliższych wyborów, nie najbliższego stulecia.
Niemcy zamknęli kopalnie, ale zachowali elektrownie. Australijczycy „usypiają” kopalnie, by je „obudzić” w potrzebie. Polska zasypuje szyby betonem i burzy wieże. Kto z nas postępuje rozsądniej? Czas pokaże, ale gdy czas pokaże, że to my byliśmy nierozsądni będzie już za późno, by kopać.

